100 najlepszych filmów ćwierćwiecza (2001-2025) │ 3/4

filmawka.pl 2 tygodni temu

Kontynuujemy filmawkową prezentację 100 najlepszych filmów pierwszego ćwierćwiecza XXI wieku (2001–2025). W trzeciej części naszego zestawienia prezentujemy miejsca 50-26. To kolejny etap spotkań z twórczyniami i twórcami, którzy odważnie przesuwali granice kina, opowiadali o rzeczywistości z nieoczywistych perspektyw i udowadniali, iż film wciąż potrafi inspirować i poruszać. Od wizjonerskich eksperymentów formalnych, przez przenikliwe diagnozy współczesności, aż po historie, które na długo pozostają w pamięci – to dalszy ciąg naszej wędrówki przez dzieła, które współtworzyły oblicze kina ostatnich 25 lat.

Część I – miejsca 100-76

Część II – miejsca 75-51


50. Zło we mnie, reż. Osgood Perkins (2015)

fot. „Zło we mnie” / kadr ze zwiastuna

Zło we mnie to jeden z moich filmów formacyjnych. Debiut Osgooda Perkinsa pokazał mi, iż pod etykietą horroru znaleźć można wszystko, co dla późno obudzonego we mnie entuzjasty kina nie było tak oczywiste. W filmie dostajemy porażająco smutny dramat o stracie, który nie daje zbyt wielkich nadziei, a oczekiwane katharsis nie przychodzi. Jednocześnie, gdy wróciłem do tej produkcji po latach doceniłem ją jeszcze bardziej. Perkins wybrał horror, jako nośnik swojej historii i bardzo konsekwentnie korzystał z jego narzędzi, motywów oraz klisz. To jest pełnoprawny horror tylko z inaczej rozłożonymi akcentami. Wrażenie robi też sama realizacja, świetnie zagrane główne bohaterki, skąpane w mroku kadry, w których może kryć się coś więcej niż to, co widzimy. Osgood Perkins nie próżnuje, ale niestety nie udało mu się przeskoczyć swojego debiutu. Trzymamy kciuki za dalsze próby!

Michał Skrzyński


49. Czerwone pokoje, reż. Pascal Plante (2023)

fot. „Czerwone pokoje” / kadr ze zwiastuna

Jedna z najbardziej niepokojących i przewrotnych wiwisekcji mrocznych zakamarków natury, odzierająca widza z jego bezpiecznej voyerystycznej pozycji i dźgająca go nieprzyjemnie wskazującym palcem. Ascetyczne oko kamery śledzi obsesję Kelly-Anne niemal tak beznamiętnie, jak rejestrator snuff porno, w którego meandry zaplątuje się główna bohaterka. Reżyser Pascal Plante szanuje inteligencję widza (co zdarza się niestety coraz rzadziej) i prowokuje w iście hanekowskim stylu, zmuszając do wyciągnięcia niezbyt przyjemnych wniosków odnośnie samego siebie i kultury, w jakiej jesteśmy dzień w dzień unurzani. Czerwone pokoje pozostają w człowieku jak zadra, którą nie da się wyciągnąć, a która nieustannie daje o sobie znać.

Irena Kołtun


48. Anatomia upadku, reż. Justine Triet (2023)

fot. „Anatomia upadku” / mat. prasowe M2

Film Justine Triet to scenariuszowo koronkowa robota. Wątpliwości, jakie wzbudza w nas główna bohaterka więcej mówią o nas samych i szowinistycznym świecie, w którym żyjemy niż o niej samej. Sandra Hüller wyśmienicie wygrywa bohaterkę, którą trudno lubić, a jednocześnie ciężko z nią nie empatyzować. Każda scena sądowa nie tyle odkrywa nam coś nowego o potencjalnej zbrodni, ile o paradoksach i absurdach patriarchalnego społeczeństwa. Triet czuje się świetnie w dyskursywnym sposobie narracji filmowej, co w niektórych jej filmach (Sybilla) bywa nieznośnie przeintelektualizowana, natomiast w Anatomii upadku działa świetnie, trzymając widzów w intelektualnym napięciu i pobudzając do refleksji jeszcze długo po zakończeniu seansu.

