"Sam nie do końca wiem, jak to się stało, iż rozwodzę się ze swoją żoną" – mówi ze sceny Alex Novak (Will Arnett), główny bohater filmu "Czy mnie słychać?" Bradleya Coopera. Gdyby go zapytać, pewnie nie będzie też wiedział, jak znalazł się na scenie: dlaczego oślepia go promień reflektora, a nieregularny śmiech zgromadzonych co jakiś czas dodaje mu otuchy. Dlaczego uwaga wszystkich po raz pierwszy skupiona jest w końcu na nim, a także dlaczego, wbrew intuicji, mu się to podoba.
Alex Novak nie jest typem gawędziarza. Nawet, jeżeli kiedyś było inaczej, dziś częściej zastyga w formie zdystansowanej, nieobecnej figury. W trakcie spotkań ze znajomymi rzadziej mówi niż słucha, rzadziej też słucha niż nie słucha. "Mówisz o mnie?" – wyrywa mu się, gdy po bujaniu w obłokach wraca na moment na ziemię. "Nie, mówię o kimś żywym!" – odpowiada mu ciągle-jeszcze-żona Tess (Laura Dern). Kilka dni wcześniej decyzję o rozstaniu podjęli tak, jak tę o serialu na wieczór czy lampie do salonu – między wspólnym myciem zębów, a ucałowaniem dzieci do snu. – "Chyba czas to zakończyć, prawda?" – "Tak, masz rację". Tyle.
Choć oboje oglądali pewnie "Historię małżeńską" Noaha Baumbacha i na swoje sposoby mogą się z nią utożsamić, po 26 latach związku nie mają siły na krzyki, szarpanie i batalie sądowe. Mówiąc szczerze, wydają się nie mieć siły już na nic. Ona, po zakończeniu olimpijskiej kariery siatkarki, nie potrafi wymyślić swojego życia na nowo. On, kiedyś z konieczności dopasowany do rytmu zawodów i wyjazdów żony, teraz nie ma pomysłu, jak wybić się na podmiotowość. Mimo to wypracowana rutyna zdawała się tak długo działać. Wspólnie dorobili się sporego domu w Nowym Jorku, dwójki kochanych, ciekawskich synów, dużych biszkoptowych psów dopełniających obrazek spełnionej rodziny. "Czy mnie słychać?" zaczyna się już po tym spełnieniu, rozumiejąc kryzys małżeński jako stan, w którym wszystko, co kiedyś tak jaskrawo cieszyło, zaczyna wytracać swoje radosne barwy.
Choć scenariusz Coopera i Arnetta oparty jest na niezwykłej historii Johna Bishopa – człowieka, który pewnego dnia przypadkiem wszedł na scenę klubu stand-upowego, by nieświadomie uratować swoją relację, rodzinę i siebie samego – duet opowiada ją najzwyklej, jak to tylko możliwe. Komediowa sprawczość protagonisty staje się tu wynikiem męskiej nie-sprawczości; krzykiem o pomoc, który równie dobrze mógłby przybrać formę rozpędzonego motocykla, talii kart w kasynie czy młodszej o połowę dziewczyny u boku. Fakt, iż tak się nie stało, jest dziełem chichotu losu, który podczas powrotu Alexa do domu ze wszystkich barów popchnął go akurat do takiego, w którym za darmo można pogadać do mikrofonu i zebrać za to oklaski. Novak swój pierwszy "komediowy numer" wydusił, by nie płacić za wejście do lokalu. Ujarany zjedzonym chwilę wcześniej ciastkiem z wkładem, długo nie wiedział, co powiedzieć, aż z nerwów zaczął gadać o tym, co go trapi: nadchodzącym rozwodzie, dzieciach, ukłuciu tęsknoty i zagubieniu w nowej sytuacji. Parafrazując słynnego mema: facet zostanie choćby stand-uperem, byle tylko nie iść na terapię.
Chichot losu zamienił się jednak w życzliwy uśmiech. W odróżnieniu od motocykla, kasyna czy przypadkowego romansu, komedia faktycznie może stać się terapią – zaświadczały o tym zarówno życiorysy największych amerykańskich dowcipnisiów, jak i filmowa "Puenta" Seltzera oraz "Funny People" Apatowa. Spojrzenie widowni daje Alexowi coś nowego, czegoś od niego oczekuje. Na scenie nie ma się za kim i za czym schować, nie można też być nieobecnym. Ucho tłumu – jego uwaga i gotowość do słuchania – z początku peszy mężczyznę, ale prędko buduje bezpieczną, empatyczną przestrzeń spowiedzi. choćby jeżeli jego żarty i występy są w najlepszym wypadku przykładem warsztatowej amatorszczyzny, noszą w sobie prawdę, która realnie oddziałuje na ludzi. Może nie na tyle, żeby na stałe rzucić dotychczasową robotę i rozpocząć międzynarodową karierę, ale wystarczająco, by raz w tygodniu przez kilka minut móc bez żenady wygadać się ze swoich problemów.
