6 tematów odcinek 61 Sploty i sieci

nn6t.pl 1 godzina temu

6 tematów #61, premiera 03.08.2026 w Radio Kapitał

Audycja 6 tematów powstaje jako dźwiękowa wersja czasopisma NN6T.
Notes na 6 tygodni jest – jak sama nazwa wskazuje – o sprawach bieżących, ale też o takiej teraźniejszości, która widzi przyszłość.
Zapraszamy na spotkania z osobami działającymi na styku sztuki, dizajnu, architektury i szeroko rozumianych badań życia społecznego.
NN6T czyli N jak nasłuch, N jak nadawanie, 6 jak sześć, T jak temat.

W tym odcinku:

Osmofuturyzm – rozmowa z Martą Lisok, autorką książki „Osmofuturyzm. O zapachu i bezużytecznym spojrzeniu”
Sny o Gdyni
o festiwalu zorganizowanym z okazji stulecia Gdyni rozmawiamy z Moniką Domańską z Fundacji Przypływ
Atlas ruin rozmawiamy z Lesią Pcholką, artystką, założycielką archiwum VEHA oraz autorką koncepcji książki „Ruiny Białorusi”
Sploty i sieci o wystawie „Sploty. Barbara Brukalska, Helena Syrkus i sieci modernizmu” w Muzeum Architektury we Wrocławiu z Aleksandrą Kędziorek, współkuratorką wystawy.
Dom cieknącego nieba rozmowa z Natalią Sielewicz, kuratorką estońskiego pawilonu na 61. Biennale Sztuki w Wenecji
W duchowym lesie o pierwszej indywidualnej wystawie artysty Jury Shusta w Polsce rozmawiamy z Michaliną Sablik, kuratorką wystawy w Zachęcie

Zapraszamy!

TEMAT 1: Osmofuturyzm

Jak będzie pachniał świat, który nadchodzi – i co utracimy, jeżeli część jego zapachów zniknie? „Osmofuturyzm. O zapachu i bezużytecznym spojrzeniu”, książka Marty Lisok wydana przez Fundację Bęc Zmiana i Akademię Sztuk Pięknych w Katowicach, proponuje jako metodę na szukanie odpowiedzi na to pytanie poprzez przykłady prac z pola sztuki współczesnej po epoce dominacji oka. Zapach nie jest tu efektem specjalnym, ale narzędziem poznania: przenika granice, uruchamia pamięć i pozwala inaczej opisywać relacje między ludźmi, roślinami, glebą, zwierzętami, architekturą i atmosferą. Autorka przygląda się pracom artystek i artystów, którzy dzięki węchu badają kruchość wspólnego świata i kreślą alternatywne scenariusze przyszłości. Rozmawiamy z Martą Lisok, historyczką sztuki, kuratorką i autorką „Osmofuturyzmu”, a po książkę zapraszamy do Bęc Księgarni.

Marta Lisok: Osmofuturyzm jest bazą dzieł sztuki, w których najistotniejsze są doświadczenia węchowe. W książce używam przykładów z pola sztuki, wybierając artystki i artystów, którzy pracowali i pracują ze zmysłem węchu. Poprzez te prace zastanawiam się, w jaki sposób będziemy odczuwać w przyszłości, jakie nowe zapachy się pojawią, jakie znikną, jakich nie będziemy mogli już doświadczać i dzięki jakich narzędzi czy aparatur będziemy mogli opisywać środowiska zapachowe, do których teraz nie mamy dostępu.

Inspiracja idzie od strony innych gatunków i ich sposobów postrzegania. Zebrane dzieła sztuki podzieliłam na cztery obszary związane ze środowiskami ziemnymi, wodnymi, powietrznymi i błotnymi. Jeden z rozdziałów nosi tytuł Polityki bezwonności i dotyczy bardzo interesującego momentu cywilizacyjnego, w którym teraz się znajdujemy. Dążenie do higienizacji i sterylności zdominowało nasze podejście do ciała, uznawanego na różne sposoby za wstydliwe i w jakiś sposób brudne, wymykające się kontroli. W wielu dziełach sztuki, które przywołuję w książce, ciało ujawnia się w pełnej krasie czy pełnym spektrum zapachowym, by zbliżyć się do oswajania tych doświadczeń zapachowych poprzez język, co nie jest łatwe i oczywiste nie tylko w naszym języku i kulturze.

