Когда wynosili Wacka Rogowa z porodówki, położna powiedziała matce: „Jaki duży! Prawdziwy siłacz będzie.” Matka milczała. Patrzyła na zawiniątko tak, jakby nie był to jej syn. Wacek nie został siłaczem. Został niepotrzebny. Wiecie, taki, co niby się urodził, a nikt nie wie, co z nim zrobić. — Znowu ten twój dziwny chłopak siedzi w piaskownicy, wszystkie dzieci wystraszył! — krzyczała z balkonu na drugim piętrze pani Lusia, osiedlowa działaczka i główny głos lokalnej sprawiedliwości. Wacka matka, zmęczona kobieta z pustym wzrokiem, tylko warczała: — Nie podoba się? To nie patrzcie. On nikogo nie zaczepia. I rzeczywiście, Wacek nikogo nie zaczepiał. Był duży, niezdarny, z zawsze opuszczoną głową i długimi rękami zwisającymi wzdłuż tułowia. W wieku pięciu lat nie odzywał się wcale. W wieku siedmiu – tylko pomrukiwał. W dziesięciu zaczął mówić, ale tak, iż lepiej gdyby milczał: głos miał chropowaty, ochrypły. W szkole posadzili go w ostatniej ławce. Nauczyciele wzdychali, patrząc na jego pusty wzrok. — Rogowski, słyszysz mnie w ogóle? — pytała matematyczka, stukając kredą w tablicę. Wacek kiwał głową. Słyszał. Tylko nie widział sensu odpowiadać. Po co? I tak dadzą mu trójkę, żeby nie psuć statystyk, i puszczą wolno. Koledzy go nie bili — bali się. Wacek był silny jak młody byk. Ale nikt też się z nim nie przyjaźnił. Omijali go szerokim łukiem, jak wielką kałużę. W domu wcale nie było lepiej. Ojczym, który pojawił się, gdy Wacek miał dwanaście lat, gwałtownie określił swoje stanowisko: — Żeby mi go tu nie było, jak wrócę z roboty. Je dużo, korzyści żadnej. I Wacek znikał. Włóczył się po budowach, przesiadywał w piwnicach. Nauczył się być niewidzialnym. To była jego jedyna umiejętność — stapiał się ze ścianami, z szarym betonem, z błotem pod nogami. Tamtego wieczoru, gdy wszystko w jego życiu się zmieniło, padał przykry, drobny deszcz. Piętnastoletni Wacek siedział na klatce schodowej, między piątym a szóstym piętrem. Do domu nie mógł wracać — ojczym miał gości, więc będzie hałas, dym, a może i ciężka ręka. Drzwi naprzeciwko skrzypnęły. Wacek przycichł, próbując się skurczyć. Wyszła pani Tamara Iljin, samotna kobieta, na oko grubo po sześćdziesiątce, choć zachowywała się, jakby ledwo co skończyła czterdzieści. Na osiedlu uchodziła za dziwaczkę. Nie siedziała na ławce, nie roztrząsała cen kaszy gryczanej i zawsze chodziła wyprostowana. Spojrzała na Wacka. Bez litości, bez skrępowania. Raczej badawczo. Jak ktoś, kto patrzy na zepsuty mechanizm i zastanawia się, czy można go naprawić. — Siedzisz tu tak po prostu? — zapytała. Wacek pociągnął nosem. — Po prostu. — Po prostu to koty się rodzą — odcięła. — Głodny jesteś? Był głodny. Był zawsze głodny. Rosnący organizm potrzebował paliwa, a lodówka w domu przypominała pustynię. — No? Drugi raz nie zapraszam. Podniósł się, niezgrabnie prostując, i poszedł za nią. Mieszkanie pani Tamary było inne niż zwykle. Wszędzie książki — na półkach, podłodze, krzesłach. Pachniało starą papierową i czymś smacznym, mięsnym. — Siadaj — wskazała taboret. — Najpierw ręce umyj. Tam masz szare mydło. Wacek posłusznie umył ręce. Położyła mu przed nosem talerz z ziemniakami i gulaszem. Prawdziwym, z