Irena Kołtun


47. Zaginiona dziewczyna, reż. David Fincher (2014)

fot. „Zaginiona dziewczyna” / kadr ze zwiastuna

David Fincher to naprawdę solidna firma, adekwatnie zawsze gwarantująca świetną zabawę. Natomiast trochę gorzej wychodzi mu, gdy chce w filmie przemycić coś więcej, bo albo mnóstwo widzów go nie zrozumie (wiecie, o który film chodzi), albo na nim uśnie (wiecie, o który film chodzi). Z Zaginioną dziewczyną jest trochę inaczej. Nie dość, iż to idealnie zrealizowana przez Finchera formuła Finchera, to dodatkowo wychodzi z tego całkiem interesująca historia o medialnych narracjach. Oczywiście film raczej nawiązuje do różnych słynnych śledztw prowadzonych na oczach opinii publicznej – jak sprawa Scotta Petersona – ale z czasem walka o uwagę i przekonanie ogółu stała się prowadzoną w czasie rzeczywistym wojną hybrydową, a Zaginiona dziewczyna stała się nieprzyjemnie aktualna. Można też ten cały bagaż oczywiście zignorować i zostajemy wtedy z fantastycznym thrillerem. Wady? Nie stwierdzono.

Michał Skrzyński


46. Najpierw strzelaj, później zwiedzaj, reż. Martin McDonagh (2008)

fot. „Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj” / mat. prasowe Prime Video

Martin McDonagh rozpoczynał swoją karierę w teatrze i lata doświadczenia w pisaniu scenariuszy do sztuk odbijają się echem w jego filmowym debiucie Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj. Patrząc na (okropny) polski tytuł można by się spodziewać płytkiego akcyjniaka, o którym zapomina się kwadrans po obejrzeniu filmu. Film jednak oferuje nam coś zupełnie przeciwnego – kameralny dramat o dwóch zabójcach ukrywających się w średniowiecznym mieście, opierający się głównie na dialogu. Główni aktorzy tworzą wspaniały duet – Farrell jest głośny i w stałym ruchu, podczas gdy Gleeson jest skromny w swoim tonie i gestach. Kontrast wydaje się być oczywisty, ale tworzy idealną mieszankę. Reżyser wie, iż chemię między aktorami najlepiej odnaleźć w kłótniach w ciasnych pokojach hotelowych, gdzie napięcie rośnie z każdym wymienionym zdaniem. Wszystko to na tle przepięknych ujęć belgijskiego miasta, które dodaje uroku, a jednocześnie podkreśla, jak bardzo bohaterowie do niego nie pasują. McDonagh pisze dialogi, w których każde zdanie ma odpowiednią rytmikę i cel. Nie potrzebuje montażowych fajerwerków ani epickich ścieżek dźwiękowych. Większość filmów próbujących połączyć farsę z egzystencjalnym dramatem prędzej czy później przechyla się w jedną stronę. Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj jest idealnie zbalansowane – bo McDonagh rozumie, iż życie jest jednocześnie śmieszne i nie do zniesienia.

Igor Kuśmierski


45. Ghost Story, reż. David Lowery (2017)

fot. „Ghost Story” / kadr ze zwiastuna filmu

Przemijanie to jedno z najbardziej dojmujących prawideł rzeczywistości, ale też jedno z największych natchnień artystów na całym świecie od zarania dziejów. Trudność pogodzenia się ze stratą wyrażana była już na wiele sposobów i w niejednym gatunku, pozwalając zantropomorfizowanym wspomnieniom przemieszczać się po stronach książek, płótnach obrazów i kolejnych kadrach filmu. Bez wątpienia jednym z najpiękniejszych poematów o kurczowym trzymaniu się tego co minęło jest Ghost Story Davida Lowery’ego, która po dziewięciu latach od premiery wciąż żyje w mojej głowie, jako wspomnienie którego sam nie chcę porzucić. Odziany w prześcieradło z otworami na oczy Casey Affleck przemierza w filmie korytarze niegdyś wspólnego domu, rozpamiętuje życie które stracił i to, którego już nie doświadczy i ani na krok nie pozwala sobie opuścić jego progu. To powolnie prowadzona i okraszona zachwycającymi kadrami historia o mocy wspomnień. Odkrywa piękno, melancholię i tragedię ukrytą w codzienności, w której choćby jedzenie placka na podłodze w kuchni jawi się jako rozdzierające serce doświadczenie. Bez względu na to ile razy przechadzam się tymi samymi korytarzami i wpatruję w czarne „oczy” głównego bohatera, moje własne wypełniają się łzami. Nie mogę zapomnieć o tym filmie – choćby jeżeli on chce, abym o nim zapomniał.