Stand-up staje się najważniejszy dla Alexa chyba przez swoją sprzeczność. Z jednej strony jest pierwszym wydarzeniem w jego dojrzałym życiu, które podważa granice starej rzeczywistości, naznaczonej obowiązkami ojca, męża i pracownika. Pozwala odkryć w sobie coś nowego, spojrzeć na samego siebie z nieznanej wcześniej perspektywy. Z drugiej – w nowych okolicznościach, jakie kreuje rozstanie, komedia jest jedną z kilku niezmiennych aktywności: regularną, odbywaną w tym samym miejscu, z tymi samymi ludźmi, których gwałtownie zacznie nazywać znajomymi. Te dwa elementy przekładają się na zmianę nastawienia, rozpoczynającą proces odzyskiwania własnego życia. By go domknąć, Alex musi zrezygnować z dawnych automatyzmów i na nowo docenić rzeczy niegdyś oczywiste: wykazywać nieustanną ciekawość codziennością synów, zdobyć się na szczere rozmowy, być obecnym. Niespodziewane piękno filmu Coopera wynika z przekonania, iż taka zmiana ostatecznie pozostaje… decyzją. Niczym więcej ponad świadomy wybór, by chwycić za lejce, zamiast biernie dać pokiereszować się szarej monotonii.
Mówię "niespodziewane", bo poprzednie filmy reżysera nie przyzwyczaiły nas do tak aktywnych męskich sylwetek na pierwszym planie. W "Narodzinach gwiazdy" i "Maestrze" twórca konsekwentnie konstruował raczej rozchwianych, autodestrukcyjnych bohaterów, zbyt przytłoczonych ciężarem świata, by w ogóle móc zdecydować się na jakiś ruch. Gwiazdora country Jacka i dyrygenta Leonarda Bernsteina łączyły muzyczny talent i facjata Bradleya Coopera (choć w przypadku tego drugiego – jakoś nie za bardzo podobna). Obaj też mieli słabość do anielskich kobiet, których wielka, bezinteresowna miłość potrafiła przez jakiś czas utrzymać ich życia w ryzach. Być może zabierając mu ją we właściwym momencie, reżyser uratował Alexa Novaka od tragicznych losów swoich poprzedników. W konsekwencji – pierwszy raz w swojej karierze – pozwolił mu też dojrzeć w kobiecie prawdziwą partnerkę, a nie egzystencjalną podpórkę, wybawiającą go przed bolesnym upadkiem.
Tym ciekawiej więc, iż najlepsza z dotychczasowych reżyserskich prób Coopera to właśnie ta najmniej spektakularna. "Czy mnie słychać?" nie popisuje się warsztatem, nie szpanuje czarno-białą taśmą, nie musi wchodzić w polemikę z historią kina. Pozostaje nie mniej osobisty niż jego dwa poprzednie projekty, a jednak potrafi zepchnąć ego twórcy na dalszy plan. Dowód tego zawiera się choćby w geście Coopera, by oddać mikrofon Arnettowi i zamiast cierpiącego frontmana zagrać jego przyjaciela Ballsa, schowanego w epizodzie śmieszka uzależnionego od marihuany. Inny kryje się w wytycznych dla operatora Matthew Libatique’a, by w miejsce pozerskich piruetów kamery z "Maestra" postawić na bliską, drżącą reżyserię obrazu – wydobywającą trudną emocję z twarzy i celebrującą niestabilność, ruch oraz ekscytującą motywację do zmiany.
"Ludzie się zmieniają, ale miłość pozostaje taka sama" – jedna z najbłyskotliwszych linijek w filmie akcentuje stałość uczucia, dla którego rozwój jednostek, choćby w różnych kierunkach, nie musi zagrażać fundamentom związku. jeżeli "Czy mnie słychać?" próbuje czegoś nauczyć, to chyba właśnie uważności na ten indywidualny rozwój i przemianę, która często odbywa się niepostrzeżenie, w cieniu dawnych nawyków i ról. Świetnie, iż obserwacja własnej metamorfozy może z czasem wyjść poza Alexa; nie tylko pozwolić mu zauważyć, iż nie musi tkwić w próżni ciągłych powtórzeń, ale też, iż ludzie wokół niego również poruszają się w przeróżnych kierunkach. Od tej obserwacji właśnie zaczyna się ciekawość – pierwszy stopień do piekła albo jedyny sposób, by wreszcie być żywym całkiem na serio.
