Zakłócenia

filmweb.pl 3 miesięcy temu
Zdjęcie: plakat


"Sam nie do końca wiem, jak to się stało, iż rozwodzę się ze swoją żoną" – mówi ze sceny Alex Novak (Will Arnett), główny bohater filmu "Czy mnie słychać?" Bradleya Coopera. Gdyby go zapytać, pewnie nie będzie też wiedział, jak znalazł się na scenie: dlaczego oślepia go promień reflektora, a nieregularny śmiech zgromadzonych co jakiś czas dodaje mu otuchy. Dlaczego uwaga wszystkich po raz pierwszy skupiona jest w końcu na nim, a także dlaczego, wbrew intuicji, mu się to podoba.

Alex Novak nie jest typem gawędziarza. Nawet, jeżeli kiedyś było inaczej, dziś częściej zastyga w formie zdystansowanej, nieobecnej figury. W trakcie spotkań ze znajomymi rzadziej mówi niż słucha, rzadziej też słucha niż nie słucha. "Mówisz o mnie?" – wyrywa mu się, gdy po bujaniu w obłokach wraca na moment na ziemię. "Nie, mówię o kimś żywym!" – odpowiada mu ciągle-jeszcze-żona Tess (Laura Dern). Kilka dni wcześniej decyzję o rozstaniu podjęli tak, jak tę o serialu na wieczór czy lampie do salonu – między wspólnym myciem zębów, a ucałowaniem dzieci do snu. – "Chyba czas to zakończyć, prawda?" – "Tak, masz rację". Tyle.

Will Arnett
  • Searchlight Pictures
  • Jason McDonald


Choć oboje oglądali pewnie "Historię małżeńską" Noaha Baumbacha i na swoje sposoby mogą się z nią utożsamić, po 26 latach związku nie mają siły na krzyki, szarpanie i batalie sądowe. Mówiąc szczerze, wydają się nie mieć siły już na nic. Ona, po zakończeniu olimpijskiej kariery siatkarki, nie potrafi wymyślić swojego życia na nowo. On, kiedyś z konieczności dopasowany do rytmu zawodów i wyjazdów żony, teraz nie ma pomysłu, jak wybić się na podmiotowość. Mimo to wypracowana rutyna zdawała się tak długo działać. Wspólnie dorobili się sporego domu w Nowym Jorku, dwójki kochanych, ciekawskich synów, dużych biszkoptowych psów dopełniających obrazek spełnionej rodziny. "Czy mnie słychać?" zaczyna się już po tym spełnieniu, rozumiejąc kryzys małżeński jako stan, w którym wszystko, co kiedyś tak jaskrawo cieszyło, zaczyna wytracać swoje radosne barwy.

Choć scenariusz Coopera i Arnetta oparty jest na niezwykłej historii Johna Bishopa – człowieka, który pewnego dnia przypadkiem wszedł na scenę klubu stand-upowego, by nieświadomie uratować swoją relację, rodzinę i siebie samego – duet opowiada ją najzwyklej, jak to tylko możliwe. Komediowa sprawczość protagonisty staje się tu wynikiem męskiej nie-sprawczości; krzykiem o pomoc, który równie dobrze mógłby przybrać formę rozpędzonego motocykla, talii kart w kasynie czy młodszej o połowę dziewczyny u boku. Fakt, iż tak się nie stało, jest dziełem chichotu losu, który podczas powrotu Alexa do domu ze wszystkich barów popchnął go akurat do takiego, w którym za darmo można pogadać do mikrofonu i zebrać za to oklaski. Novak swój pierwszy "komediowy numer" wydusił, by nie płacić za wejście do lokalu. Ujarany zjedzonym chwilę wcześniej ciastkiem z wkładem, długo nie wiedział, co powiedzieć, aż z nerwów zaczął gadać o tym, co go trapi: nadchodzącym rozwodzie, dzieciach, ukłuciu tęsknoty i zagubieniu w nowej sytuacji. Parafrazując słynnego mema: facet zostanie choćby stand-uperem, byle tylko nie iść na terapię.

Bradley Cooper, Will Arnett, Andra Day
  • Searchlight Pictures
  • Jason McDonald


Chichot losu zamienił się jednak w życzliwy uśmiech. W odróżnieniu od motocykla, kasyna czy przypadkowego romansu, komedia faktycznie może stać się terapią – zaświadczały o tym zarówno życiorysy największych amerykańskich dowcipnisiów, jak i filmowa "Puenta" Seltzera oraz "Funny People" Apatowa. Spojrzenie widowni daje Alexowi coś nowego, czegoś od niego oczekuje. Na scenie nie ma się za kim i za czym schować, nie można też być nieobecnym. Ucho tłumu – jego uwaga i gotowość do słuchania – z początku peszy mężczyznę, ale prędko buduje bezpieczną, empatyczną przestrzeń spowiedzi. choćby jeżeli jego żarty i występy są w najlepszym wypadku przykładem warsztatowej amatorszczyzny, noszą w sobie prawdę, która realnie oddziałuje na ludzi. Może nie na tyle, żeby na stałe rzucić dotychczasową robotę i rozpocząć międzynarodową karierę, ale wystarczająco, by raz w tygodniu przez kilka minut móc bez żenady wygadać się ze swoich problemów.

