Dzień wilgotny, styczniowy, bezlistne gałęzie na tle stalowo-szarego nieba. Pada.
Wybrałam się na przejażdżkę samochodem, by córeczkę odebrać ze szkoły i zawieźć na lekcje muzyki, a potem okazało się znowu szybciutko odebrać ze szkoły muzycznej, kiedy zadzwonili, iż się ‚źle czuje’. W tę i z powrotem i znowu wtę, i znowu z powrotem, wyszło razem ponad dwie godziny w aucie i cieszę się bardzo, iż dałam radę i już tak nie panikowałam, bo w ostatni piątek trochę mną trzęsło i pod wieczór byłam rozedrgana. Teraz było dobrze, pamiętałam, żeby nogi nie ruszać, nie podpierać się, przez cały czas trochę puchnie i boli, więc na długie trasy jeszcze nie jestem gotowa.
Przystosowałam się sytuacji i lepiej być nie może:) Mam swój rytm dnia i przyjemności, umościłam się w tej złamanej nodze i rozkoszuję się niespodziewanym czasem wolnym. Budzę się z Mi i Mo, ale zaraz obracam się na drugi bok i śpię bez wyrzutów sumienia tyle, ile potrzebuję. Potem budzę się, czytam, poleguję, myślę sobie co mi się śniło, myślę o gimastyce, wstaję, nastawiam grzanie kaloryferów, żeby się włączyły za jakiś czas same, bym nie musiała wchodzić na górę jak zmarznę. Skaczę na jednej nodze do łazienki.
Potem biorę kołdrę i bambetle, schodzę na dół, a raczej zsuwam się na pupie po schodach, z kołdrą na kolanach. Mi zostawia mi w kuchni śniadanko (owoce i płatki owsiane) i kawkę we włoskim ekspresie, zalewam mlekiem owsianym płatki, nastawiam kawkę. Czekając, przenoszę miseczkę z owsianką na stół w dużym pokoju, oczywiście skacząc na jednej nodze, i myję trochę naczyń, opierając się kolanem o szafkę. Prawa stopa zaczyna boleć, a kawka bulgotać, przelewam ją w końcu do termosu, biorę bolesławiecką filiżankę i robię herbatę, też do termosu, pakuję oba termosy z filiżanką do torby i o kulach skaczę do pokoju. Jem śniadanie, w tym momencie już jestem cała spocona i zmęczona, bo przecież od 40 minut skaczę na jednej nodze;)
Przekładam gimnastykę na dzień następny.
Przenoszę się na sofę, na moje stanowisko dziennego dowodzenia samą sobą.
Posprawdzałam wszystkie zaległe eseje i pierwsze rodziały prac licencjackich, nie chciałam, żeby ta robota spadła na kogoś innego, komu za to dodatkowo nie zapłacą.
W poniedziałki mam superwizję online, dwa razy w tygodniu moją panią, też online.
Tylko we we wtorki mam pacjenta/klienta osobiście, tego, którego nie przestraszyły kule i zdecydował się rozpocząć terapię. Cieszę się. Teraz muszę wymyśleć, gdzie mogę parkować, bo taxi w dwie strony kosztowała mnie ostatnio więcej, niż zapłacono mi za godzinę.
Ale oprócz tego odpoczywam. Zrastam się.
Zalegam na łóżku. Czytam, słucham, czytam, co tam panie w Polityce, GW, The Irish Times, The Guardian, prasówka, blogi, co tam u znajomych. Literatura fachowa. Literatura piękna. Jakiś telefon do przyjaciela, potem znowu książki. Zagłębiam się. Myślę.
Jest cudownie, prawdę mówiąc czasem wydaje mi się, jakbym trafiła do raju;D Mogę czytać cały dzień. Mogę robić na drutach. Śpię i śnię, mam czas, żeby zapisywać sny. Czasem coś piszę. Myślę. Piję kawkę. Gadam z przyjaciółmi. Wszyscy do mnie wysyłają wiadomości pytając jak się czuję:D
Życie kazało mi zwolnić, zamierzam się tym cieszyć, ile mogę.