dużymi kawałkami mięsa. Nie pamiętał, kiedy ostatnio jadł prawdziwe mięso. Jadł szybko, prawie nie przeżuwając. Tamara Iljin siedziała naprzeciw, podpierając głowę ręką i patrzyła. — Po co ta prędkość? Nikt ci nie zabierze. Przeżuwaj, żołądek ci podziękuje. Wacek zwolnił. — Dziękuję — burknął, wycierając usta rękawem. — Rękawem się nie wyciera. Od tego są serwetki — podała mu paczkę. — Ty, chłopaku, całkiem dziki jesteś. Matka gdzie? — W domu. Z ojczymem. — No tak. Nadliczbowy w rodzinie. Powiedziała to takim tonem, iż wcale nie było mu przykro. Po prostu stwierdzenie faktu. Jak „dziś pada” albo „chleb podrożał”. — Posłuchaj, Rogowski — powiedziała stanowczo. — Masz dwa wyjścia. Puścisz życie na żywioł, zaczniesz się włóczyć i możesz skończyć marnie. Albo się ogarniesz. Siłę masz, to widać. A w głowie — przeciąg. — Jestem głupi — wyznał Wacek. — Tak w szkole mówią. — W szkole dużo mówią. Szkoła jest dla przeciętnych. A ty nie jesteś przeciętny. Ty jesteś inny. Zobaczymy, czy twoje ręce coś potrafią. I rzeczywiście, od tej pory Wacek codziennie pomagał pani Tamarze — początkowo naprawiając kran, potem gniazdka i zamki. gwałtownie się okazało, iż ręce ma złote, czuł mechanizmy jak nikt. Karmiła go książkami o życiu, ludziach twardszych od losu i wyciągających się z bagna. — Czytaj. Mózg musi pracować, bo zgnije. A takich jak ty były miliony. Poradzili sobie. Ty też możesz. Po latach dowiedział się, iż Tamara całe życie była inżynierem, męża nie miała, dzieci także. Przetrwała upadek zakładów, żyła skromnie z renty i tłumaczeń technicznych tekstów. Pozostała twarda, prosta, pełna godności. Gdy Wacek skończył osiemnaście lat i przyszła pora na wojsko, zaprosiła go na uroczystą kolację: — Wacek, wracać tu nie możesz. To bagno cię zje. Skończysz służbę, jedź na Północ, na budowy, gdziekolwiek. Tu nie wracaj, zrozumiano? — Zrozumiałem — odparł. Wcisnęła mu kopertę z trzydziestoma tysiącami — całą swoją oszczędność na start „na lepsze”. Odszedł. I już nie wrócił. Minęło dwadzieścia lat. Pod blok podjechał czarny SUV, z którego wysiadł szeroki w barach, pewny siebie mężczyzna — Vasyl Rogowski, prezes firmy budowlanej na Syberii. Spojrzał na okna znajomego piętra. Porozmawiał z kobietami pod blokiem — dowiedział się, iż Tamara Iljin trafiła do wsi Sosenka, wywieziona przez rzekomą rodzinę, która od niej wyłudziła mieszkanie. Pojechał. W zaniedbanej chacie odnalazł Tamarę — słabą, schorowaną. „Wacek… Wróciłeś… Człowiek…” Zabrał ją do siebie. Po długich bataliach prawnych mieszkanie wróciło do niej, a Vasyl zbudował dom na przedmieściu — nie willę, ale prawdziwy, ciepły dom. Tamara zamieszkała w najjaśniejszym pokoju. Z biegiem czasu dom wypełniał się kolejnymi „niepotrzebnymi” — był tam chłopak, którego Vasyl przygarnął z budowy, dziewczynka z rozbitego domu. To nie była jałmużna, tylko rodzina tych, którzy nigdzie nie byli potrzebni. Wacek — teraz Vasyl, prezes, człowiek sukcesu — patrzył na nich i wiedział, iż w końcu nie jest już zbędny. Jest na swoim miejscu. Tak jak kiedyś nauczyła go Tamara. Rodzina, której nikt nie chciał. Opowieść o chłopaku z osiedla, starej inżynierce i domu, w którym choćby najsłabsi mogą być ważni.