Norbert Kaczała


44. Drive My Car, reż. Ryûsuke Hamaguchi (2021)

fot. „Drive My Car” / mat. prasowe Nowe Horyzonty

Film Ryūsuke Hamaguchiego powstał na podstawie opowiadania Harukiego Murakamiego i mimo, iż nie jest wierna adaptacja, to świetnie udało się uchwycić klimat książek japońskiego nie-noblisty. W tych pozbawionych lub prawie pozbawionych elementów fantastycznych Murakami tworzy światy, które zdają się istnieć jedynie po to, by być tłem dla wewnętrznych rozterek bohaterów. I tak właśnie wygląda Drive My Car. To trzygodzinna medytacja Kafuku nad samym sobą, swoim życiem i osobami, które się w nim przewinęły. Jest też Wataria, która czasami radzi i odpowiada, ale przez większość czasu po prostu towarzyszy głównemu bohaterowi. Widz też siedzi w tytułowym samochodzie i może wyciągnąć coś dla siebie z tych rozważań, albo… zupełnie je zignorować i dać się porwać samej atmosferze i świetnej muzyce.

Igor Kuśmierski


43. Zielony rycerz. Green Knight, reż. David Lowery (2021)

fot. „Zielony rycerz. Green Knight” / mat. prasowe Nowe Horyzonty

Film Lowery’ego to przede wszystkim renegocjacja arturiańskiego mitu, która zamiast afirmować etos heroiczny, dokonuje jego systematycznej dekonstrukcji. Lowery kreśli portret Gawaina nie jako lśniącego ideału, ale jako jednostki uwięzionej w paraliżującej presji „wielkości”, której nie potrafi on ani zdefiniować, ani udźwignąć. Zamiast klasycznej struktury kina drogi dostajemy oniryczną i egzystencjalną medytację nad tożsamością i ontologicznym lękiem przed śmiertelnością. Kluczowym elementem filmu pozostaje wizualna metafizyka „Zieleni”, czyli nieludzkiej, obojętnej siły entropii, która z dystansem przygląda się cywilizacyjnym pretensjom do trwałości. Zielony Rycerz nie funkcjonuje tu jako konwencjonalny antagonista, ale jako ucieleśnienie natury przypominającej o nieuchronności rozkładu, przed którym nie chroni żadna legenda.

Maciek Kulbat


42. Najgorszy człowiek na świecie, reż. Joachim Trier (2021)

fot. „Najgorszy człowiek na świecie” / mat. prasowe M2 Films

Dla mnie to jeden z filmów życia. Joachim Trier skupia się na człowieku i jego rozedrganiu, na sprzecznościach, które w sobie mamy, oraz na pochopnych decyzjach podejmowanych w poszukiwaniu siebie. Postać Julie kumuluje w sobie różne przekleństwa i bolączki ludzi w latach dwudziestych. Nosi w sobie rozterki, które łatwo rozpoznać, bo czasem każdy z nas jest najgorszym człowiekiem na świecie. Najgorszy człowiek… oddziałuje przede wszystkim emocjonalnie, ale formalnie jest to także dzieło całkowicie spełnione. Trier bawi się różnymi stylistykami, tempem, atmosferą oraz pomysłami formalnymi (wspaniała scena biegu Julii po oslowskich ulicach czy psychodeliczna sekwencja grzybkowa). Dialogi w filmie brzmią tak, jakby zostały wyjęte wprost z osobistego doświadczenia, sprawiają wrażenie podsłuchanych. Do tego kreacja Renate Reinsve – to jedna z tych ról, które budują z widownią autentyczną więź; aktorka stworzyła pełnokrwistą postać, który na czas trwania filmu staje się kimś bliskim i ważnym. Najgorszy człowiek na świecie to przede wszystkim emocje – takie, które chcę odczuwać całym sobą.

Jakub Nowociński


41. Atak serca, reż. Nawapol Thamrongrattanarit (2015)

fot. „Atak serca” / mat. prasowe Pięć smaków

Jak na ogół określenia „idealny film na nasze czasy” napawają mnie sceptycyzmem, tak o Ataku serca mogę powiedzieć z pełnym przekonaniem, iż mimo upływu 11 lat od premiery jedynie zyskuje na aktualności. Na długo zanim główny bohater Bez wyjścia szedł po trupach po wymarzoną pracę, tajski reżyser stworzył zręczna satyrę na wszechobecny kult zapierdolu – a to wszystko w gatunkowym sztafażu komedii romantycznej. Gdy nasz główny bohater – grafik-freelancer – zaczyna bić rekordy w czasie spędzonym bez snu, a krew w żyłach zastępuje mu kofeina, tym co wyrywa go z pętli autodestrukcji jest… prawdziwa miłość. Rzecz jasna, warto znaleźć lepszy powód, aby o siebie zadbać, aniżeli aprobata drugiej osoby. Film stawia jednak celne, acz niewygodne pytania o naszą własną relację z pracą. W skrócie: nikt tak pięknie nie mówił o toksycznej produktywności, jak Nawapol Thamrongrattanarit.