Interesującym wątkiem były dla mnie kwestie związane z politycznością zapachu, jako iż zmysł węchu jest bezpośrednio połączony z hipokampem w naszym mózgu, czyli nie podlega kontroli świadomości. Tym samym jest to taki kanał sensoryczny, który jest szczególnie czuły i wrażliwy na różnego rodzaju manipulacje, sytuacje, w których w grę może wchodzić pewnego rodzaju hipnoza. Jednym z określeń, które pojawia się w słowniku osmofuturystycznym, który jest częścią tej publikacji, jest osmotopia. To na razie wyimaginowana przestrzeń, ponieważ nigdy nie została wdrożona, jest na etapie pewnej spekulacji czy projektu. Przestrzeń, w której moglibyśmy podlegać pewnego rodzaju węchowej hipnozie, czyli mielibyśmy kontakt z zaprojektowanym specjalnie pod nasze upodobania, wspomnienia, biografię zapachem, który bardzo mocno na nas wpływa, aktywuje takie obszary naszej świadomości, z którymi trudno jest nam zmierzyć.

TEMAT 2: Sny o Gdyni

Gdynia powstała najpierw jako wyobrażenie nowoczesnego miasta. Sto lat później Fundacja Przypływ pyta, o jakiej Gdyni śnimy dzisiaj. „Sny o Gdyni” to rozproszony po mieście festiwal sztuki współczesnej: blisko czterdzieści zaproszonych artystek i artystów, dziesięć lokalizacji, wystawy, instalacje, spacery, warsztaty i debaty. Punktem wyjścia jest utopijna wizja miasta opisana w 1934 roku przez Juliana Rummla, ale program nie celebruje bezkrytycznie mitu założycielskiego. Konfrontuje go z dzisiejszym tempem życia, zmianami klimatu, relacją miasta z morzem i lasem oraz napięciem między utopią a dystopią. Jak sztuka może pomóc miastu wyobrazić sobie następne sto lat? O festiwalu zorganizowanym z okazji stulecia Gdyni rozmawiamy z Moniką Domańską z Fundacji Przypływ.

Monika Domańska: Sny o Gdyni są nawiązaniem do tekstu Juliana Rummla – mało znanego, zapomnianego na wiele, wiele dekad manifestu z 1934 roku. Odkryliśmy jego jedną kopię w Bibliotece Narodowej w Warszawie i okazało się, iż ten tekst jest bardzo współczesny, bardzo ciekawy, bo opowiadał o utopijnej wizji tego, czym Gdynia za kilkadziesiąt lat będzie. Okazało się, iż te marzenia i plany są przez cały czas bardzo aktualne, od podziemnych kolejek, przez Świątynię Wszystkich Wyznań, po domki z ogródkami do tworzenia własnych zbiorów, wszechobecne ścieżki rowerowe, służące oczywiście do transportu ludzi. Rower jako główny środek transportu, ale też rekreacji, czyli coś, o czym współcześnie mówimy w miastach. Okazało się, iż w 1934 roku Rummel już te wątki podnosił właśnie w tym manifeście. Stał się bazą do rozmów z artystami na temat tego, gdzie jesteśmy dzisiaj, na ile te pomysły są aktualne, co udało się spełnić, co pozostało niespełnione (i może dobrze, iż się nie zrealizowało).

Agata Abramowicz, kuratorka, często używa zwrotu przeszła przyszłość i na tym też opiera się dużo z jej koncepcji. Są różne paralele, które widzimy w okresie międzywojennym, a czasem obecnym. Na przykład praca Agaty Nowosielskiej, która nazywa się Okrągły stół, oddaje to poczucie lęku i napięć geopolitycznych, które były znane z czasów międzywojennych i które towarzyszą nam też dzisiaj, czy praca Atomicus Vulgaris – z jednej strony są to kwiaty, z drugiej strony przypominają pociski i opowiadają o tym, jak niepokój w nas rośnie z dnia na dzień po troszeczku. Czytamy różne informacje ze świata: jeden konflikt, drugi konflikt, trochę jak z takim gotowaniem żaby, lęki i niepokoje stają się elementem naszej codzienności. Czasami, mimo iż one wzbierają, to uczymy się funkcjonować pomimo tego, bo chcemy, żeby życie toczyło się dalej.

