Zoo w połowie lat 2010 udowodniło, iż ogólnodostępna telewizja sieciowa wciąż potrafi być naprawdę dziwna, co z pewnym dozą zaskoczenia skonstatował Collider. W serii wyprodukowanej przez Jamesa Mangolda (Logan, Spacer po linie, Indiana Jones i artefakt przeznaczenia), nietoperze-kamikadze, organizowane przez wilki ucieczki z więzienia i gigantyczne ośmiornice włamujące się do komputerów były na porządku dziennym. Serial balansował na granicy geniuszu i szaleństwa zapraszając widzów do wyrzucenia logiki za okno w imię czystego, nieokiełznanego widowiska.
Powstały na podstawie powieści znanego z thrillerów prawniczych (i serii o Aleksie Crossie) Jamesa Pattersona serial koncentrował się na tajemniczym wirusie, który zwiększał agresję zwierząt wobec ludzi, oraz zespole naukowców, dziennikarzy i śledczych walczących ze powodowanym tą sytuacją chaosem.

Seria została wyprodukowana przez CBS, a pierwszy sezon osiągnął raczej mierny wynik 43% na Rotten Tomatoes (nie przerywajcie czytania, dalej będzie lepiej), pozostawiając krytyków raczej bez pozytywnych emocji, choć na szczęście widzowie co tydzień zasiadali przed telewizorami, co doprowadziło do tego, iż CBS dał zielone światło na kolejne sezony. I tu zaczęła się magia!
Mówiąc krótko serial uwolnił się od książkowego oryginału i przestał przepraszać za własne szaleństwo. Sezony 2 i 3 w pełni zanurzyły się w początkowym dosyć absurdalnym założeniu, odeszły od materiału źródłowego i zaczęły podejmować ryzyko fabularne, które odjęło krytykom mowę i przyniosło – UWAGA! – idealny wynik 100% na Rotten Tomatoes i to w przypadku obu kolejnych sezonów.

Seria wyewoluowała, wprowadzając różne wersje dystopijnej przyszłości, przeskoki w czasie i intrygujących bohaterów, zrzucając jednym słowem ograniczenia narzucone w pewnym sensie przez twórcę oryginału.
Pierwszy sezon zapoczątkował globalne powstanie zwierząt, zmuszając mocno przypadkową zbieraninę specjalistów do ścigania morderczych zwierzaków przez kontynenty. W obsadzie znaleźli się zbuntowany zoolog, jego najlepszy przyjaciel, dziennikarka, gderliwy weterynarz-patolog oraz… oficer francuskiego wywiadu. To, co zaczęło się jako motyw szalonych zwierząt, stało się pełnoprawnym thrillerem science fiction i dowodem na to, iż choćby niedorzeczny punkt wyjścia, wcale nie musi prowadzić do fabularnej katastrofy.

















