— Znowu się liże! Maks, zabierz go stąd! Nastka patrzyła z irytacją na Tadka, który bez sensu pods…

newsempire24.com 1 dzień temu

Znowu się liże! Michał, zabierz go!
Gosia z irytacją wpatrywała się w Fafika, który bez sensu podskakiwał przy jej nogach. Jak to się stało, iż trafili na takiego gamonia? Tyle czasu zastanawiali się, wybierali rasę, radzili z hodowcami. Wiedzieli, iż to poważna sprawa. Ostatecznie padło na owczarka niemieckiego: wierny przyjaciel, stróż i obrońca taki szampon trzy w jednym. Tylko iż tego obrońcę od kotów trzeba ratować…

Przecież on jeszcze szczeniak. Poczekaj, urośnie zobaczysz.
Oczywiście. Już nie mogę się doczekać, aż ten koń urośnie. Widziałeś, iż on więcej od nas je? Jak my go wykarmimy? Przestań tak tupać, baranie, dziecko obudzisz! marudziła Gosia, zbierając pantofle porozrzucane przez Fafika.

Mieszkali na krakowskim Kazimierzu, na parterze starej kamienicy z oknami niziutko przyklejonymi do bruku. Miejsce było świetne, gdyby nie jeden szczegół. Okna wychodziły na ślepy, ciemny załom podwórka, gdzie wieczorami kręciły się cienie, zasiadali panowie na pogawędki, a czasem dochodziło do awantur.

Całe dnie Gosia była sama w domu, z nowonarodzoną Zosią. Michał od rana szedł do pracy do Sukiennic, a wolny czas spędzał na pchlich targach i przy straganach z książkami. Doświadczone oko historyka sztuki oko-sokół, jak żartowała Gosia potrafiło wyłowić z tłumu prawdziwe dzieła, unikalne książki i interesujące bibeloty. Michał był zapalonym kolekcjonerem. Niepostrzeżenie w mieszkaniu zebrała się porządna kolekcja obrazów, a w kredensie z lat sześćdziesiątych pyszniły się talerze z Ćmielowa, statuetki z socrealizmu i srebrne sztućce z początku XX wieku… Gosię niepokoiło pozostawanie samej z tym bogactwem i małą córeczką, zwłaszcza iż kradzieże nie były rzadkością.

Gosiu, jak myślisz, kiedy z Fafikiem najlepiej iść na spacer? Teraz czy po obiedzie?
Nie wiem. A zresztą, to nie mój psi interes!

Usłyszawszy magiczne spacer, Fafik jak wystrzelony z procy pognał do przedpokoju aż go na zakręcie wyniosło chwycił smycz, wrócił i podskoczył do sufitu. No koń, nie pies. Kocha wszystkich, każdemu się wiesza na szyi, każdemu przynosi piłeczkę, tylko goście ledwo na próg. Sercem na dłoni, otwarty na świat, a przygarniali go przecież dla bezpieczeństwa. choćby za kotami na podwórku nie gania. Lezie do nich z piłką, pełen entuzjazmu, myśli, iż się pobawi. No i dostał kilka razy po nosie. Koty na ich podwórzu były twardzielami, to je trzeba by zatrudnić do ochrony Jutro znowu sama cały dzień. Mąż jedzie do Nałęczowa na Święto Chełmońskiego, a ona co? Ma pilnować porcelany i wyprowadzać tego gamonia? Niedola…

Michał wyszedł skoro świt, na palcach, żeby nie budzić żony. Ale gdzie tam. Gosia słyszała, jak gwizdał czajnik w kuchni, jak zabrzęczała smycz, jak Michał syczał na Fafika, by nie skomlał i nie taplał się po mieszkaniu. Przy tych spokojnych dźwiękach przysnęła, a kiedy obudziła ją Zosia, Michała już nie było. Dzień zaczął się jak zawsze. Zwyczajny, spokojny dzień. Czy to nie szczęście? Przyjaciółki wzdychały: O Gosiu, tak wcześnie wyszłaś za mąż, rozerwana między mężem a dzieckiem, od rana do wieczora w kuchni Ale czy w codzienności nie kryje się urok? Nie wszystko ułożyło się tak, jak marzyła. Męczyła ją częsta nieobecność męża, ciasnota, brak pieniędzy. No i ta jego gorąca pasja, w której topi tyle pieniędzy… Teraz przyprowadził przyjaciela z uszami na bok, a zająć się nim musiała Gosia. Ale wiedziała: z bliskimi trzeba być na dobre i na złe. Nikt ci nie obiecywał ideału Zrozumiawszy tę prostą prawdę, Gosia odetchnęła i postanowiła cieszyć się tym, co ma, a nie cierpieć z powodu tego, czego nie ma.

Siedziała w pokoju dziecięcym i karmiła Zosię, która w trakcie ssania często zasypiała i trzeba było czekać, aż się znowu przebudzi i zacznie ssać dalej. Ktoś zadzwonił do drzwi, ale Gosia nie otwierała. Nikogo się nie spodziewała, a bez powodu nikt przez cały Kraków do niej nie przyjedzie. Te cenne poranne godziny, jak ona je lubiła! W mieszkaniu cicho, tylko stare zegary w sieni tykały, a z okienka dochodził dobrze znany odgłos miasta: szum tramwajów, prychanie samochodów, szuranie miotły po chodniku, dziecięcy gwar A gdzie gamoń z uszami? Jakoś długo się nie pojawiał, dziwne nawet. Oczywiście, Fafik to wcale nie gamoń z uszami, uszy ma jak należy, sterczące, ale charakter taki. No i masz – teraz z nim żyj, karm, wyprowadzaj, a pożytku zero. Lepiej by jamnika wzięli.