Ta wystawa nie jest prostą fotografią: o, tutaj stał domek i tak wyglądały początki Gdyni. Przez historię zastanawiamy się, gdzie jesteśmy obecnie. Są też wizje spekulatywne, jak praca Kingi Burek, która zastanawia sie, co by było, gdyby nie było II wojny światowej, gdyby Gdańsk pozostał portem i nie byłoby potrzeby, żeby Gdynia tym portem została. Jak wyglądałaby flora i fauna, jak potoczyłoby się życie mieszkańców? Szukamy więc też alternatywnych rzeczywistości. To jest piękno sztuki – nie wszystko musi być kwantyfikowalne, policzalne, sprzedawalne, tylko można eksperymentować i zobaczyć, gdzie nas te historie i pomysły zaniosą.

Mapa festiwalu koncentruje się wokół punktów w Śródmieściu. Dwa z nich to rzeźby w przestrzeni publicznej: praca Tewu oraz praca Doroty Morawiec-Winiarskiej, które są dostępne 24 godziny na dobę. Pozostałe punkty, poza pracą Piotra Zamoyskiego, to nieużywane lokale miejskie oraz Galeria Przypływ, czynne od środy do niedzieli. Można się pomiędzy nimi poruszać, oglądać wystawy, które dotykają czterech głównych wątków festiwalu. Poza zwiedzaniem wystaw myślę, iż sam spacer i oglądanie miasta z perspektywy osoby zwiedzającej Festiwal Sny o Gdyni jest ciekawym doznaniem. Mamy też mapę Małych Przyjemności, która ten spacer potęguje pod kątem zmysłowym i poszukiwania ciekawych, nieoczywistych miejsc w mieście. Jest to zaprojektowane jako podróż, odkrywanie miasta i sztuki kawałek po kawałku. Punkt przy Abrahama 62 – ten wątek to miasto między morzem a lasem. Skupia się na ekologicznych wątkach, położeniu miasta, współistnieniu, interakcjach, które zachodzą pomiędzy krajobrazem i pozaludzkimi aktorami w mieście.

To jest sztabka torfu, fragment instalacji Patrycji Orzechowskiej zwanej Czarne złoto. Kiedy postawa staje się formą. Dotyka często pomijanych wątków, które w swojej książce opisał też Grzegorz Piątek. Mówimy już nie tylko o białym, pięknym, lśniącym modernizmie, ale też o osiedlach biedy i niedostatku, bagiennych podłożach miasta i tych przestrzeniach i historiach, które często zostały pominięte. Ta sztabka jest dosłownie i w przenośni cegiełką. Są w trzech różnych nominałach: za 100, 20 i 50 złotych. Cały zysk ze sprzedaży tych sztabek trafia do dwóch organizacji. Jedna z nich to Centrum Integracji Społecznej, jest to Towarzystwo Pomocy Świętego Brata Alberta, czyli organizacja, która zajmuje się osobami w kryzysie bezdomności, stąd to nawiązanie do osiedli biedy i osób, które były gdzieś poza główną, lśniącą narracją powstawania Gdyni. Druga to CMOK, czyli Centrum Ochrony Mokradeł – to się wiąże bezpośrednio z materiałem użytym do wyprodukowania takiej cegiełki.

TEMAT 3: Atlas ruin

Ruina nie jest wyłącznie śladem katastrofy. Może stać się narzędziem odzyskiwania pamięci i opowieścią o tym, kto ma prawo nazywać przeszłość. „Ruiny Białorusi” to przygotowana przez niezależne archiwum VEHA trójjęzyczna książka z fotografiami pochodzącymi z 45 archiwów rodzinnych i publicznych. Pokazuje zamki, kościoły, cerkwie, synagogi, meczety i ratusze niszczone przez wojny, zaniedbania oraz represyjną politykę państwa – ale także ludzi żyjących obok nich. Publikacja została wyróżniona w 66. konkursie „Najpiękniejsze Polskie Książki 2025”. Jak oddolne archiwum może przeciwstawić się wymazywaniu historii, nie zamieniając jej w jeden obowiązujący przekaz? Rozmawiamy z Lesią Pcholką, artystką, założycielką i dyrektorką archiwum VEHA oraz autorką koncepcji książki, a na wystawy prezentujące publikacje nagrodzone w konkursie zapraszamy do Bęc Księgarni, gdzie wydawnictwa niezależne i do księgarni w Muzeum Sztuki Nowoczesnej, gdzie wszyscy laureaci i laureatki konkursu.

