"Znieczulenie" z impetem dołącza do szpitalnej rywalizacji – recenzja medycznego serialu Netfliksa

serialowa.pl 1 godzina temu

Z reguły moda na jakieś produkcje skutkuje zalewem banalnych seriali, ale czasem pomaga też powstać czemuś wyróżniającemu się na tle konkurencji. Gdzie plasuje się polskie „Znieczulenie” z Leszkiem Lichotą?

Wysyp seriali medycznych sprawia, iż każdy kolejny tytuł może budzić raczej mniejsze niż większe zainteresowanie. To znaczy, jeżeli ktoś kocha ten gatunek, to pewnie i tak obejrzy wszystko, ciesząc się, iż jest akurat taka tendencja, ale ja sięgam tylko po wybrane tytuły szpitalne, na dodatek podejrzliwie traktując chyba już każdy trend owocujący sytuacją, iż każda platforma chce koniecznie mieć swoje „XYZ”, w tym wypadku swoje „The Pitt”. Świeżo mieliśmy przykład polskiego serialu „SOR”, teraz do rywalizacji włącza się Netflix, proponując rodzime „Znieczulenie„. I dobrze, iż dostałam tę produkcję do recenzji (widziałam przedpremierowo ośmioodcinkową całość), bo na fali powyższego sceptycyzmu mogłabym ją pominąć.

Znieczulenie – o czym jest nowy serial Netfliksa

Tymczasem „Znieczulenie” w reżyserii Łukasza Ostalskiego, („Kiedy ślub?”), ze scenariuszem Dany Łukasińskiej („Infamia”), Bartosza Janiszewskiego („Breslau”), Marcina Ciastonia („Czarne stokrotki”) i Beaty Halastry („Szpital św. Anny”), zaczyna się jednym z najlepiej zrealizowanych odcinków pilotowych, jakie widziałam w polskich serialach. Wychodząc poza Polskę, mogę choćby przyznać, iż to otwarcie przypominało mi początki „Bodyguarda” Jeda Mercuria, taki było poziom i napięcia, i profesjonalizmu wykonania.

„Znieczulenie” (Fot. Netflix)

Główny bohater „Znieczulenia”, podziwiany neurochirurg Dawid Łazarz (Leszek Lichota, „Wataha”), po nieudanej operacji i śmierci młodego pacjenta, Mikołaja (Bartłomiej Deklewa, „Absolutni debiutanci”), nokautuje bezdusznego dyrektora kliniki (Zbigniew Suszyński, „Informacja zwrotna”), a potem ucieka przed odpowiedzialnością i poczuciem winy do daczy nad jeziorem. Tyle iż po drodze przejeżdża obok katastrofy kolejowej, a w efekcie bohaterskiej akcji ratunkowej trafia do suwalskiego szpitala, gdzie postanowi dłużej przeczekać warszawski skandal.

Ten pilot, a zwłaszcza katastrofa i akcja służb pokazane tak, iż wobec bliskiej podróży pociągiem robi się człowiekowi nieswojo, bardzo wysoko stawiają „Znieczuleniu” poprzeczkę. W tak dramatycznej scenerii serial świetnie wprowadza kolejne postaci, bez przegadania, ale tak, iż już coś nich wiemy. Mamy więc małżeństwo lekarzy, Wandę (Dorota Kolak, „Proud”) i Leszka (Krzysztof Stelmaszyk, „W głębi lasu”), a taka para osobom pamiętającym lata 90. może przywołać mgliste urocze wspomnienia „Radia Romans”. Mamy też Jagodę Wilk graną przez Aleksandrę Popławską („Szadź”) – tu z kolei duet z Lichotą ucieszy fanów „Watahy”, a relacja neurochirurga i psychiatrki, czyli przedstawicieli najwyraźniej zwalczających się specjalizacji, stanie się ważnym elementem serialu.