Gosia zapatrzyła się na córeczkę, która po nakarmieniu odpadła od piersi jak mała przyssawka. O jaka cudna im się dziewuszka trafiła! Moje słoneczko szeptała, układając Zosię. Rośnij Cóż nam więcej trzeba?

W tym momencie z salonu dobiegł dziwny dźwięk. Coś między trzaskiem a piskiem. Gosia się wyostrzyła. Trzask powtórzył się. Nie oddychając, zdjęła pantofle i na palcach wsunęła się do salonu. Pierwsze, co ją zaniepokoiło plecy Fafika. Jakby się schował za zasłonką oddzielającą przedpokój od salonu. Przyczajony na czterech łapach, z łbem wyciągniętym, jakby wibrował z napięcia i wlepiał oczy w głąb pokoju, dysząc. Gosia podążyła jego wzrokiem i zamarła: w oknie, dokładniej w lufciku, sterczała pół-facet. Typowa bandycka łysa pała, ręce i ramiona już w środku, a facet jęczał, przepychając przez lufcik swoje chude, żylaste ciało. Gosi się nie mieściło w głowie, iż to dzieje się właśnie jej. To niemożliwe! Co robić? Krzyczeć? Facet już prawie cały w mieszkaniu! Jeszcze chwila i…

Wzdrygnęła się, gdy rozległ się wrzask. Czarna smuga rzuciła się ku oknu i dopiero po chwili Gosia zrozumiała, iż to Fafik. Wskoczył na parapet i pochwycił złodzieja za szyję! Aaaaaaa!!! wrzasnął facet basem, wybałuszając oczy, gotowe wypaść z orbit. Gosia wypadła na klatkę, krzyknęła do sąsiadów i potem już było jakoś mniej strasznie. Ludzie zbiegli, wezwali policję. Wszyscy chcieli pomóc, choć adekwatnie nie było do czego się przydać, ale ich obecność działała kojąco. Co by zrobiła sama? Przełamując lęk, podeszła do faceta żeby Fafik nie przegryzł mu gardła. Jeszcze tego brakowało! Ale Fafik, mądra bestia, chwycił go bokiem, za kołnierz, trzymał mocno, ale ostrożnie. Ani kropli krwi! A gdy złodziej próbował się wyswobodzić, Fafik mocniej ściskał szczęki. Facet cichł no, już rozumiem, panie władzo a pies od razu luzował. Skąd on to wiedział? Ten gamoń z piłeczką sprawował się jak zawodowiec. Usłyszał hałas, sprawdził, ale nie oszczekał. Dlaczego? Przecież to najprostszy odruch. Zamiast tego czaił się za zasłonką, pozwolił złodziejowi wejść w połowie, żeby porządnie utknął i dopiero wtedy się rzucił; a jak już złapał, to trzymał fachowo, nie dusząc i nie raniąc. Powstrzymać, do sądu oddać takie było jego zadanie.

Nawet najstarsi policjanci nie pamiętali, by złodziej tak się cieszył z aresztowania. Facet tyle strachu przeżył w szczękach Fafika, iż był szczęśliwy, mogąc się poddać. Za to pies nie chciał wypuścić zdobyczy tak się wczuł w rolę, tak był dumny, iż musieli go przekonywać, aż podjechał oficer przewodnik psa. Dał rozkaz i Fafik puścił! Odrzucił faceta, usiadł przy oknie i wpatrzył się w policjanta, jakby pytał: Co dalej, szefie? Czekam na rozkaz! Jeszcze tylko brakowało, by zasalutował.

Ale wam się trafił pies oficer z uznaniem poklepał Fafika po karku i westchnął: takiego by nam do poszukiwań…

Michał wrócił późnym wieczorem. Delikatnie otworzył drzwi i zamarł zdumiony. Było czemu się dziwić. Po pierwsze: Fafik waletował na kanapie, co było surowo zabronione i nigdy nie dozwolone. Po drugie: rozrzucony w najwygodniejszej, niemal nieprzyzwoitej pozie, a Gosia drapała go po brzuchu, pieściła, głaskała i niemal całowała w pysk, powtarzając: euforii ty moja, kapustko, źrebaczku malutki. Rośnij nam na zdrowie! Na pociechę ojcu i matce! Jaka ja byłam dla ciebie niesprawiedliwa, wybacz

Tę historię opowiedział mi kiedyś sam Michał, na jednym z Chełmońskich Świąt. Fafik by opowiedział pewnie barwniej o tym, jak tropił, jak łapał i jak oddawał w ręce policyjnych łap. To dawne dzieje. Ale historia ciągle żyje w mojej pamięci czuję, jak Fafik pazurem puka do kartki, prosząc, bym ją opisała dla wasOd tamtej pory Gosia nie pytała już, co zrobili źle, wybierając psa. Każdego ranka zaczynała dzień z Fafikiem przy nogach, Zosia gaworzyła na dywanie, a Michał wychodził do pracy z poczuciem, iż zostawia swoje dziewczyny pod najlepszą opieką w mieście. Wieczorami, kiedy światła miasta odbijały się w starych okiennych szybach, cała trójka siadała przy kuchennym stole, a Fafik czuwał u progu, od czasu do czasu zerkając w okno, gotów znów być bohaterem, choćby i jutro.

I tak, na tym ciasnym krakowskim Kazimierzu, wśród bibelotów, zapachu kawy i szelestu kart książek, narodziło się coś jeszcze cenniejszego niż porcelanowe talerze i srebrne sztućce poczucie bezpieczeństwa i małego, codziennego szczęścia. Gamoń z uszami nauczył ich, iż miłość potrafi szczekać, warować i czasem, zupełnie niespodziewanie, uratować cały świat.

Idź do oryginalnego materiału