Natalia Sańko


40. Pianistka, reż. Michael Haneke (2001)

fot. „Pianistka” / kadr ze zwiastuna filmu

Erudycyjna powieść Elfriede Jelinek wydaje się niemożliwą do przełożenia na język filmowy. Jednak Haneke w swoim prowokacyjnym i drastycznym stylu wycisnął z niej samo clou. Bez zabawy w psychologizowanie czy filozofowanie na ekranie, obserwuje po prostu zachowania głównej bohaterki, coraz bardziej pogrążającej się w swoje manii i psychozie seksualnej. Nie udałoby się to, gdyby odtwarząca Erikę Kohut Isabelle Huppert nie była prawdziwym aktorskim tour de force; nie będzie przesadą z mojej strony twierdzenie, iż jest to najlepsza rola w jej karierze. Pianistka jest uniwersalną i szokującą historią władzy oraz dominacji w relacjach intymnych, które w idealnym społecznym obrazku, jaki chcielibyśmy oglądać na ekranie i w życiu powinny być bezpieczne – a okazują się perwersyjne i pełne przemocy.

Irena Kołtun


39. Puls, reż. Kiyoshi Kurosawa (2001)

fot. „Puls” / mat. prasowe MUBI

Czy w ciągu ostatnich 26 lat wyszedł horror, który był równie proroczy, co Puls Kiyoshiego Kurosawy? Japoński mistrz grozy na początku ery internetu, lata przed rozpowszechnieniem się mediów społecznościowych, widział w sieci, zamiast platformy łączącej ludzi – przestrzeń ich od siebie oddalającą. Używając niezwykle oryginalnego konceptu duchów nawiedzających cyfrową sferę, pokazał, iż kontakt na ekranie jest w swojej esencji wybrakowany – a twarze, które tam widzimy, nie są tym samym, co twarze ludzi w fizycznym świecie. Tak naprawdę to Puls tylko zyskał na mocy lata po premierze. Jego wczesnocyfrowa, szara, wyblakła estetyka doskonale koresponduje z podejmowaną tematyką, a choćby wyprzedza swoje czasy, antycypując całą falę analogowego horroru. Nacisk nie na jumpscare’y, ale wszechogarniający niepokój i poczucie beznadziei, manifestujące się w wypełnionej szeptami i szumami warstwie audio, tylko potęguje niezwykłą atmosferę horroru Kurosawy. Filmu wymagającego, ale w przeciwieństwie do wielu „nowofalowych” horrorów, skupionych na przerażeniu i obrzydzeniu widza – pozostawiającego z głębszą, egzystencjalną refleksją.

Wiktor Małolepszy


38. Miasto Boga, reż. Fernando Meirelles (2002)

fot. „Miasto Boga” / mat. prasowe Miramax

Miasto Boga to w kinie ostatniego ćwierćwiecza moment brutalnego powrotu Realnego, który na zawsze przedefiniował estetykę realizmu magicznego i społecznego. Meirelles zamiast pocztówkowego Rio, kreśli wizję faweli jako Agambenowskiego „stanu wyjątkowego” – przestrzeni, która będąc fizycznie częścią miasta, zostaje z niego radykalnie wykluczona i sprowadzona do roli „wysypiska ludzkich odpadów” ekonomicznego postępu. To coś więcej, aniżeli kronika eskalacji przemocy. To przede wszystkim studium procesu, w którym nowoczesne planowanie urbanistyczne, zamiast dawać schronienie, produkuje homo sacer: jednostki społecznie wykluczone oraz pozbawione wszystkich praw, których życie uważane jest za godne potępienia.

