Kto pokocha potwora Frankensteina? Homunkulus pozszywany z fragmentów ludzkich ciał błąka się po świecie. Nikt mu ani ręki nie poda, ani nie ofiaruje. W "Narzeczonej Frankensteina" (1935) doktor Pretorius tworzy mu towarzyszkę, ale ta wzdryga się na widok potwora jak reszta świata. Mimo tytułu to choćby nie jest film o niej – kobieta gości na ekranie jakieś osiem minut. W 2026 roku Maggie Gyllenhaal pyta przekornie: a co, gdyby panna młoda miała własne serce i rozum; co, jeżeli sama zdecyduje się pokochać Frankensteina, a nie tylko dlatego, iż właśnie do tej roli ją stworzono? W Hollywood uznano to za subwersywny pomysł.
Chicago, lata trzydzieste XX wieku. Na prośbę "Franka" (Christian Bale) osobliwa lekarka (Annette Bening) wskrzesza dla niego wyciągniętą z grobu kobietę (Jessie Buckley). Para gwałtownie przyciąga kłopoty i ucieka z miasta. W ślad za nimi rusza detektyw Jake (Peter Sarsgaard) z wyręczającą go w pracy asystentką Myrną (Penelope Cruz). Umowne śledztwo prowadzi nas po sznurku po pretekstowym świecie – gdy trop prowadzi do nowojorskiego kina, inwigilatorzy od razu wiedzą którego. Poszlaki są nieistotne, liczy się dynamika między nimi. Ona domaga się od niego legitymizacji kobiet w zawodzie, on oferuje jej jedynie zawód. Jak większość mężczyzn portretowanych w "Panie młodej" Jake wykazuje się słabością charakteru, jeżeli nie wręcz zwyrodniałym duchem.
Swoje dzieło życia Mary Shelley napisała w wieku zaledwie 21 lat. Pomysł na "Frankensteina" narodził się podczas pobytu nad Jeziorem Genewskim, gdzie spędzała czas z mężem, przybraną siostrą i Lordem Byronem – złotym dzieckiem epoki romantyzmu. Ich wyjazd był brzemienny w skutkach jeszcze pod innym względem – fascynacja młodszej siostry znanym poetą zakończyła się ciążą. Byron miał pisać do znajomego: "Mężczyzna jest mężczyzną – kiedy jakaś osiemnastolatka skacze wokół ciebie o każdej porze dnia i nocy – wyjście jest tylko jedno". Zrodzona z niechcianej ciąży Alba została przechrzczona na życzenie ojca na Allegrę, a w wieku pięciu lat zmarła na tyfus. Biorąc sobie Shelley z całym jej bagażem za duchową opiekunkę projektu, reżyserka uznała za oczywisty wybór nacisk przede wszystkim na eksplorację feministycznych i antymęskich tropów.
Formalnym pomysłem na "Pannę młodą" jest wymiana myśli między Mary Shelley a przywróconą z martwych oblubienicą Frankensteina. Ta nazywana jest naprzemiennie Idą lub Penelope, choć – jak sugeruje wszystkowiedząca narratorka – kobieta będzie musiała znaleźć własne imię nieuwikłane w patrylinearny system pokrewieństwa (sama Shelley najpierw nosiła nazwisko ojca, znanego filozofa, a następnie męża, słynnego romantycznego poety). Już na początku opowieści bohaterka Buckley zostaje opętana przez głos pisarki, który najpierw przyniesie jej zgubę, ale ostatecznie wyzwoli z gorsetu społecznych konwenansów.
Kim adekwatnie jest Ida? Jeszcze przed wypadkiem obraca się w półświatku, gdzie kobietom odcina się języki za zabieranie głosu. Kiedy śledztwo właśnie w takiej sprawie zostaje zamiecione pod dywan, bohaterka urządza awanturę. Mimo to film sugeruje, iż Ida staje się radykalną feministką dopiero wtedy, gdy opętuje ją duch Shelley. W wątku emancypacyjnym z czasem coraz łatwiej się pogubić. Pojawiają się tu na przykład naśladowczynie Idy, wściekłe kobiety demolujące ulice z czarną szminką na ustach – ale prowadzą wojny pozbawione stawki. W domyśle ma być nim zaprzestanie przemocy wobec kobiet, ale hasła wykrzykiwane przez Jessie Buckley to klisze i ogólniki. Bohaterka rysuje przed słuchaczami brutalne obrazy żon zmuszanych przez mężów do stosunków seksualnych, ale jej nawołania do rewolucji nie mają żadnego umocowania w społecznym położeniu kobiet w 1936 roku. Kiedy cały kraj wychodzi na ulice, nie sposób powiedzieć, o co tak adekwatnie toczy się bój. Feminizm "Panny młodej" sprowadza się do krzykliwych, efektownych, a co najważniejsze modnych haseł: o samostanowieniu, odrzucaniu męskiego nazwiska, znajdowaniu własnego głosu. Za fasadą tych dumnie brzmiących bon motów nic się jednak nie kryje. Najbardziej spektakularny owoc rewolucji to wprowadzenie w szeregi amerykańskiej policji detektywki, która zawdzięcza pozycję temu, iż jest zwyczajnie lepsza od każdego mężczyzny, a na swoją pozycję ciężko zapracowała. Powtarzane tezy przypominają uporczywe okładanie widzki młotkiem.
