Z czym kojarzy się warszawska Praga? Smród, patologia i narkotyki? Stereotyp czy nie, tak właśnie określa ją spektakl Adrenalina w Teatrze Powszechnym. Śledząc losy Marlenki, nie odnajdujemy żadnej głębszej prawdy o mieście. Zamiast tego otrzymujemy jedynie powierzchowny, przerysowany obraz rzeczywistości, któremu niestety bliżej do sitcomu niż do diagnozy społecznej.
Dokumentalną wizję rzeczywistości, która jednocześnie jest jej przerysowaną rekonstrukcją, bardzo łatwo sprowadzić do niezobowiązującej farsy. W spektaklu Adrenalina to komediowa forma przejmuje stery, jednocześnie topiąc wrażliwość historii. Prawda i sens, których szukają bohaterowie, zanika wśród kliszowych postaci i płytkiej narracji. Spektakl próbuje być thrillerem, a kończy jako stylistyczny chaos. Reżyserka Ewa Galica marnuje potencjał każdemu bliskiej opowieści na rzecz zdystansowanego kabaretu.
Adrenalina uderza swoim banałem i pretensjonalnością. Od pierwszych chwil, gdy widownia zasiada w fotelach, obsada przełamuje czwartą ścianę, powtarzając co sekundę nieśmieszne, głupie żarty. Choć takie wprowadzenie uzasadnione jest przygotowaniem widza na rozpoczęcie normalnego spektaklu, definiuje formę kolejnych scen. I ja tych kolejnych scen też nie kupuję. Chociaż historia ma anegdotyczne momenty, w których rzeczywiście można odnaleźć większy moralny i społeczny sens, przez większość czasu cierpi na „paradokumentalność”, podobnie jak zeszłoroczny film Brat.
fot. Teatr Powszechny / Bartek WarzechaNajlepszą częścią obsady są Zofia Stafiej i Zofia Ankiersztejn w rolach sióstr – Marlenki i Sabriny. To relacja, którą najchętniej śledzimy. Da się wyczuć w niej opiekuńczość, wzajemne zrozumienie i chęć poprawy swojego życia. Przy tym wątek z konkursem na dokumentalny film o Pradze nie wydaje się aż tak naiwny i dobrze wpasowuje się w charakter spektaklu. W tym miejscu warto podkreślić, iż obok scenografii i kostiumów to jedyny element fabularny, który pozwala poznać lepiej samą dzielnicę. Tu tkwi też główny problem całej opowieści – jest ona „polska”, a nie „praska”. Dla osoby spoza stolicy Praga, zawieszona w czasach PRL-u, kilka różni się od mniejszych miejscowości. Kontrast do nowoczesnej Warszawy również nie wybrzmiewa wystarczająco, o ile to w ogóle było celem twórców.
Na wyróżnienie zasługuje również Dominik Rubaj w roli Marcina. Wytworzył on intrygującą chemię z Zofią Stafiej. Relacja romantyczna, sama powoli stająca się rodzajem narkotyku, niesie novum, którego często brakowało całej historii. Ten wątek miał jednak dość marginalne znaczenie, mimo iż był najbardziej pociągającym elementem Adrenaliny. Odnoszę wrażenie, iż te chwytliwe fragmenty historii zostały porzucone na rzecz sztampowych perypetii dealera Terry’ego, jego szefa i Baśki. Postać Marcina stanowi najmocniejszy komentarz do rzeczywistości i łamie konwencję „paradokumentu” na rzecz wyrazistej groteski i oniryzmu. Te momenty przypominają czasem spektakl Requiem dla snu, a raczej próbę odwzorowania jego formy. Udaje się to szczególnie przy scenach tańca Marlenki czy śpiewie Marcina. choćby zakończenie jest podobne, gdzie postacie wspólnie tworzą wielki „posąg”.
fot. Teatr Powszechny / Bartek WarzechaSymbolicznych momentów nie brakuje również w kreacjach drugoplanowych. Jednak Adrenalina i tak dalej przypomina polski Breaking Bad połączony z Trudnymi sprawami. Pojawia się np. metafora narkotyków w torbie Uber Eats, co sugeruje usługę „na żądanie”, i dopalacze jako codzienne paliwo. Ginie ona jednak, gdy Terry gra taniego psychologa, jego szef jest gangsterem ciągle liczącym pieniądze, a Baśka to wulgarna i głupawa „księżniczka”. W ten sposób, ukryte, interesujące spostrzeżenia stają się prostymi gagami, które nie zachęcają do głębszej refleksji. Punkty zwrotne, najważniejsze dla budowania napięcia, są często porzucane bez żadnych konsekwencji dla bohaterów, co całkowicie rujnuje sens przedstawionych wydarzeń. Reżyserka ucieka w powierzchowną błazenadę, zamiast drążyć prawdę. Rozumiem, iż forma może pełnić funkcję sztucznej przykrywki dla prawdziwych dramatów, ale tutaj zamieniają się one w wydmuszkę.
O bezradności żywego planu świadczy również tło. Jak już wspomniałem, scenografia i kostiumy Wiktorii Kubat wyraźnie ustawiają świat przedstawiony w realiach „nowoczesnego PRL-u”. Elementy abstrakcyjne i nowoczesne w połączeniu ze stylem retro tworzą przestrzeń o szerokiej gamie znaczeń – tak jak bieżnia jako symbol życia w ciągłym biegu. W dialogach, grze aktorskiej czy scenariuszu tego jednak brakuje, czego także świadoma jest reżyserka. Podobnie jak u Augustynowicz w Iwonie, księżniczce Burgundzie, sposobem na pokazanie owej wieloznaczności są projekcje wideo w tle. Te, zamiast urozmaicać przestrzeń i znaczenia w opowieści, próbują ją uzupełniać o braki w tekście i dramaturgii Anny Mazurek. Idealnie obrazuje to przypadek pokazu filmu dokumentalnego Sabriny. jeżeli teatr w kluczowych momentach musi ratować się rzutnikiem, to de facto przyznaje się do inscenizacyjnej bezradności.
fot. Teatr Powszechny / Bartek WarzechaSpektakl Adrenalina miał szansę stać się brutalną diagnozą społeczną, z którą wielu ludzi mogłoby utożsamić swoje doświadczenia. Ewa Galica zgubiła jednak meritum tej historii, przykrywając je kabaretowym sznytem. Inscenizacja na siłę dąży do nowoczesnej formy teatru poprzez projekcje wideo, abstrakcyjne dekoracje czy stylistyczny mix. Forma przestaje być uzasadniona, a staje się uciążliwością. Choć relacja sióstr i oniryczne przebłyski postaci Marcina udowadniają, iż pod warstwą tanich gagów kryje się wrażliwość, reżyseria skutecznie ją zagłusza. Tym samym wiele wątków się marnuje, a widz wychodzi z teatru bez głębszych refleksji i satysfakcji z obejrzanego dzieła.
fot. główna: Teatr Powszechny / Bartek Warzecha

