newsempire24.com 19 godzin temu

Kiedy Zbyszka Rogowskiego wynoszono z porodówki, położna powiedziała jego matce: Ale duży chłopak. Będzie z niego prawdziwy siłacz. Matka nic na to nie odpowiedziała. Już wtedy patrzyła na zawiniątko, jakby to nie było jej dziecko.

Zbyszek siłaczem nie został. Stał się zbędnym. Takim, którego niby urodzono, ale nie wiadomo co z nim zrobić.

Znowu ten twój dziwny syn siedzi w piaskownicy i płoszy dzieci! wołała z balkonu na drugim piętrze pani Luba, lokalna działaczka i samozwańczy strażnik podwórkowego porządku.

Mama Zbyszka, zmęczona kobieta o zgaszonym spojrzeniu, tylko odburkiwała:
Nie podoba się, to nie patrzcie. Nikogo nie zaczepia.

Faktycznie, Zbyszek nikomu nic nie robił. Był duży, niezdarny, z opuszczoną głową i długimi rękami zwisającymi wzdłuż ciała. Mając pięć lat milczał, w wieku siedmiu tylko pomrukiwał. Gdy miał dziesięć lat, przemówił, ale miał tak skrzypiący i przerywany głos, iż lepiej by było, gdyby milczał.

W szkole sadzano go zawsze w ostatniej ławce, a nauczyciele westchnęli na widok pustego spojrzenia.

Rogowski, słyszysz mnie w ogóle? pytała nauczycielka matematyki, stukając kredą po tablicy.

Zbyszek kiwał głową. Słyszał. Po prostu nie widział sensu odpowiadać. Po co? Przecież i tak dadzą mu tróję, by statystyki się zgadzały, i puszczą wolno.

Koledzy go nie bili bali się. Zbyszek był silny jak młody byk. Ale też się z nim nie przyjaźnili. Omijali go jak wielką kałużę, z niechęcią.

W domu wcale nie było lepiej. Ojczym, który pojawił się, gdy Zbyszek skończył dwanaście lat, jasno oznajmił:
Żeby go nie było, jak wrócę z pracy! Dużo je, pożytku żadnego.

I Zbyszek znikał. Włóczył się po budowach, siedział w piwnicach. Nauczył się być niewidzialny. To była jego jedyna umiejętność zlewać się ze ścianami, szarym betonem, brudem pod nogami.

Tego wieczora, który wszystko odmienił, padał zimny, drobny deszcz. Piętnastoletni Zbyszek siedział na klatce schodowej, między piątym a szóstym piętrem. Do domu nie mógł iść u ojczyma byli goście, co oznaczało hałas, dym i być może cios ciężką ręką.

Drzwi naprzeciw skrzypnęły. Zbyszek wtulił się w róg, próbując być jak najmniejszy.

Wyszła pani Tamara Iliniczna. Samotna kobieta, dobrze po sześćdziesiątce, choć trzymała się prosto, tak jakby choćby czterdziestu lat nie miała. Całe podwórko uważało ją za dziwaczkę. Nie przesiadywała na ławce, nie narzekała na drożyznę, zawsze chodziła wyprostowana.

Popatrzyła na Zbyszka. Nie z żalem ani niesmakiem. Spokojnie, badawczo. Tak, jak patrzy się na zepsuty mechanizm można go naprawić, czy nie?

Czemu tu siedzisz? zapytała głosem niskim, stanowczym.

Zbyszek pociągnął nosem.
Tak po prostu.

Tak to się tylko koty rodzą, odcięła. Jesteś głodny?

