Złap mnie, jeżeli potrafisz

filmweb.pl 1 tydzień temu
Zdjęcie: plakat


Współczesna telewizja tęskni za “Columbo” – za opowieściami, które bezwstydnie wykładają kawę na ławę, skupiając się na samym procesie śledczym, a nie bezpośrednio na misternej zagadce. Dziś natomiast nowe pokolenie twórców wzięło sobie na ambit, by za wszelką cenę widzów zaskakiwać, szczególnie w kontekście kryminalnych zagadek. Atrakcyjne tempo nierzadko schodzi na drugi plan, a produkcja ma za zadanie obronić się fabularną woltą.

Tak, trochę nam się przejadł ten model rozrywki. Aktualnie czujemy przesyt takimi narracjami – tęskno nam za nieskomplikowaną i porywającą zarazem frajdą. Zdają sobie z tego sprawę twórcy “Obsesji”, najnowszego serialu od Hulu, luźno inspirowanego “Czarną wdową” z 1987 roku. Zamiast – bazując na scenariopisarskiej kalkulacji – zbyt często zaskakiwać, wolą trzymać widzów w pełnym zainteresowaniu. Obiecują tyle, na ile mogą sobie pozwolić. Niby mało odkrywczy zabieg, a jednak tak bardzo pożądany w ostatnich latach.

Po pobycie w szpitalu w wyniku obrażeń zadanych przez jej drugą połówkę (Jake Lacy), Alice (wielka Emmy Rossum) zamienia pracę policyjną na robotę za biurkiem w FBI. W tym samym czasie kalkulująca i rezolutna Catherine (wschodząca gwiazda Lola Petticrew) poluje na swoje kolejne ofiary. I nie zamierza się zatrzymywać. Kiedy Alice wpada na trop młodej seryjnej morderczyni, w pełni – niczym Catherine – zaczyna oddawać się sprawie. Obie “bohaterki” stoją po dwóch stronach barykady, ale łączy je determinacja. Tak jakby każda lgnęła do drugiej.

Formalnie przypomina to zabawę w kotka i myszkę w stylu Kingowskiej trylogii o “Panu Mercedesie”. Symultaniczna narracja pozwala nam na bieżąco śledzić poczynania zarówno łowcy, jak i uciekającej zwierzyny. Wiemy już, kto zabija (niczym w “Columbo”), ale nie mamy pojęcia, do czego ta seria morderstw zmierza – i to buduje pierwszorzędne napięcie. Losy Alice i Catherine splatają się ze sobą tak naprawdę w wyniku zbiegu okoliczności. Ale czy to na pewno przypadek? Czy może jednak coś znacznie więcej?

Kiedy jedna morduje, druga walczy o godność i lepsze jutro. Mało kto wierzy, iż Alice doświadczyła przemocy domowej ze strony swojego ex-partnera Marshalla. Wsparcie znajduje w do bólu irlandzkim detektywie Dannym (pełen uroku osobistego Scoot McNairy) – jej najlepszym przyjacielu, a może i kimś więcej. To facet zakładający maskę pełnego luzaka, wręcz wyrachowanego gościa, który tak naprawdę sam nie potrafi poukładać sobie życia prywatnego, czy też zmierzyć się z targającymi nim uczuciami.

Show kradnie również znana/nieznana Quincy Tyler Bernstine, charyzmatyczna aktorka o aksamitnym głosie wcielająca się w Norę, bardziej pyskatą niż niejeden komik agentkę. Każda scena z jej udziałem to show – zwykle nie możemy się doczekać, jakim punchem tym razem zaatakuje swoich przełożonych. Niby Bernstine wprowadza szczyptę humoru sytuacyjnego, ale za tą fasadą kryje się zagubiona dusza, która nie radzi sobie z wymagającą robotą. Do pracy przychodzi wiecznie wstawiona – cóż, inaczej podobno się nie da. Jak już dowiecie się, czym Nora na co dzień się zajmuje, to pewnie sami sięgnięcie po kieliszek wina. Albo kubek z gorącą melisą.

Serial w umiejętny sposób eksploatuje też znanego z “Biura” (oraz ostatnio z “To jej winy”) Lacy'ego – aktora o twarzy rezerwowego grajka z drugiej ligi – który w przekonujący sposób wciela się w przemocowego narcyza (wspomnianego Marshalla), co jakiś czas próbującego wybielić swoje niedawne czyny.

