Są książki, które się czyta. I są takie, które czytają nas. „Kobiety, które starają się za bardzo” Sylwii Sitkowskiej i Katarzyny Troszczyńskiej należy do tej drugiej kategorii. To nie jest poradnik, który grzecznie podaje rozwiązania i zostawia Cię z checklistą do odhaczenia. To książka, która siada obok Ciebie – cicho, uważnie – i zaczyna mówić językiem, który dobrze znasz. Jakby ktoś wreszcie nazwał to, co od dawna nosisz w sobie, ale nie umiałaś ubrać w słowa. Już od pierwszych stron pojawia się wrażenie, iż nie masz do czynienia z teorią, ale z doświadczeniem – gęstym, prawdziwym, chwilami aż niewygodnie bliskim.
To opowieść o kobietach, które są dzielne do granic niewidzialności. Które potrafią wszystko – ogarnąć, unieść, naprawić, posklejać. Które wiedzą, jak być „wystarczająco dobre” dla innych, ale zupełnie nie wiedzą, jak być dobre dla siebie. O tych, które nauczyły się, iż miłość trzeba sobie wypracować, zasłużyć, wyszarpać wysiłkiem. Że spokój przychodzi dopiero wtedy, gdy wszystko jest dopięte, a one same są już na skraju wyczerpania. Ta książka z niezwykłą precyzją pokazuje mechanizm, który z zewnątrz wygląda jak siła, a od środka jest często cichym przymusem – bycia „zawsze trochę bardziej”.
Największa siła tej książki tkwi w jej czułości. Nie ma tu oceniania, nie ma łatwego: „po prostu przestań”. Jest za to próba zrozumienia – skąd to się wzięło, dlaczego tak trudno odpuścić, czemu „mniej” wydaje się porażką, a nie ulgą. Autorki nie wyrywają cię z twoich mechanizmów na siłę. Raczej delikatnie prowadzą cię do miejsca, w którym zaczynasz widzieć: to nie jest moja wina, ale to jest moja odpowiedzialność. I to zdanie – choć niewypowiedziane wprost – staje się jednym z najważniejszych punktów zwrotnych tej lektury.
Czytając, można poczuć coś rzadkiego – zgodę na własne zmęczenie. Na to, iż nie trzeba być wszystkim dla wszystkich. Że można przestać naprawiać świat kosztem siebie. I iż odpuszczenie nie jest słabością, tylko formą odwagi, na którą kilka z nas było wcześniej stać. Ta książka nie daje spektakularnych przełomów, nie obiecuje natychmiastowej przemiany. Daje coś znacznie cenniejszego – powolne przesunięcie perspektywy. Takie, które zostaje z tobą na długo i zaczyna pracować w codzienności, w małych decyzjach, w cichych „nie”, które wcześniej nie przechodziły przez gardło.
Jest w niej także coś niezwykle uczciwego – brak iluzji. Autorki nie sprzedają wizji życia bez wysiłku ani świata, w którym wszystko nagle staje się łatwe. Pokazują raczej, iż prawdziwa zmiana zaczyna się tam, gdzie kończy się automatyzm. Gdzie pojawia się pauza. Świadomość. Wybór. I choć ten wybór bywa trudny, bywa niekomfortowy, to właśnie on przywraca poczucie wpływu i sprawczości.
To książka, do której się wraca – nie po to, by znaleźć nowe odpowiedzi, ale by przypomnieć sobie te, które już gdzieś w nas są, tylko zostały zagłuszone przez lata „muszę”, „powinnam”, „jeszcze trochę”. To książka, która nie zmienia cię na pokaz, nie buduje nowej tożsamości. Ona raczej zdejmuje warstwy, które przestały być twoje.
Po jej przeczytaniu nie stajesz się „nową osobą”. Stajesz się bardziej sobą. A może właśnie to jest w niej najważniejsze – iż nie daje gotowych rozwiązań, tylko oddaje coś, co po drodze zostało zgubione: cichą zgodę na bycie niedoskonałą, zmęczoną, prawdziwą. I kiedy zamykasz tę książkę, nie masz poczucia, iż coś się skończyło. Masz raczej wrażenie, iż coś się zaczyna – bardzo niepozornie, bardzo spokojnie, ale tym razem naprawdę po twojej stronie.
RECENZJA: Angelika Łuszcz