Był. Zawsze był głodny. Rosnący organizm domagał się jedzenia, a w lodówce w domu można było co najwyżej mysz złapać pusto.

No? Drugi raz nie zaproszę.
Wstał, niezdarnie rozciągając się w całej okazałości, i poszedł za nią.

Mieszkanie pani Tamary Iliniczny było inne niż wszystkie. Książki. Wszędzie książki. Na półkach, na podłodze, na krzesłach. Pachniało starym papierem i czymś pysznym, mięsnym.

Siadaj, skinęła głową na stołek. Najpierw ręce umyj, mydło gospodarcze stoi przy zlewie.

Zbyszek podszedł, posłusznie umył ręce. Na stole stanęła przed nim miska z ziemniakami i gulaszem, takim prawdziwym, z kawałkami mięsa. Nie pamiętał, kiedy ostatnio jadł mięso nie parówki czy mielonkę, tylko prawdziwe mięso.

Jadł łapczywie, niemal nie przeżuwając. Tamara Iliniczna siedziała naprzeciwko, oparta o dłoń, patrzyła uważnie.

Pośpiechu nie ma. Nikt ci nie zabierze, powiedziała spokojnie. Żuj dokładnie. Żołądek ci podziękuje.

Zbyszek spowolnił.

Dziękuję, wymamrotał, wycierając usta rękawem.

Nie rękawem. Są serwetki. Do czegoś zostały wynalezione. Podsunęła mu paczkę. Ty, chłopcze, zupełnie dziki jesteś. A matka gdzie?

W domu. Z ojczymem.
Rozumiem. Niepotrzebny element w rodzinie.

Powiedziała to zwyczajnie, aż nie zrobiło mu się przykro, tylko tak, jakby stwierdziła dzisiaj pada czy chleb podrożał.

Posłuchaj mnie, Rogowski, powiedziała nagle ostrzej, Masz dwie drogi. Puścisz swoje życie na żywioł i gwałtownie skończysz byle gdzie. Albo się weźmiesz w garść. Siłę masz, to widzę. Ale w głowie wiatr.

Jestem głupi, przyznał Zbyszek. W szkole tak mówią.

W szkole dużo rzeczy mówią. Szkoła jest dla przeciętnych, a ty nie jesteś przeciętny. Jesteś inny. Skąd ci wyrastają ręce?

Spojrzał na swoje dłonie. Duże, z poobijanymi kłykciami.

Nie wiem.

No to się dowiemy. Jutro przyjdź. Kran mi naprawisz. Strasznie cieknie, a wołać hydraulika to zbrodnia. Narzędzia mam.

Od tego dnia Zbyszek przychodził do Tamary Iliniczny niemal codziennie po szkole. Najpierw naprawiał krany, potem gniazdka, potem zamki. Okazało się, iż rzeczywiście ma talent. Ręce miał złote, czuł mechanizmy jakby instynktownie, nie głową, a sercem.

Tamara Iliniczna nie głaskała po głowie. Uczyła. Twardo i z wymaganiami.

Źle trzymasz! krzyczała. Kto trzyma śrubokręt jak łyżkę?! Ręka silniejsza!

I trzaskała go po rękach drewnianą linijką. Bolało, nie powiem.

Dawała mu książki, nie podręczniki, ale życiowe lektury o ludziach silnych, o podróżnikach, wynalazcach, pionierach.

Czytaj, mówiła, bo mózg zardzewieje. Myślisz, iż tylko ty taki byłeś? Takich jak ty było miliony i poradzili sobie. A ty gorszy?

Z czasem poznał jej historię. Tamara Iliniczna całe życie przepracowała jako inżynier w zakładzie. Mąż wcześnie zmarł, dzieci nie doczekała. Fabryka upadła w latach dziewięćdziesiątych, radziła sobie z emerytury i okazjonalnych tłumaczeń technicznych. Nie złamała się. Nie zgryźliwa tylko prosta, wymagająca, samotna.