To nie zmienia jednak faktu, iż największym osiągnięciem twórców pozostaje dialektyka spojrzenia, w której aparat fotograficzny staje się kontrapunktem dla pistoletu, tworząc opozycję między „strzelaniem zdjęć” a „strzelaniem do ludzi”, gdzie to pierwsze jawi się jako jedyna – choć krucha – droga do odzyskania podmiotowości. Wizualna dynamika filmu, operująca wideoklipowym montażem, paradoksalnie zamienia traumatyczną rzeczywistość w fascynujące simulacrum, czyniąc z widza voyeura spektaklu przemocy. To z kolei, przy każdym seansie sprawia, iż nachodzi mnie ta sama konkluzja: Miasto Boga boleśnie uświadamia nam, iż „logika faweli” nie jest jedynie peryferyjną anomalią, ale ukrytym jądrem współczesnej urbanistyki, a sam film funkcjonuje jako narzędzie, które pozwala nam oswoić ten lęk, zamieniając realną grozę w bezpieczną, filmową fikcję.

Maciek Kulbat


37. Hot Fuzz – Ostre psy, reż. Edgar Wright (2007)

fot. „Hot Fuzz – Ostre psy” / kadr ze zwiastuna

Hot Fuzz, funkcjonujące również pod mniej zręcznym polskim tytułem Ostre psy, to prawdziwe dzieło komedii akcji. Dwugodzinny, nie nudzący przez ani sekundę i dopięty pod samą szyję popis Edgara Wrighta i Simona Pegga. Dynamiczny montaż, nieustannie dostarczający widzowi informacje, gagi, żarty i nawiązania, które odkryje się za drugim czy trzecim seansem, pewnie można by było nazwać „tiktokowym”, gdyby nie to, iż Hot Fuzz premierę miało w tym samym roku, co pierwszy iPhone. Film Wrighta też, w przeciwieństwie do reelsowych szybkich, ale pustych dawek dopaminy, jak kilka komedii wynagradza uważność. Czy to wtedy, gdy na ekranie pojawia się twarz znanej aktorki ukryta za maską, rozpoznawalna tylko po kształcie oczu i charakterystycznym głosie. Czy w rzuconej mimochodem grze słownej lub suchym dowcipie, które wracają po półtorej godziny by całkowicie zmienić swoje znaczenie. W pewnym momencie sierżant Angel mówi, iż na ulicy zawsze dzieje się coś interesującego – i to samo można powiedzieć o filmie Edgara Wrighta.

Wiktor Małolepszy


36. W głowie się nie mieści, reż. Pete Docter (2015)

fot. „W głowie się nie mieści” / kadr ze zwiastuna

Pixar rozsławił się swoją umiejętnością tworzenia filmów, które są przystępne dla dzieci, a jednocześnie poruszają istotne i egzystencjalne tematy dotyczące nas wszystkich. W głowie się nie mieści kontynuuje tę tradycję i jest mieszanką przygody, dramatu oraz wizualizacji tego, jak działa pamięć – i żaden z tych elementów nie przeszkadza pozostałym. To jednocześnie przygodowa komedia, w której dwójka bohaterów przemierza abstrakcyjny krajobraz umysłu jedenastolatki, ale jednocześnie film o kończącym się dzieciństwie. Sposób, w jaki produkcja pokazuje świat przedstawiony, to wizualny majstersztyk: długotrwała pamięć jako nieskończone półki z kulkami lub zapominanie jako przepaść, w której giną nieaktualne reklamy i wyimaginowani przyjaciele. Reżyser prowadzi widza przez cały rejestr uczuć z chirurgiczną precyzją, wiedząc dokładnie kiedy nas rozśmieszyć, a kiedy dobić.

Igor Kuśmierski


35. Zimna wojna, reż. Paweł Pawlikowski (2017)

fot. „Zimna wojna” / mat. prasowe Kino Świat

Ile razy pisałem już o Zimnej wojnie Pawła Pawlikowskiego… nie mogę sobie odpuścić, gdy po raz kolejny umieszczamy ją w którymś z zestawień. Fabuła jest pozornie prosta – opowiedziana fragmentarycznie, często skrótowo, z dużą ilością niedopowiedzeń. U Pawlikowskiego jednak żadna decyzja nie jest przypadkowa. Miłość do kina wybrzmiewa w każdej zawieszonej w ciszy scenie, w każdym pojedynczym kadrze. Podczas kolejnego seansu można zagrać w prostą grę: zatrzymać film w dowolnym momencie i sprawdzić, czy zatrzymany kadr mógłby zawisnąć w muzeum sztuki. Zapewniam, iż odpowiedź zawsze brzmi: tak. Formalna perfekcja to nie tylko estetyczna siła filmu, ale nośnik emocji i historii, która rozgrywa się między dwojgiem głównych postaci. Ludzi, którzy powinni być razem, ale los ma na nich inne plany. Ludzi uwikłanych w brutalną rzeczywistość swoich czasów. Ciężar tych emocji potrafić powalić. Nokautuje błysk w oku Joanny Kulig. Smutny uśmiech Tomka Kota. A na końcu ten cholerny podmuch wiatru… Nietrudno w Zimnej wojnie dostrzec wymiar metafizyczny.

