Zamek do biura przy ulicy Kruczej

polregion.pl 4 godzin temu

Marta odstawiła kubek z rumiankiem na blat kuchenny i sięgnęła po telefon, żeby zadzwonić do teściowej. Rozmowy z Krystyną Nowicką zawsze zostawiały w niej to samo dziwne ukłucie w żołądku, mimo iż teściowa nigdy nie podnosiła głosu, nigdy nie była nachalna — wręcz przeciwnie, przepraszała niemal po każdym zdaniu.

— Martusiu, wybacz staruszce — mówiła Krystyna łamiącym się głosem. — Wiem, iż znowu proszę, ale lekarz mówił, iż terapii przerywać nie można. A emerytura, sama wiesz jaka…

Marta pokiwała głową, choć teściowa przecież tego nie widziała. Trzy miesiące temu Krystyna ze łzami w oczach opowiadała o diagnozie: początki zwyrodnienia stawu biodrowego, drogie zabiegi rehabilitacyjne, bez których grozi jej wózek inwalidzki. Marta nie potrafiła odmówić. Dwa tysiące pięćset złotych miesięcznie nie było dla jej firmy kwotą, która robiła różnicę, a zdrowie starszej osoby było ważniejsze niż jakiekolwiek pieniądze.

— Krystyno, niech się pani nie martwi — odpowiedziała ciepło. — Jutro przeleję. I proszę przestać przepraszać, jesteśmy przecież rodziną.

— Ach, Martusiu, złota jesteś dziewczyna! Mój Kuba takie szczęście miał, iż cię spotkał…

Po kolejnej fali podziękowań Marta w końcu się pożegnała i nacisnęła czerwoną słuchawkę — a przynajmniej tak jej się wydawało. Nie miała czasu w dłuższe pogawędki. Jej pracownia projektowa „Wełna i Nić" — mała, ale coraz bardziej rozpoznawalna marka odzieżowa, którą prowadziła od pięciu lat, odkąd przejęła ją po matce — czekała z jutrzejszym pokazem nowej kolekcji jesiennej. Za dwa dni miała spotkanie z inwestorem z Poznania.

Sięgnęła po tablet, żeby jeszcze raz przejrzeć szkice, kiedy usłyszała znajome głosy dobiegające z telefonu leżącego obok filiżanki. Pomyślała najpierw, iż to telewizor — sąsiad zza ściany uwielbiał oglądać wieczorne talk-show na cały regulator. Ale głos brzmiał zbyt znajomo.

— Kubuś, znowu się udało! Jutro synowa znowu mi zapłaci za terapię! — zaśmiała się Krystyna.

Marta znieruchomiała z filiżanką w połowie drogi do ust. To był głos teściowej. Ale skąd? Spojrzała na ekran — połączenie wciąż było aktywne. Widocznie przycisk rozłączenia nie zadziałał do końca, telefon leżał w kieszeni płaszcza Krystyny albo na stole, a mikrofon dalej łapał dźwięk.

— Ile tym razem? — to był głos jej męża, Jakuba.

Serce Marty zabiło szybciej. Jakub miał być w agencji reklamowej przy Puławskiej, pracował nad kampanią dla dużego klienta. Co robił u matki w środku dnia roboczego?

— Dwa i pół tysiąca, jak zawsze. Aż wzruszające, jak ona się o moje zdrowie troszczy!

Śmiech. Jakub się śmiał.

— Mamo, jesteś genialna. A ten pomysł ze stawem biodrowym to majstersztyk!

Marta powoli podniosła telefon do ucha. Ręce jej się trzęsły. Jaki pomysł? Ona widziała zaświadczenia lekarskie, Krystyna pokazywała jej skierowania na rehabilitację…

— E tam, genialna! — prychnęła teściowa. — Twoja żona to po prostu naiwna gąska. Ale hojna gąska, co bardzo ważne. Korzystaj z okazji, synku, dopóki możesz!

— Skorzystam! Chcę samochodu. Nowego, z salonu. I nie jakiegoś chińczyka, tylko porządną niemiecką markę. BMW na przykład. I żeby nie mniej niż dwieście pięćdziesiąt tysięcy.

— O rety, apetyty masz!

— A co, mam całe życie jeździć starą Octavią? Nie na darmo żeniłem się z bogatą panną. Trzeba korzystać z okazji.

Marta wciągnęła powietrze nosem, powoli, próbując uspokoić drżenie w klatce piersiowej. Nie mogła uwierzyć w to, co słyszy. To mówił Jakub — jej Jakub, z tym swoim lekkim, żartobliwym usposobieniem, który podbił ją w kilka tygodni, gdy poznali się na targach mody w Łodzi. Jakub, który pół roku temu, klęcząc na tarasie ich mieszkania na Mokotowie, ze łzami w oczach prosił ją o rękę i mówił o wspólnej przyszłości.

— Ale uważaj, żeby się niczego nie domyśliła — powiedziała Krystyna ciszej. — Synowa naiwna, ale nie głupia, skoro firmę prowadzi.

— Daj spokój, mamo. Nie gadaj głupot. Marta jest tak zakochana, iż gwiazdkę z nieba by mi zdjęła, gdybym poprosił. Najważniejsze — dobrać adekwatne słowa. Powiem, iż samochód potrzebny do pracy, wizerunek, takie tam.