Nikogo nie mam, powiedziała raz. I ty adekwatnie nikogo nie masz. To nie koniec, to początek. Rozumiesz?

Zbyszek nie do końca rozumiał, kiwnął tylko głową.

Kiedy skończył osiemnaście lat i przyszła pora do wojska, Tamara zaprosiła go na poważną rozmowę. Stół był jak na święta pierogi, kompot, domowe ciasto.

Posłuchaj, Zbyszku pierwszy raz powiedziała pełne imię. Nie wracaj tutaj po służbie. Zginiesz. To podwórko, ci ludzie, ta beznadzieja nigdy się nie zmienią. Szukaj swego szczęścia gdzie indziej. Jedź na budowy, dokądkolwiek, tylko tu nie wracaj. Rozumiesz?

Rozumiem, kiwnął głową.

Masz, podała mu kopertę. Tu trzydzieści tysięcy złotych. Całe moje oszczędności. Starczy na początek. I pamiętaj: nie jesteś nic winien nikomu, tylko sobie. Bądź człowiekiem, Zbyszek. Dla siebie.

Chciał odmówić, chciał powiedzieć, iż nie weźmie jej ostatnich pieniędzy, ale spojrzał jej w oczy twarde, wymagające i zrozumiał: to ostatnia lekcja. Ostatni rozkaz.

Wyszedł.

I już nie wrócił.

Minęło dwadzieścia lat.

Podwórko się zmieniło. Stare topole wycięto na parking, ławki przy klatkach schodowych zastąpiły metalowe, niewygodne ławy. Budynek się postarzał, tynk odpadał, ale trwał uparty jak emeryt, który nie ma dokąd iść.

Pod blok zajechał czarny SUV. Wysiadł z niego mężczyzna wysoki, barczysty, w droższym, ale skromnym płaszczu. Twarz ogorzała od północnych wiatrów, oczy spokojne, pewne siebie.

To był Zbigniew Rogowski. Dla podwładnych pan Zbigniew. Właściciel firmy budowlanej na Pomorzu. Sto dwadzieścia osób w zespole, trzy duże inwestycje, opinia człowieka, który zawsze dotrzymuje słowa.

Szlaki na północnych budowach przeszedł od samego dołu. Zaczynał od pomocnika, potem został brygadzistą, później majstrem. Uczył się wieczorami, skończył technikum. Odkładał, inwestował, ryzykował. Dwa razy tracił wszystko, dwa razy podnosił się od nowa. Trzydzieści tysięcy, które dała mu Tamara Iliniczna, dawno oddał przesyłał jej co miesiąc pieniądze, choć się złościła. Ale przelewy przyjmowała.

A potem przelewy zaczęły wracać. Adresat nie znaleziony.

Patrzył na okna piątego piętra. Było tam ciemno.

Na podwórku siedziały kobiety nowe, obce. Stare już odeszły.

Przepraszam zagadnął jedną z nich. Wie pani, kto mieszka w czterdziestym piątym? Tamara Iliniczna?

Kobiety ożywiły się. Przystojny facet, na takim aucie wiadomo.

Oj kochany, Tamara jedna z nich ściszyła głos. Źle z nią, pamięć ją zawiodła, pogubiła się, mieszkanie przepisała jakimś krewnym, a sama Wynieśli ją chyba na wieś. Nino, ty pamiętasz dokąd?

Do Sosnówki chyba, odezwała się druga. Dom stary, ponoć. Jakiś siostrzeniec się znalazł. Tyle lat sama, interesujące z kim spokrewniona Dziwna sprawa. Sprzedają mieszkanie.

Zbigniewowi zrobiło się zimno w środku. Dość już się naoglądał takich historii na północy wyszukują samotnych staruszków, zdobywają zaufanie, spisują darowiznę, a potem wywożą gdzieś w pustkę.

Gdzie ta Sosnówka?

Czterdzieści kilometrów za powiatem. Droga licha, ale dojechać się da.

