Zrozumieć Mirandę, zanim wróci. Przed seansem „Diabeł ubiera się u Prady 2″

gazetafenestra.pl 1 tydzień temu
Meryl Streep i Anne Hathaway podczas konferencji prasowej promującej film „Diabeł ubiera się u Prady 2” / Źródło: fot. Tourism- Lee Jeong-woo / Wikimedia / https://creativecommons.org/licenses/by-sa/4.0/deed.en

1 maja wróciliśmy do „Runway”, by przekonać się, jak David Frankel postanowił przywrócić jeden z najbardziej kultowych filmów XXI wieku, czyli „Diabeł ubiera się u Prady”. Najpierw jednak cofnijmy się o 20 lat i przybliżmy kulisy powstawania pierwszej produkcji. Zgłębimy historię Anny Wintour – pierwowzoru postaci Mirandy – oraz jej wpływów. Dowiemy się, kto pierwszy złożył podpis na kontrakcie z producentami filmu, co zrobiła Anne Hathaway, aby dostać rolę, oraz komu zawdzięczamy ikoniczną metamorfozę Andy.

Tego filmu nie byłoby bez Anna Wintour. Osoby, która już za życia zbudowała swój pomnik. I jak banalnie to nie brzmi, trzeba przyznać, iż już dawno stała się wydawniczą potęgą. Jest córką redaktora naczelnego brytyjskiego „Evening Standard” – Charlesa Wintoura. Dzięki temu, iż nepotyzm nigdy nie wychodzi z mody, jako nastolatka mogła pozwolić sobie na porzucenie szkoły i rozpoczęcie pracy w redakcjach. Gdy poproszono ją o wypełnienie formularza dotyczącego zawodowych planów, to właśnie ojciec podsunął jej myśl, by zostać redaktorką naczelną amerykańskiego „Vogue’a”. Kierunek został wyznaczony. Wintour jednak gwałtownie zrozumiała, iż jej ambicjom nie wystarczy Wielka Brytania. Amerykański paszport, odziedziczony po matce, otworzył jej drzwi do świata, w którym moda, media i wpływy łączą się w całość.

Kiedy po przeprowadzce do Nowego Jorku zaczęła pracę w „New York Magazine”, zrealizowała sesję, w której modelki pozowały na tle inspirowanych jesiennymi kolekcjami mody obrazów, namalowanych specjalnie na tę okazję. Wintour natychmiast przyciągnęła uwagę dwóch najważniejszych ludzi w Condé Nast: Alexandra Libermana i Samuela Irvinga Newhouse’a Jr. Choć nakłady „Vogue’a” pod kierownictwem Grace Mirabelli wciąż rosły, panowie dostrzegli szansę, by wprowadzić do redakcji kogoś, kto napisze historię magazynu na nowo.

Fenomen Anny Wintour

Jak na „eklektyczną” osobowość przystało, Anna konsekwentnie trzymała się sięgających absurdu standardów. Dobrym przykładem jest Oprah Winfrey, w tamtym czasie jedna z najpotężniejszych kobiet w Ameryce. Choć marzyła o okładce „Vogue’a”, Wintour postawiła jeden warunek: musiała schudnąć. Okładki magazynu tworzył wówczas określony ideał, czyli kobiety szczupłe, trochę ładniejsze i trochę lepiej urodzone od tych przemieszczających się po ulicy, no i zwykle białe. Oprah zdecydowała się spełnić ten warunek i ostatecznie trafiła na okładkę, która okazała się najlepiej sprzedającą się w historii „Vogue’a”.

Wpływ Anny Wintour nie kończył się na kształtowaniu okładek czy redefiniowaniu standardów magazynu. Najmocniej widać go w tym, iż dostrzegała talent tam, gdzie nikt go nie potrafił zauważyć. To właśnie dzięki niej narodził się najwybitniejszy sukcesor francuskiego domu mody Dior – John Galliano. Dała mu dwanaście stron w „Vogue’u”. Jej wpływ wykraczał jednak daleko poza modę. Gdy Hillary Clinton została pierwszą damą, to właśnie „Vogue” zaproponował pomoc w budowaniu jej wizerunku, od doboru stylizacji po sesję zdjęciową, gdyż Anna chciała mieć w Ameryce swój odpowiednik brytyjskiej rodziny królewskiej. Kilka lat później, gdy Clinton kandydowała na urząd prezydenta, Wintour znowu zaangażowała się w politykę. Tak samo było w przypadku na przykład Joe Bidena. Upolityczniając „Vogue’a”, Anna naraziła się sporej liczbie kobiet. Być może panie, która głosowały na Trumpa, nie chciały przeczytać w „Vogue’u” o tym, iż ich poglądy polityczne są niewłaściwe, gdyż potrzebowały jedynie zobaczyć, co na najnowszym pokazie zaprezentowało Chanel. Ciężko tutaj dyskutować z tym, czy to adekwatne posunięcie, ponieważ Annie w jej karierze mało co zaszkodziło.