— Mądry chłopak jesteś. Tak się bałam, iż wybierzesz sobie jakąś fiokę bez grosza. A ty… choćby zakochać się umiałeś w odpowiedniej osobie.

— Zakochać? — zaśmiał się szyderczo Jakub. — Mamo, ty to masz wyobraźnię. Wyglądam ci na romantyka? Po prostu dobrze się urządziłem. I w życiu, i w robocie.

Dobrze się urządziłem.

Marta odłożyła telefon na blat, delikatnie, jakby się bała, iż zbyt gwałtowny ruch coś w niej rozbije. Za oknem przejechał tramwaj numer siedemnaście, zgrzytając na zakręcie w stronę placu Narutowicza — dźwięk, który słyszała codziennie i nigdy wcześniej nie zwracała na niego uwagi. Teraz zapamiętała go, bo w tamtej chwili wszystko dookoła nagle zaczęło mieć znaczenie: plama po kawie na obrusie, pies sąsiadów szczekający na klatce, zegar w kuchni pokazujący siedemnaście dwadzieścia.

Nie odłożyła słuchawki od razu. Słuchała jeszcze przez dobre pięć minut — jak Jakub opowiadał matce o planach na kolejne „projekty", jak wspominali wspólnie wycieczkę na Majorkę, którą sfinansowała Marta, nie wiedząc, iż pieniądze, które wcześniej „pożyczyła" teściowej na leczenie, wróciły do niej okrężną drogą jako prezent od syna. Nagrała rozmowę na dyktafon w telefonie — zwyczajny odruch, ale to on później okazał się kluczowy.

Następnego dnia nie robiła scen. Nie krzyczała, nie płakała przy śniadaniu, kiedy Jakub żartował z nią jak zwykle nad kawą. Zamiast tego pojechała do swojego prawnika, pana Zdzisława Bartkowiaka, z którym współpracowała od lat przy umowach z dostawcami tkanin. Przyniosła nagranie, wyciągi z konta pokazujące każdy przelew — łącznie dwadzieścia osiem tysięcy złotych przez jedenaście miesięcy — i poprosiła o dwie rzeczy: rozdzielność majątkową, choć byli małżeństwem dopiero pół roku i formalnie kilka majątku wspólnego zdążyli nazbierać, oraz przygotowanie pozwu rozwodowego.

Ale było jeszcze coś ważniejszego. Firma „Wełna i Nić" miała siedzibę w wynajętym lokalu przy ulicy Kruczej, a Jakub od trzech miesięcy pracował tam jako dyrektor marketingu — stanowisko, które Marta stworzyła specjalnie dla niego, bo wierzyła, iż wspólna praca zbliży ich jeszcze bardziej. Miał dostęp do biura, do kont firmowych w ograniczonym zakresie, do kluczy.

W piątek, kiedy Jakub pojechał do matki po kolejną „ratę", Marta wezwała ślusarza. Nowy zamek, elektroniczny, z kodem znanym tylko jej i dwóm zaufanym pracownikom. Zabrała z jego biurka teczkę z dokumentami dotyczącymi jego stanowiska, wylogowała go ze wszystkich systemów firmowych i przygotowała wypowiedzenie umowy o pracę — miał podpisaną umowę na czas określony, więc formalności zajęły jedno popołudnie.

Wieczorem zadzwonił, zdziwiony, iż kod od drzwi biura nie działa.

— Marta, co jest? Kod nie przechodzi.

— Bo już nie pracujesz w „Wełna i Nić", Kubuś — odpowiedziała spokojnie, używając zdrobnienia, którym nazywała go tylko jego matka. — I nie jesteś już moim mężem od dzisiejszego wieczoru — dodała, choć rozwód formalnie miał potrwać jeszcze kilka miesięcy. — Papiery już u pana Bartkowiaka. Nagranie waszej rozmowy z mamą też u niego, na wszelki wypadek — gdybyś chciał się kłócić o alimenty czy podział majątku.

Cisza w słuchawce trwała tak długo, iż Marta zdążyła zaparzyć sobie drugą filiżankę rumianku.

— Jaka rozmowa? — głos Jakuba już nie był lekki.

— Ta, w której mama nazwała mnie naiwną gąską. I ta, w której mówiłeś o Mercedesie. Przepraszam, o BMW.

Usłyszała, jak coś upadło po drugiej stronie — może telefon, może krzesło. A potem, w tle, głos Krystyny: „Kubuś, co się stało?" — i to był ostatni raz, kiedy Marta w ogóle zawracała sobie tym głowę.

Dwadzieścia osiem tysięcy złotych nigdy nie wróciło — Marta nie ścigała się o nie, uznała, iż cena za prawdę o człowieku, z którym miała spędzić życie, warta była tej sumy, zapłaconej wcześniej niż mogła sobie wyobrazić. Rozwód przeszedł bez podziału majątku, bo rozdzielność zdążyła wejść w życie. Jakub przez kolejny miesiąc dzwonił jeszcze kilka razy — raz z żalem, raz z pretensjami o „zniszczoną karierę" — ale numer, który wykręcał, po pewnym czasie przestał w ogóle istnieć w jej kontaktach.

W poniedziałek Marta stała w pustym biurze przy Kruczej, patrząc na nowy zamek błyszczący w porannym słońcu, i wpisywała w telefonie ogłoszenie o naborze na stanowisko dyrektora marketingu.

Idź do oryginalnego materiału