Jakub Nowociński


34. Spider-Man Uniwersum, reż. Bob Persichetti, Peter Ramsey (2018)

fot. „Spider-Man Uniwersum” / kadr ze zwiastuna

Fanservice to pejoratywne określenie, opisujące zawartość tekstu kultury, którego nadrzędnym celem jest powierzchowne zadowolenie fana, kosztem rozwoju fabuły czy jakości artystycznej dzieła. Co jednak kiedy głównym napędem całej filmowej maszyny jest faktyczna miłość fanów do postaci, materiału źródłowego oraz kilku dekad dziedzictwa kulturowego? Powstaje jedna z najwybitniejszych realizacyjnie animacji w historii kina. Spider-Man Uniwersum to audiowizualne arcydzieło, które wyznaczyło nową trajektorię rozwoju filmów animowanych, jakimś cudem stworzone w studiu odpowiedzialnym za Emotki. Film… Sześć dekad komiksowej historii o heroizmie, poświęceniu, optymizmie i kuriozalnych konceptach science fiction skondensowane zostało do 120 minut, ku zachwytowi widzów na całej planecie. Publiczność pokochała nowe warianty Człowieka-Pająka, kalejdoskopowa mieszanka stylów zawiesiła poprzeczkę dla kolejnych twórców powyżej granicy ludzkiego wzroku, oddano hołd często marginalizowanym twórcom komiksowego dziedzictwa, przywrócono nadzieję na dobre filmy od studia Sony, stworzono wspaniały soundtrack, otworzono furtkę dla równie wybitnego sequela, zapewniono pokój na świecie i wyleczono nieuleczalne choroby. Spider-Man Uniwersum to mój comfort movie, najwybitniejszy film o superbohaterach w historii i dzieło co najmniej epokowe. Jedyna dyskusja do której zapraszam, to umieszczenie filmu w naszym rankingu o 33 miejsca za nisko.

Norbert Kaczała


33. Faworyta, reż. Yórgos Lánthimos (2018)

fot. „Faworyta” / mat. prasowe Disney Plus

Yórgos Lánthimos to reżyser, który poziom groteski w kreowanych przez siebie światach ustawia bardzo wysoko oraz osobliwie. Nikt natomiast nie zadaje pytań, dlaczego tak adekwatnie jest; zamiast tego rzeczywistości greckiego twórcy działają w oparciu o nie zawsze zrozumiałe zasady, wystawiające moralność widza na próbę. Teza ta podsumowuje przede wszystkim wczesną twórczość Lánthimosa. Faworyta nieco wyłamuje się z opisanego schematu – obok charakterystycznego dla Greka chłodu pojawiają się bowiem emocje. Film operuje jednak uwielbianymi przez reżysera skrajnościami, podkręca uczucie dziwności ujęciami przez rybie oko kamery, co wespół ze świetnymi wyborami castingowymi (Emma Stone, Olivia Colman, Rachel Weisz, Nicholas Hoult) składa się na jeden z najlepszych tytułów w dorobku Yórgosa Lánthimosa. To w końcu dzięki Faworycie Olivia Colman przypieczętowała swoją światową rozpoznawalność, zdobywając zresztą za rolę Królowej Anny Oscara. Inspirowany kultowymi period dramami, w tym legendarnym Barrym Lyndonem (1975), pierwszy amerykański film Lánthimosa bez wątpienia należy do kanonu najważniejszych filmów ostatniego ćwierćwiecza.

Anna Czerwińska


32. Ona, reż. Spike Jonze (2013)

fot. „Ona” / mat. prasowe Netflix

Ilekroć myślę o filmie Spike’a Jonze’a widzę rzecz następującą: elegijną medytację nad kondycją afektu w epoce posthumanizmu, która dekonstruuje utopię technologicznego zbawienia. Brzmi skomplikowanie? Tylko na pierwszy rzut oka. Uwierzcie mi, iż film podaje to w sposób niezwykle przystępny. Świat, który jest przed nami kreowany to rzeczywistość o niemalże higienicznej czystości, bo pozbawiona fizycznego brudu i trudnych aspektów ludzkiej egzystencji, takich jak fizyczne ograniczenia ciała czy skomplikowane, pełne tarć relacje międzyludzkie. W tak zaprezentowanym świecie romans z systemem operacyjnym jawi się jako idealne lekarstwo na samotność, bowiem pozwala na egzystencję, w której można czerpać korzyści z miłości bez konieczności mierzenia się z drugim człowiekiem. Jednak reżyser gwałtownie obnaża drugie dno tej utopii.