Imponująca jest również jej praca i działalność charytatywna – zarówno zbieranie na Instytut Kostiumów, czyli słynna Gala Met, jak i fakt, iż była prekursorką zbiórki dla osób chorych na AIDS w latach 90. Zaangażowała w to wielu projektantów, którzy sprzedawali swoje projekty. Tego dnia każda przeciętna Amerykanka mogła pozwolić sobie na kupno czegoś od Ralpha Laurena czy Versace. Cytując Donnę Karan: „Annie po prostu nie mówisz nie”.

Inspirujących historii z Anną Wintour na czele nie brakuje, jednak są takie, które wyjątkowo wyraźnie pokazują, jak bardzo potrafiła zmieniać magazyn zgodnie z własnymi przekonaniami, niekoniecznie licząc się z oczekiwaniami otoczenia. Po przejęciu „Vogue’a” skróciła wielogodzinne spotkania redakcyjne z 8-10 godzin do kilkunastu minut. Asystentki potrafiła zatrudnić w cztery minuty, a według André Leona Talleya na spotkania z Wintour nie opłacało się zamawiać dania głównego, ponieważ zanim jedzenie trafiło na stół, Anna zwykle kończyła rozmowę. Nigdy nie traciła czasu w zbędne słowa, a tempo jej pracy przeszło do historii. Tutaj przypominają się nam słynne sceny z „Diabeł ubiera się u Prady”. Film bazował na książce o tym samym tytule, którą napisała była asystentka Wintour – Lauren Weisberger. I o ile Anna podobno ani nie rzucała płaszczy jak Miranda, ani nie kazała swoim pracownikom odrabiać prac domowych swoich dzieci, to faktycznie zwracała się do swojej drugiej asystentki imieniem pierwszej. Wynikało to z faktu, iż zmieniały się dynamicznie, więc nie chciała zawracać sobie głowy zapamiętywaniem co chwilę nowego imienia. Na pytanie o książkę i samą autorkę – odpowiedziała, iż jej nie pamięta. Cóż, pisarka raczej nie ubolewała z tego powodu, gdyż książka stała się światowym bestsellerem, a ona milionerką.

Anna przez swoje dalekosiężne znajomości siała postrach nie tylko w branży wydawniczej czy modowej. Podczas kręcenia „Diabła” żadne muzeum, poza Muzeum Historii Naturalnej, nie zgodziło się na nagrywanie tam scen gali. Okazało się, iż tylko tam autorytet Anny musiał uznać wyższość tych, którzy od epok nie śledzą kultury masowej.

Diabeł ubiera się u… Patricii Field?

Realizacja ekranizacji książki sprawiła Davidowi Frankelowi, dużo większe trudności, niż z początku zakładał. Prawie nikt z amerykańskiego towarzystwa nie chciał wypowiadać się na temat Anny czy pracy w „Vogue’u”. Wiedzieli o jej wpływach, mieli równie dobrą wiedzę na temat cennych dla produkcji historii, jednak śmiałków wciąż brakowało. Pierwszą osobą, która podpisała kontrakt, była Meryl Streep. Z zrobiła to dopiero za dwukrotność początkowej sumy – ostatecznie były to 4 mln dolarów. Taka kwota mogła zrekompensować fakt, iż być może Wintour wykluczy ją ze środowiska „Vogue’a”. Jak się jednak okazało, na Meryl Streep choćby ona nie mogła się obrazić. Skompletowanie pełnej obsady okazało się równie trudne, co rozmowy ze współpracownikami redaktorki. Reżyser szukał aktorki, która będzie potrafiła uczynić postać Andy równie ważną, co postać Mirandy. Do tej roli rozważano Rachel McAdams, która była wtedy jedną z najbardziej pożądanych aktorek, między innymi dzięki „The Notebook” i „Mean Girls”. Na castingu pojawiła się Anne Hathaway, która, zakochana w scenariuszu, za wszelką cenę chciała znaleźć się w filmie. Jej desperacja doprowadziła ją do wejścia na podwórko jednego z producentów i wydeptania na nim „hire me”. Jak widać po latach, desperacka próba się opłaciła. Do roli Emily przesłuchano ponad sto aktorek, jednak wciąż brakowało tej, która udźwignie tę postać. I tak twórcy trafili na filmową imienniczkę – Emily Blunt. Jej brytyjski akcent kapitalnie dopełnił sarkastyczne kwestie napisane na potrzeby tej bohaterki.