Już na poziomie tytułu Gyllenhaal podkreśla etymologiczny niepokój, jaki wiąże się z rolą panny młodej, która nie istnieje sama dla siebie – jej funkcję definiuje przecież obecność drugiej osoby. Mimo to charakter protagonistki jest formowany właśnie przez relację z potworem Frankensteina. Jest on ukazany głównie jako urocza gapa podążająca ślepo za wybranką. Ale nie zmienia to faktu, iż w historii Idy różnica między miłością opartą na obopólnym szacunku a pragnieniem wzięcia w posiadanie drugiej osoby zostaje przemilczana. Początkowo Frank prosi, aby stworzyć mu kobietę, która będzie uprawiać z nim seks. Kochać go. Trzymać się za ręce. Ida potrzebuje czasu, ale koniec końców nie udaje jej się oprzeć uczuciu. jeżeli "Panna młoda" ma być też love story, to jest to uczucie z gruntu toksyczne, jak romantyzowany przez wielu związek Heathcliffa z Catherine w "Wichrowych wzgórzach". Historia Idy jest na swój sposób tragiczna – w końcu osoba, którą kocha, przywróciła ją do życia wyłącznie z myślą o sobie. To napięcie domagało się jakiegoś komentarza.
Z drugiej strony "Pannę młodą" lubię najbardziej, gdy nikt nie pisze w niej manifestów. Wtedy widać, jakimi kłączami moodboard twórczyń rozrastał się od gotyku i wiktoriańskiego horroru, docierając raz do ekstatycznej burleski, a innym razem do tanecznych filmów z Fredem Astaire'em i Ginger Rogers. Albo patrzeć na Franka oczami Penelope, która uczy się widzieć go pięknym i całuje blizny po zszyciach. To świat, który wręcz ostentacyjnie wypiera się realizmu. Jego autorka porywa się na ambitną reinterpretację klasyki grozy – taką, w której sprawczość przywraca się kobiecie, a miłości wagę. W takim czuciu tych kadrów chciałabym pozostać. Bo gdy tylko pomyślę, jak ochoczo cenzurowano radykalne wątki biografii samej Shelley, ten schludny obraz kobiecego upadku i powstania z kolan zaczyna wydawać się bardzo zachowawczym hołdem.
Chicago, lata trzydzieste XX wieku. Na prośbę "Franka" (Christian Bale) osobliwa lekarka (Annette Bening) wskrzesza dla niego wyciągniętą z grobu kobietę (Jessie Buckley). Para gwałtownie przyciąga kłopoty i ucieka z miasta. W ślad za nimi rusza detektyw Jake (Peter Sarsgaard) z wyręczającą go w pracy asystentką Myrną (Penelope Cruz). Umowne śledztwo prowadzi nas po sznurku po pretekstowym świecie – gdy trop prowadzi do nowojorskiego kina, inwigilatorzy od razu wiedzą którego. Poszlaki są nieistotne, liczy się dynamika między nimi. Ona domaga się od niego legitymizacji kobiet w zawodzie, on oferuje jej jedynie zawód. Jak większość mężczyzn portretowanych w "Panie młodej" Jake wykazuje się słabością charakteru, jeżeli nie wręcz zwyrodniałym duchem.
Swoje dzieło życia Mary Shelley napisała w wieku zaledwie 21 lat. Pomysł na "Frankensteina" narodził się podczas pobytu nad Jeziorem Genewskim, gdzie spędzała czas z mężem, przybraną siostrą i Lordem Byronem – złotym dzieckiem epoki romantyzmu. Ich wyjazd był brzemienny w skutkach jeszcze pod innym względem – fascynacja młodszej siostry znanym poetą zakończyła się ciążą. Byron miał pisać do znajomego: "Mężczyzna jest mężczyzną – kiedy jakaś osiemnastolatka skacze wokół ciebie o każdej porze dnia i nocy – wyjście jest tylko jedno". Zrodzona z niechcianej ciąży Alba została przechrzczona na życzenie ojca na Allegrę, a w wieku pięciu lat zmarła na tyfus. Biorąc sobie Shelley z całym jej bagażem za duchową opiekunkę projektu, reżyserka uznała za oczywisty wybór nacisk przede wszystkim na eksplorację feministycznych i antymęskich tropów.