Jonze jak nikt inny był w stanie uchwycić tragiczne napięcie między materią a jej brakiem. Jako widzowie zostajemy wciągnięci w paradoks wcielonej symulacji, gdzie głos Samanthy jest tak zmysłowy i realny, iż niemal czujemy fizyczną obecność, pomimo jej braku. Ona to kino wybitne, które zamiast dawać odpowiedzi, stawia nas przed pytaniem o to, co adekwatnie zostaje z człowieka, gdy całkowicie wyprzemy z naszych relacji trudną, fizyczną rzeczywistością.

Maciek Kulbat


31. Władca Pierścieni: Dwie wieże, reż. Peter Jackson (2002)

fot. „Władca Pierścieni: Dwie wieże” / mat. prasowe Netflix

Kontynuacja wielkiej przygody, jedna z najwybitniejszych produkcji fantasty i filmów w ogóle. Skala wydarzeń w Śródziemiu stale rośnie, a widmo wielkiej wojny powoli staje się ciałem. Ciałem, które objawia się desperacką obroną Helmowego Jaru. Dla wielu jest to najlepiej zrealizowana scena batalistyczna w historii. Dwie wieże jako film mają prawdopodobnie jedną z najbardziej niewdzięcznych ról w trylogii: kontynuowanie podróży torem wytyczonym przez poprzedni film, rozszerzenie wydarzeń i lore, utrzymanie uwagi widza oraz przygotowanie gruntu pod zwieńczenie historii. I Dwie wieże robią to wzorowo, zalewając Śródziemie mrokiem oraz ponownie łącząc losy rozbitej Drużyny. Film dał nam również rewelacyjnego Andy’ego Serkisa w roli Golluma, zmieniając na zawsze oblicze sztuki motion capture. Cóż więcej można napisać o tym dziele ponad to, co zostało napisane przez ostatnie 24 lata?

Daniel Łojko


30. Władca Pierścieni: Powrót króla, reż. Peter Jackson (2003)

fot. „Władca Pierścieni: Powrót króla” / mat. prasowe Netflix

Zakończenie wielkiej przygody, jedna z najwybitniejszych produkcji fantasty i filmów w ogóle. Dla mnie, osobiście – film wszechczasów. Niekwestionowany numer 1. Potężny rozmach podczas bitwy o Minas Tirith, epicka szarża Rohirrimów pod wodzą wielkiego króla Theodena i ostateczna rozgrywka między dobrem a złem pod Czarną Bramą Mordoru. A to przecież nie są choćby najważniejsze wydarzenia z filmu. Bo gdzieś tam w dzikich ostępach, z samobójczą misją obce krainy przemierza dwóch niepozornych hobbitów, którzy na zawsze odmienią Śródziemie. Co w zasadzie świadczy o wielkości Władcy Pierścieni? Realizacja, historia czy może nostalgia? Pewnie każdy z tych aspektów. Howard Shore gotuje na skrzypcach. Trzy godziny minęły jak 20 minut. 11 Oscarów. Ojciec chrapie o 23:40 przed piątkowym Superkinem na TVN. Cóż więcej można napisać o tym dziele ponad to, co zostało napisane przez ostatnie 23 lata?

Daniel Łojko


29. Nieoszlifowane diamenty, reż. Benny Safdie, Josh Safdie (2019)

fot. „Nieoszlifowane diamenty” / kadr ze zwiastuna

Adam Sandler to aktor, który większość kariery spędził na udawaniu, iż nie umie grać. A potem, raz na dekadę, ktoś wyciąga z niego cały potencjał i wachlarz umiejętności. Paul Thomas Anderson zrobił to w Lewym sercowym, a bracia Safdie powtórzyli manewr siedemnaście lat później i efekt jest równie porażający. Sandler jako Howard Ratner jest w pełni zanurzony w tę głośną i nieszczęśliwą postać. Aktor wchodzi w tę rolę tak głęboko, iż po seansie trudno uwierzyć, iż ten sam człowiek nakręcił Jack i Jill.