Skoro to film o świecie mody, musimy wspomnieć o twórczyni filmowych kostiumów, Patricii Field. jeżeli komuś to nazwisko jest obce, to już spieszę z podpowiedzią: „Seks w wielkim mieście”, kultowy serial z lat 90., który doczekał się filmowych kontynuacji i zasłynął między innymi dzięki ikonicznym stylizacjom bohaterek, w szczególności Carrie Bradshaw. To właśnie zrobiła Patricia. Uczyniła różową, tiulową spódniczkę z second-handu najbardziej rozpoznawalnym elementem czołówki serialu. Dzięki kostiumografce metamorfoza Andy była naprawdę spektakularna. Tak samo zresztą jak stylizacje pozostałych postaci, które zostały docenione przez Akademię – Field otrzymała za swoją pracę nominację do Oscara.

„A historii tego swetra i tak byś nie zrozumiał”

Pozostając w temacie ubrań i filmu, porozmawiajmy o modrym swetrze. Słynny monolog w wykonaniu Meryl Streep początkowo miał być odrzucony przez reżysera, który bał się, iż widz podczas konsumowania kina komercyjnego nie będzie chciał tak długo utrzymać swojej uwagi. Streep jednak uparła się, aby go zatrzymać. Słusznie zauważyła, iż bardzo trafnie potrafił on wytłumaczyć odbiorcy, czym jest moda, jak jest ważna i dlaczego dotyczy nas wszystkich. Zachowanie Mirandy wobec Andy często określane jest jako wyniosłe i nieprofesjonalne, a ona sama jako chodzące uosobienie zła. Warto jednak spojrzeć na tę relację z drugiej strony i postawić się w roli szefowej potężnego magazynu. Miranda daje szansę osobie, która nie ma pojęcia, w jakim miejscu się znalazła, nie wie, z kim rozmawia, a jako jedyną motywację do pracy podaje fakt, iż do redakcji skierował ją dział kadr. Już pierwszego dnia pozwala sobie na lekceważące prychnięcie w trakcie ważnego spotkania. Otwarcie podważa autorytet przełożonej i manifestuje swoją obojętność wobec tematu słynnych już pasków. Zanim więc jednoznacznie potępimy Mirandę, zastanówmy się, czyje zachowanie było bardziej niewłaściwe.

Wspomniany wyżej monolog to zgrabne przedstawienie tego, jak funkcjonuje organizm, jakim jest przemysł modowy. Tłumaczy, iż choćby jeżeli jesteśmy wobec niego całkowicie obojętni, to i tak pozostajemy częścią długiego łańcucha, który zaczyna się właśnie w Condé Nast. Film jako całość jest dla nas dobrą lekcją stylu i podejścia do mody, ale także tego, jakiego partnera być może nie należy wybierać. Chłopak Andy nie rozumie, dlaczego kobiety mają więcej niż jedną torebkę i po co w ogóle „kolekcjonować” ubrania. Za to sam, jak wspomniał, z wielkim przejęciem zajmuje się gotowaniem sosu pomidorowego. Nate ignoruje to, o czym opowiada jego dziewczyna i choćby nie próbuje zrozumieć, czym z czasem staje się dla niej ta praca.

Czy lód wciąż nie topnieje?

Kontynuacja filmu „Diabeł ubiera się u Prady” jest ekscytująca. Można dzięki niej przekonać się, czy lodowata Miranda wciąż liczy się w czasach social mediów. Pierwszy film to z pewnością bardzo wysoko postawiona poprzeczka. Uchwycił pewną romantyczną wizję tego, jak może wyglądać życie młodej, studiującej i mieszkającej w Nowym Jorku kobiety. Ma w sobie ciepło i pokazuje nam moment, kiedy jeszcze wspomniane social media i internet nie funkcjonowały na pełnych obrotach. To jeszcze świat, kiedy mamy telefony komórkowe z klawiaturą, a szpilki od Manolo Blahnik kosztują mniej niż tysiąc dolarów. To wciąż ten moment, kiedy nasze mamy czytają papierowe magazyny, chociaż my dzięki Google i Jennifer Lopez zdjęcia z czerwonego dywanu możemy zobaczyć w sieci. Pozwólmy sobie na tę przyjemność lub – jeżeli ktoś wciąż nie jest przekonany – dajmy sobie drugą szansę na zrozumienie, czym adekwatnie jest moda.

ALICJA HELAK

Idź do oryginalnego materiału