Cały ten panteon ludzkich – i wielowymiarowych – postaci staje się naszą strefą komfortu. Bo choćby jeżeli fabuła momentami aż za bardzo pędzi do przodu, a parę wątków z drugiej połowy serialu wymaga pewnego zawieszenia niewiary, to co tydzień będziemy wracać właśnie dla tej grupki niesubordynowanych śledczych, czy też sprowokowanej przez przeszłość Catherine. A ta – pomimo tego iż już w pierwszej scenie pastwi się nad swoją ofiarą – potrafi wzbudzić w nas pewien rodzaj współczucia. Nie kibicujemy jej działaniom, ale przy większych pokładach dobrej woli potrafimy ją niejako zrozumieć.

Takiego castingu potrzebują współczesne seriale: bazującego na tropach charakterologicznych, a nie na popularności obsady lub oczekiwaniach producentów. W “Obsesji” wszyscy mają swoje traumy, demony i defekty, z którymi nie potrafią sobie radzić. Jedni – by uciec gdzieś daleko hen od rzeczywistości – chleją. Drudzy poddają się przemocy, a trzeci poszukują wyzwolenia w seksie. Żadna z tych opcji nie przyniesie im ukojenia. Wręcz przeciwnie: jedynie pogłębi ich dotychczasowe lęki.

Twórcy w umiejętny sposób zestawiają wspomnianego kotka (Alice) i myszkę (Catherine) na zasadzie kontrastu, choć podobnego punktu wyjścia. Obie kobiety przeszły przez swoje własne piekło w młodości, tyle iż każda z nich obrała inną ścieżkę zawodową (jeżeli tak moglibyśmy nazwać wykonywane przez nie aktywności). Trudno też powiedzieć, czy w pewnym momencie Alice i Catherine nie zamienią się ze sobą rolami – tak naprawdę wszystko zależy od zaistniałych okoliczności.

To serial o tym, iż przeszłość prędzej czy później nas dogoni, a nierozwiązane sprawy wyjdą na powierzchnię. Showrunnerzy dwoją się i troją, by z jednej strony zaproponować nam prawdziwe kino śledcze z krwi i kości, a z drugiej porozmawiać o traumach, wykorzystaniu seksualnym, a także poruszyć temat porwań młodych kobiet w Stanach Zjednoczonych (to jeden z pierwszych seriali o tej tematyce w erze post-Epsteinowej). Nic nie będzie tutaj na wyrost – klocki gradualnie układają się same, a sam serial stosuje sporo czechowskich strzelb. Jakieś zachowanie lub detale, które występują w pierwszych epizodach, po czasie stają się o wiele bardziej logiczne. Można więc założyć, iż “Obsesja” świadomie poleca się do jak najszybszego zrewatchowania.

Martwi będą w limbo, dopóki prawda nie wyjdzie na jaw. Ofiary sprzed lat “zawsze pozostają głośno – hałasują niczym piórka”, mówi w pewnym momencie Nora. Niby trudno je usłyszeć, ale jest to wykonalne, jeżeli będziemy wystarczająco czujni. Oraz żądni sprawiedliwości – tak jak postacie z “Obsesji”. Pozostaje jedynie pytanie, w jaki sposób prawo zemsty zostanie egzekwowane. Czy Alice wkroczy na ścieżkę tajemniczej zabójczyni, by dopiąć swego? A może nie oprze się drodze na skróty i pozostanie wierna ideałom wyznawanym przez jej przyjaciela Danny'ego? Granica między bohaterem a złoczyńcą zdaje się w “Obsesji” nadzwyczaj cienka.

Wulkan pochowanych niegdyś frustracji kiedyś wybuchnie, a wraz z nim wyłoni się tytułowa furia, głęboko skrywana w każdej serialowej postaci. Czekamy na eksplozję, suspens trzyma nas w niepewności – w teorii mamy wszystkie informacje na tacy, ale czujemy, iż coś nas umyka. Tak jakby twórcy nie chcieli nam podrzucić wszystkiego przed finałowym odcinkiem. Bo przecież musi być powód, dla którego Alice w tak intensywny sposób angażuje się w śledztwo; bo musi istnieć wytłumaczenie, dla którego tak zdolna detektyw zaczyna coraz częściej naginać zasady. Coś tu nie gra – nie może być za łatwo.

Taka zabawa również i w nas wzbudza frustrację – niby odpowiedź na niektóre pytania jest w zasięgu ręki, ale kluczymy jak dzieci we mgle. Zatem kto tu jest kotkiem i myszką? Alice i Catherine, a może widz oraz twórcy? Pozostaje przekonać się na własnej skórze.
Idź do oryginalnego materiału