Zakochałem się w żonie mojego przyjaciela – Maria specjalnie przedłużała pracę, by spędzać ze mną wi…

twojacena.pl 10 godzin temu

Z Malwiną pracowałem w tej samej firmie, ale nasze biura były jakby w innych wymiarach odległe, ale czasem zbieżne. Zdarzało się, iż oboje zostawaliśmy do późna, a jej mąż mój najbliższy przyjaciel, niczym wyciągnięcie ze starej bajki dzwonił do mnie przez szeleszczące linie telefoniczne, prosząc, żebym odprowadził Malwinę na przystanek, bo noc w Warszawie potrafiła być dziwna i niespokojna. I tak czasem spotykaliśmy się w opuszczonym holu lobby, gdzie echo rozmów odbijało się od marmurowych posadzek, idąc potem na przystanek tramwajowy pod rozświetlonymi lampami.
Rozmawialiśmy o sprawach daleko wykraczających poza codzienność o grach słownych i o tym, jak jej mąż nie pojmuje najprostszych żartów, nie dzieli z Malwiną miłości do pierogów z kapustą czy melancholii polskiego popołudnia. Ja czułem się jakbym płynął przez te spotkania lekkim łodzią, która nie miała steru, stopniowo sprawiając, iż Malwina żegnała mnie uściskiem, potem krótkim pocałunkiem w policzek, a raz kiedy tramwaj odjeżdżał pocałowała mnie naprawdę.
Wiedziałem, iż to krzywdzi mojego przyjaciela, jego rodzinę ale zakochałem się w Malwinie, tak jak zakochuje się człowiek podczas snu, nie mogąc się obudzić.
Malwina zaczęła snuć opowieści, iż musi zostać dłużej w biurze, choć już dawno nikt nie pracuje na Tamka. Wymyślała historie o delegacji do Krakowa albo o wyjazdach do matki na Mazury, gdzie jeziora śnią o wielkich rybach a tak naprawdę, spędzaliśmy wspólne godziny, chodząc na randki nad Wisłą, gdy mój przyjaciel kręcił się po swoim biurze, nie będąc w stanie nas odnaleźć.
Kochałem Malwinę szczerze, i chociaż nigdy nie rozmawialiśmy o jej odejściu od męża, czułem dziwną pewność, iż gdybym poprosił, rzuciłaby wszystko dom, imię, obrączkę i wybrała mnie. Żyłem jak w snach kradłem cudze szczęście, nie osobie obcej, ale mojemu najlepszemu przyjacielowi. Piliśmy razem piwo w barze pod Syrenką i słuchałem, jak narzeka na żonę iż Malwina coraz częściej maluje usta, iż zawsze ubiera się najpiękniej, iż pewnie ma kochanka. Udawałem, iż pocieszam, a potem pędziłem na spotkanie z Malwiną, wpatrzony w neonowe światła.
Nie rozumiałem, dlaczego i po co burzę świat cudzy, aż pewnego wieczoru Malwina przyszła do mnie jakby na grzbiecie niespokojnego wiatru warszawskiego, zagniewana. Pokłóciła się z mężem postanowiła wyładować to na mnie.
Zawsze tu brudno! Nie masz rąk, żeby sięgnąć po ścierkę i zmyć podłogę? Lodówka wiecznie pusta! Myślisz, iż będę sprzątać i gotować w dwóch domach? Jesteś moim kochankiem, nie dzieckiem z adopcji, naucz się radzić sobie!
Te słowa otworzyły mi oczy, tak jak nagły błysk flesza na ciemnej ulicy. Malwina nie kochała mnie; byłem dla niej ucieczką, przystankiem, skrawkiem snu. Nasze romantyczne wieczory zmieniły się w monotonię, szarą jak grudniowe niebo nad Warszawą. Byłem dla niej nudny.
Wciąż żałuję, iż to ja pierwszy poprosiłem o zerwanie. Tego wieczoru Malwina napisała mi sms-a, iż wyjeżdża na Mazury i żebym choćby nie próbował mówić jej mężowi. Nie zamierzałem czułem wstyd, jakby ktoś wylał na mnie kubeł zimnej wody. Powiedziałem tylko przyjacielowi, iż nie mogę już odprowadzać Malwiny na przystanek, bo kończę wcześniej.
Mówią, iż na cudzym nieszczęściu nie zbudujesz szczęścia. Teraz żyję z nerwowym kluczem w dłoni, boję się, iż moja nowa dziewczyna znów w polskim imieniu, może być podobna do Malwiny… I tak krążę w tym śnie, nie wiedząc, czy wyjdę z niego kiedykolwiek.

Idź do oryginalnego materiału