Jest koniec lat 40., gdy w Alabamie, w Stanach Zjednoczonych na świat przychodzi Forrest Gump. Ma niedowład nóg i niski iloraz inteligencji. Jego matka wpaja mu, iż musi być odważny i wierzyć w siebie bez względu na okoliczności. Rówieśnicy wytykają go palcami, mówią mu, iż nic nie osiągnie i nigdy nie będzie w stanie im dorównać. Czy na pewno? Z biegiem czasu zostaje gwiazdą futbolu, bohaterem wojny w Wietnamie, a choćby mistrzem ping-ponga. Przez życie idzie z podniesioną głową, czerpie z niego garściami, podróżuje i nawiązuje kontakty z wysoko postawionymi ludźmi z pierwszych stron gazet. W końcu spełnia marzenie i zakłada własną firmę, która robi z niego milionera. O tym opowiada film, który przyniósł Tomowi Hanksowi drugiego w karierze Oscara, choć początkowo wcale nie miał w nim zagrać.
REKLAMA
Zobacz wideo "Gwiazd na miarę Grażyny Torbickiej już nie będzie". Marcin Prokop w "Z bliska"
Trzech aktorów odmówiło roli w filmie "Forrest Gump". Byli niemal pewni porażki
Wszystko zaczęło się od bestsellerowej książki Winstona Grooma, w której wytwórnia Paramount Pictures dostrzegła potencjał na film. Ale "Forresta Gumpa" na ekran nie chciał przenieść ani Barry Sonnenfeld, ani Terry Gilliam. Dopiero Robert Zemeckis, który już wtedy miał na koncie m.in. kultowy "Powrót do przyszłości", podjął się wyzwania, pod warunkiem iż będzie mieć wolną rękę na każdym etapie pracy. Uznał, iż to doskonała okazja, by do współpracy zaprosić Johna Travoltę, którego pragnął obsadzić w głównej roli. Skontaktował się z jego ówczesnym agentem, któremu wysłał scenariusz napisany przez Erica Rotha i cierpliwie czekał na odpowiedź. Ta przyszła po kilku dniach i, wbrew jego oczekiwaniom, była negatywna. Aktor tłumaczył, iż przez pracę nad "Pulp Fiction" Quentina Tarantino nie ma czasu podjąć się kolejnego projektu.
Dla Zemeckisa nie był to problem nie do przeskoczenia. Zaproponował, iż dostosuje dni zdjęciowe "Forresta Gumpa" do harmonogramu Travolty, ale i wtedy usłyszał "nie". Dopiero z czasem wyszło na jaw, iż za decyzją aktora kryło się coś więcej niż "zapchany grafik". Tak naprawdę nie widział w tym projekcie potencjału, zwłaszcza iż od początku było wiadomo, iż jego budżet jest mocno ograniczony. Paramount Pictures na realizację mogło przeznaczyć bowiem "jedynie" 55 mln dolarów. Z tego powodu z roli zrezygnowali jeszcze Billy Murray oraz Chevy Chase. To wtedy podczas rozmowy z wytwórnią padło nazwisko Hanksa, który był na topie po tym, jak rok wcześniej odebrał Oscara za "Filadelfię". Reżyser na propozycję przystał, choć nie wiązał z nią wcale wielkich nadziei.
Zagrał "Forresta Gumpa", ale gaży nie dostał. Zyskał w ten sposób więcej, niż mogłoby się wydawać
Gdy Hanks dostał scenariusz, był już zaznajomiony z literackim pierwowzorem. Przeczytał go i bez zastanowienia rolę przyjął. Co więcej, zrezygnował ze stałej pensji na rzecz otrzymania procenta z wpływów za dystrybucję, a choćby sfinansował (na pół z Zemeckisem) jedną z najbardziej kultowych scen. – To nie była tania sprawa – wspominał w programie "In Depth With Graham Bensinger". W tamtym czasie w branży nie było osoby, która nie uważałaby tej decyzji za błąd, ale dla aktora groźby rychłego bankructwa nie miały znaczenia. Był przekonany, iż "Forrest Gump" odniesie sukces, w wywiadach wspominał, iż po prostu "czuł to w kościach". Powiedzieć, iż intuicja go nie zmyliła, to jakby nie powiedzieć nic.
Produkcja opowiadająca historię prostodusznego chłopca, który mimo ograniczeń osiąga sukcesy, trafiła na wielkie ekrany w 1994 roku i błyskawicznie skradła serca widzów i krytyków. Do kin przyciągnęła kilkadziesiąt milionów widzów, zarabiając ponad 678 mln dolarów na świecie. Tym samym budżet zwrócił się ponad 12-krotnie, a na konto Hanksa wpłynęła zawrotna kwota, bo (w zależności od źródeł) od 40 do choćby 65 mln dolarów. Wpływy z box office odzwierciedlenie miały też w licznych wyróżnieniach, film zdobył trzy Złote Globy na siedem nominacji, a to był dopiero początek sukcesów.
Amerykańska Akademia Filmowa wyróżniła "Forresta Gumpa" w aż 13 kategoriach, czyniąc go tym samym jednym z najmocniejszych kandydatów w wyścigu po Oscara. Gdy 27 marca 1995 roku odbyła się 67. ceremonia rozdania złotych rycerzyków, raczej nikt nie miał wątpliwości, iż film Zemeckisa zakończy ją zwycięsko. Finalnie dostał aż sześć statuetek, najwięcej tego dnia i w najważniejszych kategoriach: dla najlepszego filmu, reżysera, scenariusza, efektów specjalnych oraz montażu. Jedna powędrowała natomiast do rąk Hanksa.
Film, który zawsze chwyci za serce, obojętnie który raz już by się go oglądało. Rola życia Toma Hanksa
– napisał Daniel Włodkowski z "Trochę Krytyczni" w recenzji opublikowanej na portalu Filmweb.pl.