Znieczulenie – polski serial medyczny, światowa realizacja

Poznamy także parę jeżdżącą karetką: Adę (Masza Wągrocka, „Matki pingwinów’) i Zawiszę (Karol Biskup, „Zatoka szpiegów”), którzy będą stali murem za Dawidem, w którym z kolei potencjalnego mentora zobaczy Patrycja (Magdaleny Koleśnik, „Kruk”). W znaczącej scenie mignie nam już w tym 1. odcinku Oleg (Andrew Zhuravsky, „Dziewczyna i kosmonauta”), białoruski kardiochirurg, który w bardzo długim oczekiwaniu na państwowy egzamin może póki co najwyżej w polskim szpitalu sprzątać. Dowiemy się też, iż w domu na Łazarza czekają żona, Basia (Karolina Gruszka, „Breslau”), i synek, Franek (Filip Kowalewicz, „Smok Diplodok”), który bardzo chce być jak ojciec.

„Znieczulenie” (Fot. Netflix)

Oczywiście, już ten pilot sygnalizuje, iż pewne motywy skądinąd znamy. Oto medyczny geniusz łamiący zasady, a przeciwko niemu sformalizowany system i zazdrośni mniej zdolni koledzy, jak suwalski ordynator Kacper Grzelka (Mariusz Bonaszewski, „Krew z krwi”). A chociaż Dawid chce zapomnieć o Warszawie (co utrudniają mu pewne – czy potrzebne tu tak wprost? – wizje), Warszawa nie zapomni o nim, bo prokurator Kozieł (Marcin Czarnik, „Artyści”), obdarzony skrajną determinacją w ściganiu lekarzy, na etapie pilota jeszcze niewyjaśnioną w motywacjach, gwałtownie zacznie drążyć kwestię zwolnienia Łazarza z kliniki. Słowem, na pierwszy rzut oka sporo tu może „The Pitt”, ale i sporo „Dr. House’a”.

A jednak, zwłaszcza w pierwszej połowie sezonu, znajomość pewnych tropów zupełnie nie przeszkadza. Obawiałam się, iż po bardzo mocnym pilocie serial gwałtownie straci tempo. Weźmy choćby właśnie sukces „The Pitt”, zaczynającego się spokojnie, by prowadzić sezon w stronę nieuniknionej katastrofy, tej czy innej. Tymczasem tu zaczyna się katastrofą, zarówno w życiu Dawida, jak i bardziej wprost, na torach. Trudno, żeby to, co nastąpi potem, miało podobną siłę rażenia.

Znieczulenie to Leszek Lichota i wiele innych gwiazd

Jednak ku mojemu miłemu zaskoczeniu jeszcze przez kilka odcinków „Znieczulenia” nie zauważyłam, żeby poziom spadał. Obsada adekwatnie nie ma słabych punktów. Nowe medyczne przypadki – jak wypadek samochodowy czy wątek trochę w stylu „Zielonej granicy” – wciągają, niezależnie od tego, czy rozwiązują się w ciągu odcinka, czy też wracają co jakiś czas, jak sprawa Mateusza (Hugo Tarres, „Krucjata”), który jechał pechowym pociągiem. Łazarz zresztą nie tylko operuje, wyląduje również w przychodni, a choćby w karetce, więc, cóż, nie ma nudy. Na tym etapie dowiadywanie się nowych rzeczy o lekarzach i ich rodzinach dawkowane jest w sam raz, więc dostajemy bardzo dobrą mieszankę zawodowego i prywatnego, z przewagą zawodowego.

„Znieczulenie” (Fot. Netflix)

Później, przyznaję, mój entuzjazm odrobinę opadł. Mam wrażenie, iż od polowy to już trochę bardziej „typowy polski serial medyczny”, w którym twórcy chcieliby każdej postaci dopisać wątek prywatny, a i przypadki medyczne coraz częściej wiążą się z samymi lekarzami i ich bliskimi. I to nie są słabe wątki, bo na przykład ten dotyczący rodziny Jagody zaskoczył mnie finałem, a to, jak bardzo synek Dawida ma pod górkę w pozornie szczęśliwej, niewątpliwej dobrze sytuowanej rodzinie, z każdym odcinkiem działało mocniej. Jednak proporcje nieco za bardzo przesunęły się w stronę tego, co nie działa dobrze poza pracą, przez co cierpią wątki lekarskie zasługujące na więcej miejsca (choćby ten ze zdrowiem Leszka czy ambicjami Patrycji).