To, co z tym występem robią Safdie, jest jednak równie istotne. Ich reżyseria to kontrolowany chaos. Nachodzące na siebie dialogi, kakofonia dźwięków połączona z ruchami kamerą, która nie daje przestrzeni do oddychania. Przez dwie godziny budują dyskomfort tak metodycznie, jakby kręcili thriller. Każda scena przykręca śrubę, a widz, niczym główny bohater, jest coraz bardziej pewny, iż wszystko się źle skończy – i jednocześnie nie może oderwać oczu. Finał, kiedy wreszcie nadchodzi, uderza z siłą proporcjonalną do całego nagromadzonego napięcia. Safdie udowodnili, iż stres może być formą sztuki, a Nieoszlifowane diamenty są tego najczystszym dowodem.

Igor Kuśmierski


28. Jedna bitwa po drugiej, reż. Paul Thomas Anderson (2025)

fot. „Jedna bitwa po drugiej” / mat. prasowe Warner Bros. Entertainment Polska Sp. z o.o.

Jedna bitwa po drugiej, czyli Ameryka w stanie przedzawałowym – groteskowa, chaotyczna i tak głośna, iż wręcz ogłuszająca. Paul Thomas Anderson serwuje swoje dobrze znane obsesje w odświeżonej odsłonie: popękaną męskość, emocjonalną impotencję i dysfunkcyjnych ojców, tym razem wrzucone w blender niekończącego się kryzysu i politycznego delirium. Rewolucja nie wybucha znienacka, ale krąży w krwiobiegu, dziedziczona jak trauma. Film pulsuje niepokojem, kipi napięciem i świadomie flirtuje z przesadą. PTA wieńczy ćwierćwiecze dziełem niebywale brawurowym – takim, które łączy potężny budżet z totalnie autorską sygnaturą. Jak sypać pieniędzmi wielkiego studia, to tylko w tak żarliwy, bezkompromisowy sposób.

Kuba Zawirski


27. Władca Pierścieni: Drużyna pierścienia, reż. Peter Jackson (2001)

fot. „Władca Pierścieni: Drużyna pierścienia” / mat. prasowe Netflix

Początek wielkiej przygody, jedna z najwybitniejszych produkcji fantasy i filmów w ogóle. Drużyna Pierścienia imponuje już od samego początku: kostiumy, charakteryzacja, scenografie, muzyka. Świetnie wprowadza w przedstawiony świat, odkrywając swoje karty i odsłaniając, iż poza bezpiecznymi granicami Shire’u czeka coś więcej. Przygoda. Która dodatkowo może zaważyć na losach całego, znanego życia. Zero presji. Klasyczna historia w postaci walki dobra ze złem. Klasyczne archetypy bohaterów. Pierwsza część trylogii dziś jest archetypem blockbustera. Magiczny, emocjonujący i pomimo jeszcze nie tak dużej skali wielki. Nie da się ukryć, iż Drużyna Pierścienia to również produkt idealnie trafiony epokowo. Definiujący dziś kino fantasy, a jednocześnie delikatnie już muśnięty zębem czasu w kwestiach technicznych. No i cóż więcej można napisać o tym dziele ponad to, co zostało napisane przez ostatnie 25 lat?

Daniel Łojko


26. Bękarty wojny, reż. Quentin Tarantino (2009)

fot. „Bękarty wojny” / mat. prasowe CANAL +

O sekwencji otwierającej Bękarty wojny powiedziano już chyba wszystko. Przyjeżdżający do farmera i jego trzech córek Hans Landa potrafi nie tylko porozumiewać się w wielu językach i emanować poczuciem wyższości, ale przede wszystkim wyczuć pismo nosem i w dużym skrócie przedstawić nam ton nadchodzących wydarzeń. Ta zapowiedź jest obietnicą, która zostaje spełniona już przy pierwszej szklance mleka, bowiem Tarantino dokonał w „Bękartach” małego cudu – stworzył baśń historyczną, wypchaną po brzegi czarnym humorem, fantastycznymi kreacjami aktorskimi i dialogami, których lekkość fascynuje mnie do dzisiaj. Ten film to jedna wielka pułapka: natrafiając na niego w telewizji, nie przełączysz już kanału, bo sumienie nie pozwoli ci opuścić ani jednej kultowej sekwencji. A tych jest w „Bękartach Wojny” więcej niż filmów samego Tarantino.

Krzysztof Kurdziej


Korekta: Daniel Łojko
Koordynacja: Jakub Nowociński

Idź do oryginalnego materiału