Lesia Pcholka: Pracujemy już prawie 10 lat jako Archiwum VEHA. Mamy społeczność wokół siebie, która zawsze wspiera nasze różne projekty. Na przykład nie mamy resource’ów, żeby zbierać każde zdjęcie i każde archiwum rodziny, dlatego na początku powstania archiwum zaczęliśmy pracować w ten sposób, iż wybieramy temat, robimy open call i w ramach tego open calla zbieramy tematyczne zdjęcia, które później katalogujemy, robimy publikacje i research wokół tych zdjęć, które zabraliśmy. Właśnie nad Ruinami w ten sposób pracowaliśmy. Nie było łatwo, bo ludzie są zastraszeni, żeby wysyłać swoje prywatne informacje do jakichś projektów kulturowych, na przykład projektów związanych z historią i dziedzictwem. To jest trudne, bo jest bardzo kontrolowane przez reżim. Dlatego dostaliśmy mniej zdjęć: ponad 150 ludzi wysłało w ramach open calla swoje zdjęcia do książki.

Wybraliśmy sposób rozdzielenia na sześć różnych regionów Białorusi, żeby przedstawić w każdym ważne historyczne budynki, ale też w tym wyborze kierowaliśmy się najpierw tymi zdjęciami, które wysłali nam ludzie. To jest główny materiał. Później dołączyliśmy zdjęcia z różnych archiwów instytucjonalnych. Na przykład mamy zdjęcie ślubu na tle ruin. Żeby pokazać jak wygląda ten budynek, znaleźliśmy zdjęcia z kościołem, na tle którego mamy ten ślub. Myślę, iż najważniejsza jest historia polityczna, bo każdy obiekt historyczny – to może być administracyjny budynek lub kościół, synagoga, cerkiew – każdy ten stary budynek wyobraża w sobie i zachowuje część historii, która jest bardzo trudna do regulowania. Dlatego pamiętamy, jak przez cały czas zmieniali kościół ortodoksyjny na katolicki i z powrotem itd. To jest nie unikalna historia tylko naszego regionu, ale na całym świecie. Zawsze tak było, iż jak się zmieniają granice jakiegoś państwa, to w ramach tych granic zmienia się też rekonstrukcja miasta i tworzy się w sposób bardziej przyjęty do kraju, do którego należy już ten teren.

W przypadku Białorusi mamy w XX wieku permanentny pressing władzy sowieckiej, która nie daje możliwości rozwoju historii Białorusinów i Białorusi. Przez cały czas mamy fokus i reprezentację przez historię Polską lub Rosji i to jest bardzo trudne, bo nie mamy dowodów istnienia. Jak państwo nie podtrzymuje kultury twojego kraju, to nie ma za dużo władzy, żeby prezentować na scenie publicznej całemu światu coś innego. To jest taka trochę unikalna sytuacja, która istnieje bardzo długo w Białorusi, iż dyktatura w Białorusi nie kieruje się ideą narodowości. Architektura to jedna z takich instytucji – budynek pokazuje historię. Dlatego jest regulowana. Nie chodzi tylko o obiekty historyczne z wieku XIX, XX, XVII i tak dalej, nie. Architektura modernistyczna też jest burzona przez cały czas, na przykład VDNKh i inne budynki, które powstały po wojnie w latach 50-tych, później zostały zburzone, na przykład pomniki. Wciąż mamy pomniki Lenina, ale mamy już wiele znikniętych pomników architektury modernistycznej.