Alex Novak nie jest typem gawędziarza. Nawet, jeżeli kiedyś było inaczej, dziś częściej zastyga w formie zdystansowanej, nieobecnej figury. W trakcie spotkań ze znajomymi rzadziej mówi niż słucha, rzadziej też słucha niż nie słucha. "Mówisz o mnie?" – wyrywa mu się, gdy po bujaniu w obłokach wraca na moment na ziemię. "Nie, mówię o kimś żywym!" – odpowiada mu ciągle-jeszcze-żona Tess (Laura Dern). Kilka dni wcześniej decyzję o rozstaniu podjęli tak, jak tę o serialu na wieczór czy lampie do salonu – między wspólnym myciem zębów, a ucałowaniem dzieci do snu. – "Chyba czas to zakończyć, prawda?" – "Tak, masz rację". Tyle.
Choć oboje oglądali pewnie "Historię małżeńską" Noaha Baumbacha i na swoje sposoby mogą się z nią utożsamić, po 26 latach związku nie mają siły na krzyki, szarpanie i batalie sądowe. Mówiąc szczerze, wydają się nie mieć siły już na nic. Ona, po zakończeniu olimpijskiej kariery siatkarki, nie potrafi wymyślić swojego życia na nowo. On, kiedyś z konieczności dopasowany do rytmu zawodów i wyjazdów żony, teraz nie ma pomysłu, jak wybić się na podmiotowość. Mimo to wypracowana rutyna zdawała się tak długo działać. Wspólnie dorobili się sporego domu w Nowym Jorku, dwójki kochanych, ciekawskich synów, dużych biszkoptowych psów dopełniających obrazek spełnionej rodziny. "Czy mnie słychać?" zaczyna się już po tym spełnieniu, rozumiejąc kryzys małżeński jako stan, w którym wszystko, co kiedyś tak jaskrawo cieszyło, zaczyna wytracać swoje radosne barwy.
Choć scenariusz Coopera i Arnetta oparty jest na niezwykłej historii Johna Bishopa – człowieka, który pewnego dnia przypadkiem wszedł na scenę klubu stand-upowego, by nieświadomie uratować swoją relację, rodzinę i siebie samego – duet opowiada ją najzwyklej, jak to tylko możliwe. Komediowa sprawczość protagonisty staje się tu wynikiem męskiej nie-sprawczości; krzykiem o pomoc, który równie dobrze mógłby przybrać formę rozpędzonego motocykla, talii kart w kasynie czy młodszej o połowę dziewczyny u boku. Fakt, iż tak się nie stało, jest dziełem chichotu losu, który podczas powrotu Alexa do domu ze wszystkich barów popchnął go akurat do takiego, w którym za darmo można pogadać do mikrofonu i zebrać za to oklaski. Novak swój pierwszy "komediowy numer" wydusił, by nie płacić za wejście do lokalu. Ujarany zjedzonym chwilę wcześniej ciastkiem z wkładem, długo nie wiedział, co powiedzieć, aż z nerwów zaczął gadać o tym, co go trapi: nadchodzącym rozwodzie, dzieciach, ukłuciu tęsknoty i zagubieniu w nowej sytuacji. Parafrazując słynnego mema: facet zostanie choćby stand-uperem, byle tylko nie iść na terapię.
Chichot losu zamienił się jednak w życzliwy uśmiech. W odróżnieniu od motocykla, kasyna czy przypadkowego romansu, komedia faktycznie może stać się terapią – zaświadczały o tym zarówno życiorysy największych amerykańskich dowcipnisiów, jak i filmowa "Puenta" Seltzera oraz "Funny People" Apatowa. Spojrzenie widowni daje Alexowi coś nowego, czegoś od niego oczekuje. Na scenie nie ma się za kim i za czym schować, nie można też być nieobecnym. Ucho tłumu – jego uwaga i gotowość do słuchania – z początku peszy mężczyznę, ale prędko buduje bezpieczną, empatyczną przestrzeń spowiedzi. choćby jeżeli jego żarty i występy są w najlepszym wypadku przykładem warsztatowej amatorszczyzny, noszą w sobie prawdę, która realnie oddziałuje na ludzi. Może nie na tyle, żeby na stałe rzucić dotychczasową robotę i rozpocząć międzynarodową karierę, ale wystarczająco, by raz w tygodniu przez kilka minut móc bez żenady wygadać się ze swoich problemów.