Zbigniew kiwnął głową, wsiadł do auta i ruszył przed siebie.

Sosnówka okazała się wymierającą wsią na trzy ulice. Połowa domów zabita dechami, błotniste drogi po jesiennych deszczach. Samych mieszkańców kilku staruszków i rodziny bez alternatywy.

Odnalazł dom po instrukcji miejscowych. Zawalona chata, płot leży na ziemi. Na podwórku błoto i zaniedbanie. Na sznurku suszy się stara szmata.

Zbigniew popchnął furtkę zaskrzypiała. Na ganku pojawił się mężczyzna, nieogolony, w brudnej podkoszulce, zły i zamglony spojrzeniem człowieka żyjącego od rana z wódką.

Czego chcesz, szefie? Zgubiłeś się?

Gdzie jest Tamara Iliniczna? spytał cicho Zbigniew.

Jaka Tamara? Nie ma tu żadnej Tamary. Spadaj.

Nie zamierzał dyskutować. Po prostu przesunął się, złapał mężczyznę za ubranie, odstawił go bez wysiłku na bok. Tamten jęknął, poleciał na poręcz.

Wszedł do domu. Zapach wilgoci, pleśni i czegoś kwaśnego uderzył go w nos. W pierwszym pokoju brudne naczynia, butelki, resztki jedzenia. W drugim pokoju leżała ona.

Maleńka, wysuszona. Włosy splątane, twarz szara. Pod oczami sińce, usta spierzchnięte.

Ale to była ona. Tamara Iliniczna. Ta, która uczyła go trzymać śrubokręt i wierzyć w siebie. Która oddała mu ostatnie pieniądze i powiedziała Bądź człowiekiem.

Otworzyła oczy. Spoglądała nieostro, zamglonym wzrokiem.

Kto tu? głos cichy, popękany.

To ja, pani Tamaro. Zbyszek. Rogowski. Pamięta pani? Ten od kranów.

Długo gapiła się na niego. Mrugała, próbując złapać ostrość. W końcu w kącikach pojawiły się łzy.

Zbyszek wyszeptała. Wrócił Myślałam, iż mi się przewidziało. Wielkiś się zrobił. Człowiek

Człowiek, pani Tamaro. Dzięki pani.

Otulił ją kocem, tak leciutką, iż prawie jej nie czuł, i uniósł na rękach. Pachniała chorobą i wilgocią, ale ponad wszystkim wyczuwał ten stary papier, gospodarcze mydło.

Dokąd? wyszeptała przestraszona.

Do domu. Do mojego domu. Tam ciepło. I jest dużo książek. Polubi pani.

Na wyjściu mężczyzna próbował go zatrzymać:
Hej, dokąd ją niesiesz? Dokumenty pokazuj! Dom mi przepisała, opiekuję się nią!

Zbigniew stanął. Popatrzył z zimnym spokojem. Od tego spojrzenia tamtemu mina zrzedła.

Wszystko powiesz moim prawnikom. Wszystko opowiesz policji. I o ile okaże się, iż ją oszukałeś, a okaże się zadbam, żebyś odpowiadał jak należy. Rozumiesz?

Tamten skinął głową, chowając się w ramionach.

Sprawa zajęła wiele czasu. Ekspertyzy, sądy, papiery. Minęło pół roku zanim unieważniono darowiznę podpisaną w stanie nieświadomości przez Tamarę Ilinicznę. A facet okazał się drobnym oszustem, już karanym. Mieszkanie odzyskano. Jego wysłano do kolonii karnej.

Ale tamto mieszkanie nie było już Tamary Iliniczny potrzebne.

Zbigniew wybudował dom. Duży, drewniany, pod Gdańskiem, prawdziwy, solidny, z sosnowych belek, z kaflowym piecem i szerokimi oknami.