TEMAT 4: Sploty i sieci

Architektura powstaje w sieci współpracy, w przyjaźniach, konfliktach, i podróżach. Modernizm był ideą, która przeniknęła wszystkie granice. Wystawa „Sploty. Barbara Brukalska, Helena Syrkus i sieci modernizmu” w Muzeum Architektury we Wrocławiu opowiada o dwóch z najważniejszych polskich architektkach XX wieku, związanych z grupą Praesens i kongresami CIAM. Ich równoległe biografie wielokrotnie się przecinały, zanim osobiste decyzje i polityczne wybory skierowały je w różne strony. Wystawa nie jest jednak opowieścią wyłącznie o biografiach, ale opowieścią o modernizmie jako praktyce relacyjnej i o pogmatwanych losach awangardowych idei, o czym rozmawiamy z Aleksandrą Kędziorek, współkuratorką wystawy.

Aleksandra Kędziorek: To jest taki paradoks, bo wydaje się, iż to są jedne z głównych postaci polskiej czy warszawskiej architektury, a przez cały czas tak naprawdę kilka o nich wiemy. Ta wystawa jest okazją, żeby jak najwięcej zobaczyć, dowiedzieć się, zobaczyć wiele prac, które są pokazywane w ogóle po raz pierwszy albo dawno nie były pokazywane. Zestawienie tych dwóch postaci jest dla nas bardzo ciekawe: łapiemy dwie nitki biograficzne i podążamy za nimi, żeby opowiedzieć o burzliwym XX. wieku w Europie Środkowo-Wschodniej, o tym, jak tutejsza rzeczywistość geopolityczna miała wpływ na biografię architektów i architektek. Zestawienie tych dwóch postaci, które były bardzo blisko siebie, tworzyły w podobnych środowiskach, pracowały razem na Wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej, ale jednocześnie miały różne korzenie, podejmowały bardzo odmienne wybory życiowe i polityczne, pozwala świetnie wejść w to i zobaczyć bardzo różne przeplatające się ścieżki. interesujące jest spojrzenie na nie po to, żeby zobaczyć jak środowisko Praesensu, środowisko warszawskiej awangardy wyglądało z perspektywy kobiet. Wtedy możemy zobaczyć inne funkcje, które w architekturze się pojawiają.

Tutaj świetnym przykładem jest postać Heleny Syrkus. Dużo opowiadamy na tej wystawie o międzynarodowych sieciach, w których polska awangarda funkcjonowała. Między innymi Międzynarodowych Kongresów Architektury Nowoczesnej, gdzie kobiety też odgrywały bardzo dużą rolę, ale mniej widoczną, bo na przykład sprawiały, iż dyskusja z kongresów była podtrzymywana w korespondencji, w raportach, w obiegu myśli. Helena Syrkus, która miała epizody studiowania architektury, ale tak naprawdę zaczynała jako tłumaczka, redaktorka i była po studiach filozoficznych u Władysława Tatarkiewicza, u niej właśnie warsztat niearchitektoniczny spełniał bardzo istotną rolę. Pojechała na kongresy najpierw jako żona przy mężu, potem została sekretarką, a potem wiceprzewodniczącą tych kongresów. To jest jeden aspekt. Drugi, bardzo ciekawy, kiedy patrzymy z perspektywy Barbary Brukalskiej, możemy zobaczyć jak ciekawie wchodziła we współpracę z rzemieślnikami, z artystkami ludowymi – coś, co w ogóle było nieporuszane do tej pory. To jest taki duży, nowy wątek, który na tej wystawie adekwatnie zapowiadamy, bo my go pokazujemy, ale to jest coś, co jeszcze mam nadzieję będzie dalej badane. Możemy też zobaczyć, iż ona zwykle kojarzy się z takim… Jest jedno zdjęcie z lat trzydziestych, kiedy ona siedzi na takim rokokowym fotelu, w krótkiej fryzurze, w bardzo nowoczesnej sukience. Stała się postacią kojarzoną z wyzwoloną kobietą z lat trzydziestych. Jak prześledziłyśmy jej biografię i twórczość, to paradoksalnie okazywało się, iż ona tak naprawdę wyemancypowała się po wojnie i wtedy rzeczywiście już nie byli to Brukalscy, tylko osobno: Stanisław Brukalski, Barbara Brukalska. Ona dalej bardzo świadomie prowadziła swoją architektoniczną praktykę, zrobiła uprawnienia budowlane, w 1946 roku została profesorką architektury. Dobrze jest czasami popatrzeć na te pary osobno, bo można trochę przepisać i jakby uzupełnić tę historię.

