Zapętlona. Recenzja Skiby

angora24.pl 3 godzin temu

Była tu i Danutą Wałęsową, i Marią Callas, była sobą w urodzinowym stand-upie pt. „May Way” i najgorszą śpiewaczką świata w spektaklu „Boska” o Florence Foster Jenkins. W najnowszym przedstawieniu – „Zapętlona” Matthew Lombardo – wciela się w rewolwerowym stylu w biseksualną skandalistkę, irytującą gwiazdę Hollywood Tallulah Bankhead.

Tallulah słynęła z talentu, niewyparzonego języka, nadużywania seksu, kokainy i alkoholu. Nigdy nie szczędziła szczerości swym widzom. W wywiadach otwarcie mówiła o swej niechęci do Fabryki Snów, a także o swych romansach, co w latach 40. czy 50. musiało szokować. W sztuce Lombardo (tłumaczenie na polski Andrzej Kłosiński) obserwujemy epizod z końca jej kariery.

Cała akcja opiera się na jej wizycie w studiu nagraniowym, w którym ma nakręcić brakujące zdanie do sceny z filmu. Podczas zdjęć źle zarejestrowano jej kwestię i teraz, w warunkach studyjnych, trzeba to nagrać ponownie. Tallulah pojawia się mocno spóźniona, obrażona na upały w Los Angeles i pijana. Jej nerwowe starcie z montażystą (w tej roli Paweł Ciołkosz) to nie tylko drobna awantura na planie, w stylu kapryśna gwiazda kontra pracownicy studia – to prawdziwa wiwisekcja tego, czym jest życie, kariera, szczęście, śmierć i przemijanie.

Krystyna Janda, w peruce i futrze, rzuca urocze bluzgi i przeklina gęściej i soczyściej niż podwórkowi raperzy. Nie ma litości ani dla reżyserów, ani dla producentów, ani dla poznanych gwiazd, którym nie szczędzi przykrych słów. Najbardziej chyba dostaje się Gary’emu Cooperowi, którego złośliwie obwinia o wstydliwą pamiątkę.

Prawdziwa Tallulah miała chrypkę i w charakterystyczny sposób wymawiała czułe słówko „darling”, Janda zamienia je na swojsko brzmiącego „kota” i tak zwraca się do montażysty, którym poniewiera jak szmacianą lalką. To nie jest satyra na zadufane w sobie gwiazdy Hollywood. Spektakl Jandy to rodzaj rachunku sumienia, bez żałowania za grzechy, bez płaczliwych wspominek i użalania się nad sobą. Warto przemyśleć niektóre słowa amerykańskiej skandalistki, bo chowa się w nich, pod pozorem pijanego wrzasku, kilka smutnych prawd o sensie człowieczego istnienia.

Ta rola pozwala Jandzie nie tylko jechać autostradą na piątym biegu, ale także pokazać całą paletę aktorskich tonów i półcieni. Od wesołej i wkurzonej po smutną i refleksyjną. Spektakl jest gwiazdorskim popisem pani Krystyny, która sama ma trochę takiego uroku skandalistki, jak grana przez nią postać.

Bo jak tu jej nie kochać, gdy w wywiadzie, zapytana o rezydenta Belwederu Karola Nawrockiego, rezolutnie odpowiada: „Po prostu udaję, iż go nie ma”. Na to dziś trzeba mieć klasę, dowcip i odwagę.

Ocena: Sztorm

Idź do oryginalnego materiału