Tamara Iliniczna dostała największy, najjaśniejszy pokój na parterze. Najlepszych lekarzy, opiekunkę, zdrową kuchnię. Odzyskała zdrowie, nabrała rumieńców. Pamięć nie wróciła do końca mieszała daty, gubiła twarze ale charakter nie zgasł. Znowu czytała książki, choć już w grubych okularach. Znowu rządziła przeganiała sprzątaczkę za kurz na półkach.

No co to za pajęczyna w kącie? marudziła. Dom czy chlew?

Zbigniew się uśmiechał.

Ale na tym się nie zatrzymał.

Pewnego dnia wrócił z pracy nie sam. Z auta wysiadł chłopak. Chudy, kanciasty, z wystraszonym spojrzeniem. Blizna na policzku, ubranie za duże o dwa numery.

Proszę pani, powiedział Zbigniew, prowadząc chłopca do salonu. Poznaje pani? To Michał. Przybłąkał się do nas na budowie. Nie ma gdzie mieszkać, dom dziecka, dopiero skończył osiemnaście. Ręce złote, głowa pusta.

Tamara odłożyła książkę, poprawiła okulary i obejrzała chłopaka od stóp do głów.

A czego stoisz jak wryty? zapytała swoim popękanym głosem. Ręce myć! Mydło gospodarcze przy zlewie, dziś mamy schabowe.

Michał zadrżał, spojrzał na Zbigniewa. Ten skinął mu dodająco otuchy.

Po miesiącu w domu pojawiła się dziewczynka Jagoda. Miała dwanaście lat, utykała na lewą nogę, chodziła z głową spuszczoną. Zbigniew przejął nad nią opiekę matka straciła prawa rodzicielskie przez alkohol i bicie.

Dom się zapełniał. To nie była żadna pokazowa dobroczynność. To była rodzina. Rodzina tych, którzy nie byli nikomu potrzebni. Rodzina odrzuconych, którzy odnaleźli siebie.

Rodzina.

Zbigniew patrzył, jak Tamara uczy Michała trzymać dłuto, stukając mu po rękach linijką. Jak Jagoda czyta na głos książkę, usadowiona w fotelu powoli, z trudnością, ale wytrwale.

Zbyszek! krzyknęła Tamara. Co marzniesz?! Pomóż młodym szafę trzeba przesunąć!

Już idę, odpowiedział.

I szedł do nich. Do swojej dziwacznej, chropowatej, trudnej rodziny. Po raz pierwszy od czterdziestu lat czuł, iż nie jest zbędny. Że jest na miejscu.

No i co, Michał, spytał wieczorem, gdy wszyscy już spali. Jak jest?

Chłopak siedział na ganku, patrzył w gwiazdy. Pomorskie niebo było szerokie, czarne, pełne chłodnych świateł.

Dobrze, panie Zbyszku. Tylko

Co?

Dziwne to. Po co się pan tak przejmuje? Przecież ja nikim nie jestem.

Zbigniew usiadł obok. Wyciągnął z kieszeni jabłko, podał chłopakowi.

Wiesz, kiedyś usłyszałem: Tak to tylko koty rodzą się same.

Michał parsknął.

I co to znaczy?

Znaczy, iż nic nie dzieje się bez powodu. Ty jesteś tu nie bez przyczyny. Ja też.

W oknie zapaliło się światło Tamara znów czytała do późna, nie bacząc na zalecenia lekarzy.

Zbigniew pokręcił głową.

Pora spać, Michał. Jutro dużo roboty. Trzeba płot naprawiać.

Dobranoc, panie Zbyszku.

Dobranoc.

Został sam na ganku. Cisza była prawdziwa, mocna. Ani krzyków przez ścianę, ani wyzwisk, ani strachu. Tylko świerszcze i daleki szum szosy.

Wiedział, iż nie odmieni losu wszystkich takich osób, odrzuconych przez życie. Ale ich ocalił. I Tamarę Iliniczną. I siebie.

I póki co to wystarczyło.

Potem znów wstanie i pójdzie dalej. Tak, jak ona go kiedyś nauczyła.

Idź do oryginalnego materiału