Na wystawie zobaczymy przede wszystkim bardzo duży wybór materiałów archiwalnych, fotografii, filmów, rysunków. One są częściowo ze zbiorów Muzeum Architektury we Wrocławiu, częściowo z Muzeum Sztuki w Łodzi, ale też z różnych zbiorów zagranicznych. Opowiadamy na tej wystawie bardziej o relacjach, więc skupiamy się mniej na budynkach, na planach architektonicznych, a właśnie bardziej na tym, jak środowisko architektoniczne się budowało. Stąd dużo fotografii czy grafik, które sobie wzajemnie wysyłali architekci. Na przykład można zobaczyć grafikę Fernanda Legera czy obraz Le Corbusiera z dedykacjami dla Heleny Syrkus, ale mamy też prace współczesne, bo chciałyśmy, wspólnie ze współkuratorką wystawy, Małgosią Jędrzejczyk, żeby tę opowieść dopełniły też prace współczesnych artystek. Zaprosiłyśmy Alicję Bielawską i Barbarę Kingę Majewską. Alicja stworzyła fenomenalny żakard, w którym łączy motywy z twórczości obu bohaterek wystawy, taką właśnie splecioną na nowo historię, a Barbara Kinga Majewska stworzyła pracę dźwiękową, która składa się z trzech części, rozdystrybuowanych w różnych przestrzeniach klasztoru, w którym znajduje się Muzeum Architektury we Wrocławiu, i podejmuje temat języka jako budulca architektury.

TEMAT 5: Dom cieknącego nieba

Jeśli w czasie wakacyjnych wyjazdow traficie do Wenecji, polecamy wizytę w pawilonie Estonii na 61. Biennale Sztuki, w ktorym na oczach publiczności powstaje wielkie malowidło. Artystka Merike Estna zmieniła dawny kościół, dziś pełniący funkcję centrum społecznościowego, w otwartą pracownię. Maluje obrazy składające się na monumentalną kompozycję, a proces, narzędzia, ceramiczna posadzka i rytm codziennej pracy są się częścią dzieła. O przeciekaniu malarstwa do codzienności i o współpracy z lokalną społecznością w przestrzeni, w której można oglądać wystawę „Dom cieknącego nieba”, rozmawiamy z Natalią Sielewicz, kuratorką estońskiego pawilonu.

Natalia Sielewicz: Nasz pawilon zatytułowany jest House of the Leaking Sky, więc można go przetłumaczyć na Dom Cieknącego Nieba. Sednem tego projektu jest obraz, który powstaje przez cały okres trwania Biennale, który jest dwumetrowy, dodajmy. Lokalizacja jest bardzo specyficzna i jestem przekonana, iż ten projekt byłby zupełnie o czymś innym, gdyby mieścił się czy to w jakimś pałacu, czy kościele, czy w innych schematycznych przestrzeniach, na które często kraje nieposiadające własnego pawilonu w Giardini czy Arsenale są skazane. Pracujemy z tkanką miasta – Wenecja jest taką wielowarstwową mozaiką tego, co związane z władzą, czyli właśnie z palazzo, z władzą kościoła, z turystyką i gastronomią, ale to w takim dużym, generycznym skrócie. Estonia nie posiada swojego stałego pawilonu i organizatorzy, czyli CCA, Centrum Sztuki Współczesnej w Estonii, co dwa lata szukają nowej przestrzeni.

