Złe wieści o niezdarnym sąsiedzie: legendy o jego wybrykach

polregion.pl 9 godzin temu

Wszyscy sąsiedzi wiedzieli, iż Jan to bezręka, beznogi, pustogłowy bydlaczek. Raz baran, raz kozioł, raz pies. Przydomki wypływały wprost z winy Janka. Każda pomyłka miała własną skalę, więc gniew żony także miał różną siłę.

Dla męża, Halina była: Zajączkiem, Liską, Słoneczkiem i Jaskółką. Słysząc jej wyzwiska, ludzie dziwili się, kiedy wreszcie ten baran da porządnie w skórę Zajączkowi. ale przypomniawszy sobie, iż to zarazem bydlę bez rogów, konkludowali: nigdy. Jan potrafił udawać głuchoniemego, całkowicie ignorując krzyki i obelgi żony. Ta spokojna obojętność na jej szał była źródłem długich nerwowych ataków. Wykrzyczana Halinka wymykała się z domu. Gul uczucia dławił gardło. Twarz plamiła się czerwienią, ręce drżały, głos chrypiał. Pragnęła łez, ale oczy były suche. A Jan, ledwo dosłyszalnie, pytał za odchodzącą: „A dokąd to, Zajączku?”

Pierwsze lata małżeństwa płynęły zgodnie i cicho. Gdyby ktoś wówczas rzekł, iż spokój przerodzi się w kłótnie i awantury – Halina nie uwierzyłaby. Wyszła przecież za ukochanego, za tego, w kim dusza tonęła, nie za jakiegoś kozła. Jan spawaniem zarabiał. Nie pił, nie palił, spokój miał niedźwiedzia w legowisku. Życie mu się uśmiechało. Żony pijaków i cudzołożników stawiały go za wzór, więc Halinka była dumna. Dzieci odłożyli na później. Trzeba było wznieść warsztat, kupić samochód. Rolnicza Spółdzielnia dała im domek, a Halina zapragnęła urządzić go pięknie.

Jan był bardzo powolny, może leniwy. Robotę zawsze zostawiał na potem: „Kochanie, pracy nie braknie. Czasem warto zaczekać – może się sama rozwiąże? Po co się spieszyć? Bez ochoty brać się nie warto. To już nie praca, ale wyzysk samego siebie”. Przodowania w jakiejkolwiek robocie nie pragnął. Halina brała się do wszystkiego, wychodziło jej nie gorzej: kopanie grządek, malowanie domu, koszenie trawy, dla warsztatu rąbanie drew.

Szczęściem dom miał wodę i łazienkę, nie trzeba było już nosić wiadrami. Lepiej, szybciej było jej samej zabrać się do roboty, niż namawiać męża. Raz, w nocy, obudził ich łomot z kuchni. Okazało się, iż płytki, układane przez Janka, zsunęły się od góry do dołu. Halinka nazwała go beznadziejnym majstrem i nazajutrz sprowadziła fachowca.

Pewnego wieczoru wróciła z pracy i nie poznała swych rabat: wszystko podarli kopyta sąsiedzkiej krowy, kwiaty połamane, bo Jan nie zamknął furtki. Z każdym dniem Halinę wścieklała coraz bardziej męża powolność, lenistwo, obojętność.

Obok ich domu stał dom-sierota. Starzy dawno pomarli, a spadkobiercy najpierw kusili się na wyrywanie chwastów, potem porzucili sadybę. ale pewnego dnia podjechał pod niego błyszczący zachodni samochód. To wrócił z rodziną na stałe wnuk dziadka Władka, Stanisław.

Długo pracował w Gorzowie Wielkopolskim, tam się ożenił, a teraz wrócił do rodzinnych stron. Gorzów był dla zarobku, ale dla życia najlepsza była mała ojczyzna. Staś wziął się za przebudowę domu. I wtedy pokazał Halince, co znaczy nie puszczać pracy z rąk. Pokazał klasę w budowance, spawaniu i elektryce. I przy każdej robocie żony przy nim nie było. Zajmowała się tylko domem i dzieckiem.

Patrząc na sąsiada, Halinka coraz bardziej złościła się na męża. Zmęczyła się siłą, pragnęła wiotkości i czułości. Nieraz podpowiadała, kierowała męża na prace dla prawdziwych chłopów, ale Jan do przodowania się nie kwapił. W drugich rolach żyło mu się jak u Pana Boga za piecem. Zmęczona Halinka coraz częściej wściekała się, sypiąc obelgi. Ludzie poczuli ją za rozwydrzoną babę, jego zaś biednym biedakiem. Pojawiła się myśl o rozwodzie. Całego życia w zagrodzie sama nie udźwignie. Coraz częściej stawiała sąsiada za wzór, na co Jan uśmiechał się i odpowiadał: „U obcego barana rogi okazdalsze i wełna bujniejsza”.

Jan nie pojmował podsuwanych przez żonę myśli o rozstaniu. Inne baby męczyły się z pijakami, szkodnikami, a tu – nie zbita, nie zaniedbana, kochana, a rozwód? Przecież nigdy nie krzywdził. Co chciała, robiła; gdzie chciała, szła; o złotówkach wcale nie rozumował, gdzie je wydała. „No i co, iż powolny? Po co się spieszyć? Po co miotać się bez powodu? I po co miałbym żonie roz
Irena, patrząc, jak Jan próbuje bezskutecznie znaleźć poranny porządek wśród nieposkładanych na wczoraj narzędzi, pomyślała, iż choćby jego niezborność nabrała teraz uroku spokojnego świtu nad Wisłą, gdzie każde zamieszanie miało swój czas na rozwiązanie i gdzie ich zając zawsze znajdował drogę do swojej nory.

Idź do oryginalnego materiału