Stand-up staje się najważniejszy dla Alexa chyba przez swoją sprzeczność. Z jednej strony jest pierwszym wydarzeniem w jego dojrzałym życiu, które podważa granice starej rzeczywistości, naznaczonej obowiązkami ojca, męża i pracownika. Pozwala odkryć w sobie coś nowego, spojrzeć na samego siebie z nieznanej wcześniej perspektywy. Z drugiej – w nowych okolicznościach, jakie kreuje rozstanie, komedia jest jedną z kilku niezmiennych aktywności: regularną, odbywaną w tym samym miejscu, z tymi samymi ludźmi, których gwałtownie zacznie nazywać znajomymi. Te dwa elementy przekładają się na zmianę nastawienia, rozpoczynającą proces odzyskiwania własnego życia. By go domknąć, Alex musi zrezygnować z dawnych automatyzmów i na nowo docenić rzeczy niegdyś oczywiste: wykazywać nieustanną ciekawość codziennością synów, zdobyć się na szczere rozmowy, być obecnym. Niespodziewane piękno filmu Coopera wynika z przekonania, iż taka zmiana ostatecznie pozostaje… decyzją. Niczym więcej ponad świadomy wybór, by chwycić za lejce, zamiast biernie dać pokiereszować się szarej monotonii.

Will Arnett, Laura Dern
  • Searchlight Pictures
  • Jason McDonald


Mówię "niespodziewane", bo poprzednie filmy reżysera nie przyzwyczaiły nas do tak aktywnych męskich sylwetek na pierwszym planie. W "Narodzinach gwiazdy" i "Maestrze" twórca konsekwentnie konstruował raczej rozchwianych, autodestrukcyjnych bohaterów, zbyt przytłoczonych ciężarem świata, by w ogóle móc zdecydować się na jakiś ruch. Gwiazdora country Jacka i dyrygenta Leonarda Bernsteina łączyły muzyczny talent i facjata Bradleya Coopera (choć w przypadku tego drugiego – jakoś nie za bardzo podobna). Obaj też mieli słabość do anielskich kobiet, których wielka, bezinteresowna miłość potrafiła przez jakiś czas utrzymać ich życia w ryzach. Być może zabierając mu ją we właściwym momencie, reżyser uratował Alexa Novaka od tragicznych losów swoich poprzedników. W konsekwencji – pierwszy raz w swojej karierze – pozwolił mu też dojrzeć w kobiecie prawdziwą partnerkę, a nie egzystencjalną podpórkę, wybawiającą go przed bolesnym upadkiem.

Tym ciekawiej więc, iż najlepsza z dotychczasowych reżyserskich prób Coopera to właśnie ta najmniej spektakularna. "Czy mnie słychać?" nie popisuje się warsztatem, nie szpanuje czarno-białą taśmą, nie musi wchodzić w polemikę z historią kina. Pozostaje nie mniej osobisty niż jego dwa poprzednie projekty, a jednak potrafi zepchnąć ego twórcy na dalszy plan. Dowód tego zawiera się choćby w geście Coopera, by oddać mikrofon Arnettowi i zamiast cierpiącego frontmana zagrać jego przyjaciela Ballsa, schowanego w epizodzie śmieszka uzależnionego od marihuany. Inny kryje się w wytycznych dla operatora Matthew Libatique’a, by w miejsce pozerskich piruetów kamery z "Maestra" postawić na bliską, drżącą reżyserię obrazu – wydobywającą trudną emocję z twarzy i celebrującą niestabilność, ruch oraz ekscytującą motywację do zmiany.

Will Arnett, Blake Kane
  • Searchlight Pictures
  • Jason McDonald


"Ludzie się zmieniają, ale miłość pozostaje taka sama" – jedna z najbłyskotliwszych linijek w filmie akcentuje stałość uczucia, dla którego rozwój jednostek, choćby w różnych kierunkach, nie musi zagrażać fundamentom związku. jeżeli "Czy mnie słychać?" próbuje czegoś nauczyć, to chyba właśnie uważności na ten indywidualny rozwój i przemianę, która często odbywa się niepostrzeżenie, w cieniu dawnych nawyków i ról. Świetnie, iż obserwacja własnej metamorfozy może z czasem wyjść poza Alexa; nie tylko pozwolić mu zauważyć, iż nie musi tkwić w próżni ciągłych powtórzeń, ale też, iż ludzie wokół niego również poruszają się w przeróżnych kierunkach. Od tej obserwacji właśnie zaczyna się ciekawość – pierwszy stopień do piekła albo jedyny sposób, by wreszcie być żywym całkiem na serio.
Idź do oryginalnego materiału