Po wielu wizytach studyjnych udało się znaleźć, wydaje mi się, dość wyjątkowe miejsce. Jest to mianowicie centrum, nazwałabym je wielokulturowym, które mieści się w dawnym kościele, w kompleksie prowadzonym adekwatnie przez księży salezjanów, ale dość zsekularyzowanych (mamy tam takiego padrone Don Marco), które osadzone jest w kościele. Mieści się tam sala gimnastyczna. To miejsce jest schowane za bardzo wąską alejką, wchodzi się przez foyer, dość obskurne lobby i znajdujesz się na bardzo dużym placu z boiskiem do koszykówki, piłki nożnej, ze stołami do piłkarzyków, ping-pongiem i muralami. W ogóle to miejsce jest dość niesamowite, bo jesteś oczywiście w samym centrum, blisko Garibaldi, głównego deptaku, jesteś blisko Arsenału, blisko Giardini, ale jak tylko tam wyszliśmy – jeszcze w listopadzie czy wcześniej, podczas oględzin przestrzeni lokalizacji – to oczywiście zobaczyliśmy prawdziwe życie. Dzieciaki, które krzyczały, biegały, grały i to one zarządzały tym miejscem tak naprawdę. Znajduje się tam także schronisko. Pewnego wieczora przyszło dwoje harcerzy, którzy potrzebowali po prostu wieczorem schronu i osoba, która prowadzi to miejsce jest zawsze pod telefonem. Jest bardzo ciepła, otwarta i jakoś tak zżyliśmy się z nim. Dla mnie też to było interesujące doświadczenie – jak przekraczać swoje różne ograniczenia w myśleniu o wspólnocie. Bardzo często jesteśmy mega cyniczni w kontekście tego, jak możemy rozumieć na przykład lewicową wspólnotę i czy w ogóle rozpuszczamy granice takiego zsekularyzowanego lewactwa. Nagle otwierasz się na kogoś, kto otwiera się na ciebie i wtedy dochodzi do takiego bardzo wspaniałego wyrzutu adrenaliny, dopaminy i spięcia, w którym budujesz relacje bez względu na różnice w tym spolaryzowanym świecie.

Bardzo nam zależało na tym, żeby uszanować też to, iż jesteśmy tam gośćmi i nie proponować w duchu wybawców czy tych, którzy niosą kaganek sztuki wspólnocie, która sobie doskonale bez nas jest w stanie poradzić. Tam realizowane są i koncerty dla seniorów, i działania teatralne, i przede wszystkim właśnie sportowe. Zaadoptowaliśmy więc tylko i wyłącznie tę salę gimnastyczną. Teraz – po miesiącu obecności na Biennale – ta wspólnota, przede wszystkim dzieci i młodzież, zwróciła się do nas i chciałaby poprosić Merikę o wspólne stworzenie muralów na dziedzińcu. Teraz zastanawiamy się, bo nie chcemy, żeby to ona właśnie tym mistrzowskim gestem zostawiała swój ślad. Mamy taki pomysł, iż może pokażemy dzieciom różne ikonografie z historii sztuki, które mogą służyć jako punkty identyfikacji, może ona mogłaby wybrać to. Teraz jesteśmy cały czas w dyskusji z nimi, więc liczę na to, iż to będzie fajny proces.

TEMAT 6: W duchowym lesie

Dawniej las był przestrzenią sacrum i pośrednikiem między światem ludzi a światem duchów. Dziś jest plantacją, zasobem, granicą, laboratorium technologii nadzoru. „Żywica* Splot słoneczny” w Zachęcie – pierwsza indywidualna wystawa białoruskiego artysty Jury Shusta w Polsce – prowadzi przez krajobrazy, w których dawne wierzenia spotykają sztuczną inteligencję, przemysłową eksploatację środowiska i cyfrowe sieci komunikacji. Jak odzyskać duchową relację z żywym krajobrazem, nie uciekając od jego politycznej teraźniejszości? O tym rozmawiamy z Michaliną Sablik, kuratorką wystawy.

Michalina Sablik: Zapraszając Jurę Shusta do Zachęty myślałam o jego twórczości w taki sposób, iż jest ona dla mnie niezwykle interesująca, bo dotyka ważnych problemów współczesności, ważnych pytań, które sobie stawiamy – przede wszystkim dotyczących naszej relacji z technologią, naturą, czyli w bardziej filozoficzny sposób – ze światem pozaludzkim czy więcej-niż-ludzkim. Stawia też pytanie o to, co się dzieje z naszą duchowością współcześnie.