Znieczulenie – szpital ciekawszy od życia prywatnego

To, co związane z medycyną, dylematami lekarzy, poświęceniem i pychą, wypada lepiej niż to, co czysto prywatne, ale wątki pozaszpitalne same w sobie w większości okazują się co najmniej znośne – po prostu przy ośmiu odcinkach lepiej byłoby się bardziej skoncentrować na tym, co funkcjonuje najlepiej. o ile powstanie ciąg dalszy (co wymagałoby albo pewnych „odkręceń” fabularnych, albo przesunięcia uwagi na inne postaci), może się okazać, iż to, co widzieliśmy, to zaledwie początek poznawania ekipy suwalskiego szpitala. jeżeli jednak miałoby się skończyć na miniserialu, to szkoda paru wyborów, zmarnowanych szans – lepiej było w ogóle nie zaczynać wątków. Myślę jednak, iż ekipa „Znieczulenia” nastawia się na ciąg dalszy, wtedy niektóre decyzje o wprowadzeniu tylu postaci mogę nabrać sensu.

„Znieczulenie” (Fot. Netflix)

Nie do końca też wiem, jak ocenić wątek ścigania Dawida za błąd medyczny. Teoretycznie bowiem „Znieczulenie” doskonale rozumie, iż sprawa jest skomplikowana, dąży też dość skutecznie do jej mocnego zakończenia. Jednak napisana grubą kreską postać prokuratora oraz obosieczny fakt, iż Łazarza gra Lichota, który sprawia, iż każdą jego postać się jednak lubi, choćby zachowywała się koszmarnie, trochę utrudniają patrzenie na dwie strony medalu. Na dodatek część wygodnych zwrotów akcji trochę za bardzo wydaje się obliczona na to, żeby Łazarz zawodowo wypadł jak najlepiej.

Znieczulenie – czy warto oglądać nowy serial o lekarzach

Pomijając jednak drobne narzekania, głównie na „syndrom środka sezonu” czy na to, iż pożarem w finale naprawdę nie można się przejąć tak jak zderzeniem pociągów w pilocie – chociaż przecież przy pożarze znamy bohaterów – bo realizacyjnie to już nie ten rozmach, warto podkreślić, iż „Znieczulenie” to zdecydowanie jedna z najlepszych polskich produkcji tego roku, a medycznie serial, z jakim jeszcze się w Polsce nie spotkałam. Taki, którym można się spokojnie chwalić na tzw. Zachodzie. A przy tym ma swoisty polski koloryt, przejawiający się a to niedoinwestowaniem psychiatrii, a to rozmodlonym tłumem na miejscu katastrofy czy, w innym odcinku, pod salą operowanego biskupa.

„Znieczulenie” (Fot. Netflix)

„Znieczulenie” to też taki serial medyczny, który może uruchomić lęki. Owszem, pojawia się humor, zwłaszcza w ciętych uwagach Wandy czy Ewy (Joanna Gonschorek, „Pati”), ale wysoki poziom realizacji sprawia, iż wiele zagrożeń i późniejszych szpitalnych perypetii wypada bardzo realistycznie. I to raczej nie są lęki towarzyszące oglądaniu „Dr. House’a” („A jeżeli to jednak toczeń?!”), tylko bardziej prozaiczne. Mimo iż do pociągu wsiądę jutro z niepewną miną (zwłaszcza iż polski scenariusz serialowy życie tydzień temu spotęgowało w Hiszpanii), to chętnie zobaczyłabym więcej „Znieczulenia”. choćby jeżeli trochę chętniej takiego w stylu pierwszych odcinków.

Znieczulenie – serial dostępny na Netfliksie

Idź do oryginalnego materiału