Stand-up staje się najważniejszy dla Alexa chyba przez swoją sprzeczność. Z jednej strony jest pierwszym wydarzeniem w jego dojrzałym życiu, które podważa granice starej rzeczywistości, naznaczonej obowiązkami ojca, męża i pracownika. Pozwala odkryć w sobie coś nowego, spojrzeć na samego siebie z nieznanej wcześniej perspektywy. Z drugiej – w nowych okolicznościach, jakie kreuje rozstanie, komedia jest jedną z kilku niezmiennych aktywności: regularną, odbywaną w tym samym miejscu, z tymi samymi ludźmi, których gwałtownie zacznie nazywać znajomymi. Te dwa elementy przekładają się na zmianę nastawienia, rozpoczynającą proces odzyskiwania własnego życia. By go domknąć, Alex musi zrezygnować z dawnych automatyzmów i na nowo docenić rzeczy niegdyś oczywiste: wykazywać nieustanną ciekawość codziennością synów, zdobyć się na szczere rozmowy, być obecnym. Niespodziewane piękno filmu Coopera wynika z przekonania, iż taka zmiana ostatecznie pozostaje… decyzją. Niczym więcej ponad świadomy wybór, by chwycić za lejce, zamiast biernie dać pokiereszować się szarej monotonii.
Mówię "niespodziewane", bo poprzednie filmy reżysera nie przyzwyczaiły nas do tak aktywnych męskich sylwetek na pierwszym planie. W "Narodzinach gwiazdy" i "Maestrze" twórca konsekwentnie konstruował raczej rozchwianych, autodestrukcyjnych bohaterów, zbyt przytłoczonych ciężarem świata, by w ogóle móc zdecydować się na jakiś ruch. Gwiazdora country Jacka i dyrygenta Leonarda Bernsteina łączyły muzyczny talent i facjata Bradleya Coopera (choć w przypadku tego drugiego – jakoś nie za bardzo podobna). Obaj też mieli słabość do anielskich kobiet, których wielka, bezinteresowna miłość potrafiła przez jakiś czas utrzymać ich życia w ryzach. Być może zabierając mu ją we właściwym momencie, reżyser uratował Alexa Novaka od tragicznych losów swoich poprzedników. W konsekwencji – pierwszy raz w swojej karierze – pozwolił mu też dojrzeć w kobiecie prawdziwą partnerkę, a nie egzystencjalną podpórkę, wybawiającą go przed bolesnym upadkiem.
Tym ciekawiej więc, iż najlepsza z dotychczasowych reżyserskich prób Coopera to właśnie ta najmniej spektakularna. "Czy mnie słychać?" nie popisuje się warsztatem, nie szpanuje czarno-białą taśmą, nie musi wchodzić w polemikę z historią kina. Pozostaje nie mniej osobisty niż jego dwa poprzednie projekty, a jednak potrafi zepchnąć ego twórcy na dalszy plan. Dowód tego zawiera się choćby w geście Coopera, by oddać mikrofon Arnettowi i zamiast cierpiącego frontmana zagrać jego przyjaciela Ballsa, schowanego w epizodzie śmieszka uzależnionego od marihuany. Inny kryje się w wytycznych dla operatora Matthew Libatique’a, by w miejsce pozerskich piruetów kamery z "Maestra" postawić na bliską, drżącą reżyserię obrazu – wydobywającą trudną emocję z twarzy i celebrującą niestabilność, ruch oraz ekscytującą motywację do zmiany.
"Ludzie się zmieniają, ale miłość pozostaje taka sama" – jedna z najbłyskotliwszych linijek w filmie akcentuje stałość uczucia, dla którego rozwój jednostek, choćby w różnych kierunkach, nie musi zagrażać fundamentom związku. jeżeli "Czy mnie słychać?" próbuje czegoś nauczyć, to chyba właśnie uważności na ten indywidualny rozwój i przemianę, która często odbywa się niepostrzeżenie, w cieniu dawnych nawyków i ról. Świetnie, iż obserwacja własnej metamorfozy może z czasem wyjść poza Alexa; nie tylko pozwolić mu zauważyć, iż nie musi tkwić w próżni ciągłych powtórzeń, ale też, iż ludzie wokół niego również poruszają się w przeróżnych kierunkach. Od tej obserwacji właśnie zaczyna się ciekawość – pierwszy stopień do piekła albo jedyny sposób, by wreszcie być żywym całkiem na serio.


