Formalnym pomysłem na "Pannę młodą" jest wymiana myśli między Mary Shelley a przywróconą z martwych oblubienicą Frankensteina. Ta nazywana jest naprzemiennie Idą lub Penelope, choć – jak sugeruje wszystkowiedząca narratorka – kobieta będzie musiała znaleźć własne imię nieuwikłane w patrylinearny system pokrewieństwa (sama Shelley najpierw nosiła nazwisko ojca, znanego filozofa, a następnie męża, słynnego romantycznego poety). Już na początku opowieści bohaterka Buckley zostaje opętana przez głos pisarki, który najpierw przyniesie jej zgubę, ale ostatecznie wyzwoli z gorsetu społecznych konwenansów.
Kim adekwatnie jest Ida? Jeszcze przed wypadkiem obraca się w półświatku, gdzie kobietom odcina się języki za zabieranie głosu. Kiedy śledztwo właśnie w takiej sprawie zostaje zamiecione pod dywan, bohaterka urządza awanturę. Mimo to film sugeruje, iż Ida staje się radykalną feministką dopiero wtedy, gdy opętuje ją duch Shelley. W wątku emancypacyjnym z czasem coraz łatwiej się pogubić. Pojawiają się tu na przykład naśladowczynie Idy, wściekłe kobiety demolujące ulice z czarną szminką na ustach – ale prowadzą wojny pozbawione stawki. W domyśle ma być nim zaprzestanie przemocy wobec kobiet, ale hasła wykrzykiwane przez Jessie Buckley to klisze i ogólniki. Bohaterka rysuje przed słuchaczami brutalne obrazy żon zmuszanych przez mężów do stosunków seksualnych, ale jej nawołania do rewolucji nie mają żadnego umocowania w społecznym położeniu kobiet w 1936 roku. Kiedy cały kraj wychodzi na ulice, nie sposób powiedzieć, o co tak adekwatnie toczy się bój. Feminizm "Panny młodej" sprowadza się do krzykliwych, efektownych, a co najważniejsze modnych haseł: o samostanowieniu, odrzucaniu męskiego nazwiska, znajdowaniu własnego głosu. Za fasadą tych dumnie brzmiących bon motów nic się jednak nie kryje. Najbardziej spektakularny owoc rewolucji to wprowadzenie w szeregi amerykańskiej policji detektywki, która zawdzięcza pozycję temu, iż jest zwyczajnie lepsza od każdego mężczyzny, a na swoją pozycję ciężko zapracowała. Powtarzane tezy przypominają uporczywe okładanie widzki młotkiem.
Już na poziomie tytułu Gyllenhaal podkreśla etymologiczny niepokój, jaki wiąże się z rolą panny młodej, która nie istnieje sama dla siebie – jej funkcję definiuje przecież obecność drugiej osoby. Mimo to charakter protagonistki jest formowany właśnie przez relację z potworem Frankensteina. Jest on ukazany głównie jako urocza gapa podążająca ślepo za wybranką. Ale nie zmienia to faktu, iż w historii Idy różnica między miłością opartą na obopólnym szacunku a pragnieniem wzięcia w posiadanie drugiej osoby zostaje przemilczana. Początkowo Frank prosi, aby stworzyć mu kobietę, która będzie uprawiać z nim seks. Kochać go. Trzymać się za ręce. Ida potrzebuje czasu, ale koniec końców nie udaje jej się oprzeć uczuciu. jeżeli "Panna młoda" ma być też love story, to jest to uczucie z gruntu toksyczne, jak romantyzowany przez wielu związek Heathcliffa z Catherine w "Wichrowych wzgórzach". Historia Idy jest na swój sposób tragiczna – w końcu osoba, którą kocha, przywróciła ją do życia wyłącznie z myślą o sobie. To napięcie domagało się jakiegoś komentarza.
Z drugiej strony "Pannę młodą" lubię najbardziej, gdy nikt nie pisze w niej manifestów. Wtedy widać, jakimi kłączami moodboard twórczyń rozrastał się od gotyku i wiktoriańskiego horroru, docierając raz do ekstatycznej burleski, a innym razem do tanecznych filmów z Fredem Astaire'em i Ginger Rogers. Albo patrzeć na Franka oczami Penelope, która uczy się widzieć go pięknym i całuje blizny po zszyciach. To świat, który wręcz ostentacyjnie wypiera się realizmu. Jego autorka porywa się na ambitną reinterpretację klasyki grozy – taką, w której sprawczość przywraca się kobiecie, a miłości wagę. W takim czuciu tych kadrów chciałabym pozostać. Bo gdy tylko pomyślę, jak ochoczo cenzurowano radykalne wątki biografii samej Shelley, ten schludny obraz kobiecego upadku i powstania z kolan zaczyna wydawać się bardzo zachowawczym hołdem.