Jura umieszcza to w bardzo konkretnym kontekście, bo pochodzi z pogranicza polsko-białorusko-litewskiego. Jest artystą białoruskim od lat mieszkającym poza granicami swojego kraju, w tej chwili w Berlinie. Posługuje się wiedzą z tych regionów, pewnymi wierzeniami, które zostały wytworzone na tym terenie, który z jednej strony jest terenem pradawnej puszczy – Puszczy Białowieskiej – ale też miejsc, gdzie mieszkały dawniej takie ludy i wspólnoty, które nazywały się tutejszymi, które nie identyfikowały się z żadną narodowością. W różnych tekstach kultury szuka on odniesień do pewnych wierzeń dotyczących przyrody, natury, lasu. Przede wszystkim interesuje go las jako sacrum i nasze relacje z drzewami, które były szczególnymi obiektami – wierzono, iż są łącznikami między światem materialnym a duchowym, iż właśnie w drzewach żyją dusze naszych przodków. Interesuje go też bardzo cały aspekt związany z rytuałami przejścia i z rytuałami pogrzebowymi, które też były w tych lasach. Potem zestawia to wszystko z naszym współczesnym rozwojem technologicznym, bo zauważa, iż jak kiedyś myśleliśmy o lesie i drzewach jako miejscach sacrum, to teraz technologia staje się takim miejscem, gdzie projektujemy nasze różne myśli czy wierzenia dotyczące przyszłości. Chociażby to, iż wierzymy, iż kiedyś będziemy żyć wiecznie w cyfrowych chmurach, i iż zawsze człowiek wykorzystywał technologię, a ona nie tylko wiązała się z myśleniem racjonalnym, ale też z myśleniem o przekraczaniu pewnych granic cielesności.

Jura bazuje swój research na terenach Europy Wschodniej, krajach bałtyckich, bałkańskich, ugrofińskich. Interesuje go też trochę animizm i szamanizm syberyjski i bada etnograficznie, ale też etnobotanicznie wierzenia wokół tego i wokół roślin. Jest to trochę szersze, antropologiczne podejście do naszej relacji z naturą, bo takie wierzenia możemy znaleźć w innych częściach świata. Wiem, iż ostatnio prowadził on jakiś projekt na Alasce, ale często widzę też różne wystawy dotyczące Amazonii, gdzie ponownie odkrywa się relację ze światem pozaludzkim. Wydaje mi się, iż to jest taki ogólny trend we współczesnej sztuce i filozofii w ogóle. Zwracamy się w stronę przeszłości, dawnych wierzeń, dawnych kosmologii i szukamy w nich tego, co chyba trochę wyparliśmy w czasie humanizmu czy oświecenia. Zauważamy, iż inne pozaludzkie byty też mają sprawczość, duchowość, są podmiotowe. To też eksplorujemy w tej wystawie, zwracając uwagę na animizm, czyli wiarę w to, iż każdy element przyrody ma duszę, i współczesne badania. Często nowa technologia pozwala nam odkrywać, iż faktycznie tak jest. Odwołujemy się do popularnej książki Sekretne Życie Drzew, gdzie właśnie dzięki nowym technologiom odkrywa się inteligencję drzew, to, w jaki sposób tworzą społeczność, jak myślą, odpowiadają na różne bodźce z przyrody, jak ich korzenie są w zasadzie mózgami, systemami neuronowymi, które przesyłają sobie informacje. Okazuje się, iż powrót do tych dawnych kosmologii opowiada jakąś prawdę o rzeczywistości, w której funkcjonujemy.

~~

W tym odcinku to już wszystko!
Pełne wersje rozmów znajdziecie w naszym kanale podkastowym Bęc Radio oraz w drukowanym i elektronicznym wydaniu czasopisma NN6T. Wydań papierowych szukajcie w instytucjach kultury, w galeriach, miejscach spotkań, uczelniach twórczych i oczywiście w Bęc Księgarni przy Mokotowskiej 65 w Warszawie.

Rozmowy: Bogna Świątkowska
Oprawa muzyczno-dźwiękowa: Julia Szostek
Transkrypcje: Olka Dąbrowska

To tyle.
Tymczasem! Do następnego razu!

Tracklista:

Stara Rzeka – Wszędzie śnieg (feat. Hubert Zemler)
black coffee – Kosmos
Księżyc – Verlaine pt. I
Rycerzyki – Przestrzeń
Rosa Vertov – Seen It Land
Anatol – Głąb
Antonina Nowacka – Turning Into Dolphins

Powstawanie audycji 6 TEMATÓW jest w tym roku dofinansowane ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury.

Idź do oryginalnego materiału