Billie zachwycała głosem od samego początku kariery / Źródło: fot. First Avenue / wikimedia / https://creativecommons.org/licenses/by/2.0/deed.enBillie Eilish to bez wątpienia jedna z najbardziej interesujących mainstreamowych artystek młodego pokolenia. Nikogo nie zdziwiło, iż jej album „Hit Me Hard and Soft” bił rekordy popularności już w pierwszych dniach po premierze. Bilety na trasę koncertową zgodnie z oczekiwaniami wyprzedały się z prędkością światła. Rozgłos przyniósł również fakt, iż James Cameron zdecydował się wyreżyserować film koncertowy we współpracy z samą piosenkarką.
Film „Billie Eilish – Hit Me Hard and Soft: The Tour” to dość klasyczny w swojej konwencji gatunkowej film koncertowy. James Cameron w reżyserskim tandemie z samą artystką zabiera nas nie tylko na scenę pełną świateł stroboskopowych, płomieni i przeszywających spojrzeń piosenkarki. Pozwalają także zajrzeć za kulisy powstawania tak ambitnego projektu. Eilish przedstawiono jako niezwykle wrażliwą osobę, dla której zarówno najbliższa rodzina, jak i wszyscy fani stanowią nieodłączny element poruszającego koncertowego doświadczenia. W centrum opowieści znajduje się jednak to, co dla jej wielbicieli, a także i niej samej jest przecież w tym wszystkim najważniejsze – muzyka. Doskonały balans zachowany pomiędzy każdym z utworów na setliście pozwala na immersyjne doświadczenie emocjonalne. Funkcjonuje ono nie tylko na poziomie udziału w samym wydarzeniu muzycznym, ale i filmowym. Cameron dzięki obecności kilkunastu kamer ukrytych na scenie w trakcie występów tworzy koncertowe doświadczenie tak realne, iż transportuje fanów nie tylko na jedno z miejsc na arenie, ale wprost na scenę.
Immersyjna wartość filmu jest o tyle interesująca, iż wprost idealnie oddaje też relację, jaką Eilish tworzy ze swoimi fanami. Od samego początku jej kariery jednym ze znaków charakterystycznych artystki było jej oddanie publiczności. Podczas swoich pierwszych, kameralnych koncertów znała niektórych słuchaczy osobiście i z wdzięcznością odnosiła się do otrzymywanego od nich wsparcia. Kiedy jej muzyka stawała się coraz bardziej popularna, relacja artystki z publicznością z oczywistych powodów musiała zostać nieco ograniczona. Wdzięczność jednak pozostała niezmienna. Doskonale odzwierciedlają to interakcje między piosenkarką a jej wielbicielami, często pełne wzruszeń i szczerej ekscytacji z obu stron. Billie osiągnęła dość niezwykłą równowagę między wpuszczaniem fanów do swojego świata (choćby poprzez chaotycznie urocze posty na Instagramie) a konieczną do spokojnego funkcjonowania potrzebą prywatności. Film Camerona oddaje ten balans w sposób niemal boleśnie dosadny – z jednej strony zezwala widzowi na bezpośredni dostęp do zakulisowego świata trasy koncertowej, z drugiej nigdy jednak nie zostaje z artystką na tyle długo, byśmy odczuli, iż naprawdę ją znamy. To niezwykle interesujący wizualno-montażowy komentarz wobec silnych więzi czy relacji parasocjalnych wytwarzanych przez fanów piosenkarki.
Kwestia fanowska jest kluczowa przy rozpatrywaniu fenomenu Billie, także na gruncie filmowym. Cameron również jest tego świadomy. W swoim filmie wielokrotnie ukazuje rzesze wielbicieli na różnych etapach koncertowego szaleństwa. Pokazuje młodych ludzi śpiących w kolejce pod arenami oraz wyśpiewywujących z religijnym wręcz namaszczeniem każdy wers każdej piosenki. Jako jedna z osób, która miała okazję uczestniczyć w trasie, przyznaję, iż doświadczenie prawdziwego koncertu zostało w jego filmowej wersji oddane wprost idealnie. Emocjonalne zaangażowanie społeczności w dosłownie wszystkie utwory piosenkarki było podczas koncertów niesamowicie wyraźne. Każdy na widowni tak utożsamiał się z tekstami, iż czuć było, jakby śpiewał o sobie – swoich bólach, rozstaniach, ale i najlepszych momentach swojego życia. Wers „you made me hate this city” z „Happier Than Ever” wydawał się poruszać szczególnie mocno. Muzyka Billie jest naprawdę rewolucyjna w porównaniu z mainstreamową papką utworów, których spora część brzmi po prostu tak samo. Jej kompozycje mają w sobie wyraźny, wielokrotnie też dominujący pierwiastek autentyczności, która jest przecież jedną z głównych wartości w sztuce. Doświadczenie bycia fanem kogoś, kto tak silnie oddaje się temu, co robi, ale i z pełnym zaangażowaniem wspiera przy tym istotne cele społeczne, to aktualnie rzecz wyjątkowa. W tym kontekście religijne zaangażowanie publiczności nagle nie wydaje się już osobliwe.
Kwestia formalna, a raczej gatunkowa jest tu jednak sprawą, która budzi moje wątpliwości w największym stopniu. Film Camerona wydaje się korzystać z popularności popowych „concert movies”. Święciły one największy triumf przed trzema laty, kiedy to „Taylor Swift: The Eras Tour” podbijało wszystkie okoliczne multipleksy. Od tego czasu kinowe doświadczenia koncertów stały się już nie czymś zaskakującym i wyjątkowym, a ewidentnym sposobem na zarobienie dodatkowych pieniędzy. „Billie Eilish – Hit Me Hard and Soft: The Tour” może być właśnie jednym z takich przypadków, gdyż odznacza się pewną dozą schematyczności w narracji. Nie zmienia to jednak faktu, iż immersyjnie działa wręcz doskonale, dzięki czemu naprawdę wiele można mu wybaczyć. Trochę wierzę natomiast, iż w alternatywnej rzeczywistości film ten wyreżyserował Aidan Zamiri – genialny umysł stojący za wieloma teledyskami Billie i fantastycznym „The Moment” o Charli XCX. Eilish zasługuje na najlepszą możliwą filmową reprezentację, prawdziwy hołd dla jej rewolucyjnej autentyczności. Choć Cameronowi udało się ją ukazać po mistrzowsku, liczę, iż w przyszłości o artystce zrealizowany zostanie dokument z prawdziwym pazurem.
Maria PILARSKA













