Takie i wiele innych pytań pojawia nam się w głowie w trakcie spektaklu „Żar” w Teatrze Polonia. Oto dwóch dawnych przyjaciół, którzy znali się od dziecka, spotyka się po czterech dekadach. Pewnego dnia jeden z nich, utalentowany pianista Konrad, uciekł bez słowa pożegnania i to on wraca teraz, by pożegnać się z Henrikiem.
Od początku spektaklu czujemy, iż dawno temu coś złego się wydarzyło. Teraz obaj, dobiegając do życiowej mety, chcieliby zobaczyć się po raz ostatni. Henrik potrzebuje wyjaśnić kilka spraw. Przede wszystkim motyw nagłej ucieczki Konrada.
Okazuje się, iż choć dawni koledzy przez lata dzielili wspólne euforii i troski, nie była to przyjaźń na równych prawach. Henrik pochodził z bogatego domu, a Konrad, zdolny pianista, zawsze był biedny. Tajemnica wydarzeń sprzed lat ciąży bohaterom okrutnie i mimo iż podczas spektaklu powoli spadają zasłony i poznajemy więcej szczegółów, nie zostaje do końca rozwiązana.
Konrad unika odpowiedzi na wiele pytań Henrika, który chce poznać prawdę albo choć upewnić się w swoich przekonaniach, które trawią go jak choroba od lat. W tle jest domniemana zdrada kobiety, którą się strasznie kochało, próba morderstwa (a może jednak nie morderstwa) na polowaniu, a w finale ucieczka bez słowa i wreszcie powrót po czterdziestu latach. Atutem spektaklu jest wielka literatura Sándora Máraiego podawana nam bez krzyków i wrzasków przez gwiazdorski duet Jan Englert i Daniel Olbrychski.
Ukłony należą się obu panom, ale „Żar” w Polonii to przede wszystkim popisowa rola Jana Englerta w roli Henrika, grającego poturbowanego przez dawną historię człowieka, który liczył, iż prawda ujrzy światło dzienne. Ale życie nie jest tak proste jak w tandetnych hollywoodzkich filmach, gdy tajemnica zostaje wyjaśniona, a widz już na początku filmu wie i bez trudu wyrabia sobie pogląd, który z bohaterów jest tym „dobrym”, a który zwyczajnie „złym” i należą mu się gwizdy i baty od tego „dobrego”.
Tu nie jest tak łatwo i nie będzie szczęśliwego zakończenia. Być może Konrad unika odpowiedzi na pytania przyjaciela, bo nie chce go skrzywdzić? Ten kameralny psychologiczny dramat to także spektakl o męskiej przyjaźni, ale bez podtekstów erotycznych, i o tragedii sytuacji, w której dwóch przyjaciół kocha tę samą kobietę. Miłość bywa destrukcyjna. Kto jej nie przeżył, ten spacerował tylko po powierzchni życia, a nie żył całym swym jestestwem.
Wielki teatr w kameralnym wydaniu. Każde słowo padające ze sceny, choćby podane szeptem, dźwięczy w głowie niczym głos dzwonu. Wydawałoby się, iż taki teatr, w dobie mizdrzenia się do widza, krzyków i piór w tyłku, nie ma szansy, a tymczasem widownia słucha zauroczona i skupiona. Takie cuda udają się tylko prawdziwym mistrzom.
Ocena: Wysoka fala










