Zaklęte koło

kulturaupodstaw.pl 2 godzin temu
Zdjęcie: fot. Krzysztof Bieliński


Najczęściej to młodzi reżyserzy, którym po raz pierwszy dano możliwość pracy w „prawdziwym teatrze”, mają skłonność do zamieniania barszczu w grzybową, próbując wykorzystać być może jedyną szansę na to, by pokazać, co im na duszy leży.

Gorzkowski jednak ma za sobą wiele lat doświadczenia, pracował między innymi w poznańskim Teatrze Wielkim, Teatrze Narodowym, teatrach warszawskich, lubelskich czy olsztyńskich. W 2022 roku wyreżyserował w Kaliszu „Idzie skacząc po górach” według prozy Jerzego Andrzejewskiego.

Wiele srok za ogon

Co zatem mogło sprawić, iż w tym jednym spektaklu Gorzkowski postanowił poruszyć tyle problemów naraz? Reżyser miał chyba świadomość, iż dla dużej części widzów pokolenia bardziej niż średniego jego spektakl będzie porównywany z filmem Janusza Majewskiego, którego premiera miała miejsce dokładnie 50 lat wcześniej.

Obaj reżyserzy sięgnęli po powieść Henryka Worcella w zupełnie innych celach. Majewski w połowie lat 70. dwudziestego wieku pragnął odtworzyć świat, który już nie istniał. W jego filmie, poza okrucieństwem realiów epoki (bieda, przemoc) widać było też pewną dozę nostalgii.

fot. Krzysztof Bieliński

Gorzkowski poszedł w przeciwną stronę – zrobił wszystko, by powieść Worcella zaktualizować. Jedynym, co łączy oba te spojrzenia, jest właśnie przemoc i to ona wydaje się być ponadczasowa, uniwersalistyczna i bezmierna.

Reżyser nie tylko uwspółcześnił książkową narrację, ale też i ukonkretnił. Akcja nie dzieje się w wielkim hotelu w Krakowie, ale w Kaliszu, w restauracji klubu wioślarskiego, co sugeruje, iż miejsce akcji znajduje się kilkadziesiąt metrów od teatru, po drugiej stronie Prosny.

To już kolejny spektakl kaliskiego teatru, którego akcja dzieje się w tym mieście, co można odczytywać jako wpisywanie przedstawień w nurt lokalnych historii. To bardzo sensowne podejście, ma jednak swoją ciemną stronę, o czym później.

Gorące motywy

W ramach przenoszenia we współczesne realia reżyser zmienił płeć głównych protagonistów. Zamiast Romka jest Roma (Kinga Bobkowska), a podlega nie kelnerowi Fornalskiemu, ale kelnerce Fornal (Ewa Kibler).

Fornal w wykonaniu Kibler bliżej do Lizy z „Pasażerki” Andrzeja Munka niż do Romana Wilhelmiego, który grał Fornalskiego u Majewskiego. Fornal jest zimna, przez cały spektakl ma taką samą zaciętą minę, tak jakby już nie była zdolna do ludzkich uczuć. Jej ciemna garsonka nie ma w sobie nic kobiecego, wygląda jak mundur, który skrywa prawdziwego terminatora.

fot. Krzysztof Bieliński

Sama zamiana płci to jednak zbyt mało, by widzowie odczuli, iż to aktualna historia. Mamy więc na zmywaku Ukraińca (Filip Kempiński), z którego bezlitośnie żartują inni kelnerzy, i który z kolei jest agresywny wobec Romy.

Ponieważ rozmaite sytuacje w spektaklu są nieustanną grą między poniżaniem (innych) a wywyższaniem (siebie), ustalona hierarchia między bohaterami wyglądałaby więc następująco: polscy mężczyźni, mężczyzna z innego kraju i dopiero potem kobieta. Mamy zatem kolejny gorący motyw – przemoc wobec kobiet (także ta uprawiana przez inną kobietę).

Eskapizm

Początkowo spektakl daje nadzieję, iż pojawi się w nim jakaś kontrpropozycja dla, wydaje się ustalonego, porządku świata.

Roma to silna, umiejąca zawalczyć o siebie kobieta. choćby gdy stara się o pracę, na której jej bardzo zależy, potrafi postawić się szefowi Pancerowi (Lech Wierzbowski). Jest zadziorna, rzutka, dowcipna i pracowita. Nic więc dziwnego, iż akcja przedstawienia opowiada o odwracaniu tej piramidy hierarchii, nieustannym pięciu się Romy w górę.

Jednak kiedy ma ona możliwość znaleźć się na samym szczycie – dostaje propozycję objęcia posady patrona – rezygnuje z dalszej pracy w restauracji.

fot. Krzysztof Bieliński

Najprawdopodobniej wybrano takie rozwiązanie, by pokazać, iż możliwe jest wyrwanie się z zaklętego kręgu przemocy. Szkoda, iż dokonać może się ono tylko przez ucieczkę. Przyjęcie takiego finału historii ukazuje całą akcję w dość smutnej perspektywie.

Roma, jako ta, która przeszła wszystkie szczeble awansu, zaczynając od samego dołu, sama doświadczyła przemocy psychicznej i fizycznej, jako patron mogłaby przecież spróbować zmienić relacje między pracownikami.

Lecz ona choćby nie próbuje, wycofuje się, zanim cokolwiek zaczęła. jeżeli więc przyjąć, iż spektakl pokazuje jakąś naszą współczesną rzeczywistość, to jest to dość smutna konstatacja – wyjściem z kręgu przemocy, która jest wieczna i uniwersalna, może być tylko eskapizm.

Świat po ekscesie

To jednak nie koniec elementów uwspółcześniających. Roma wchodzi w relację z koleżanką z pracy Tośką (Aleksandra Lechocińska). Tośka w rezultacie ich romansu zostaje zwolniona z pracy, co niewątpliwie wprowadza wątek braku akceptacji dla par jednopłciowych. Nie wiemy co prawda, czy została zwolniona, ponieważ generalnie zabronione były związki między pracownikami, czy też dlatego, iż był to związek lesbijski. A może była to kolejna próba znęcania się przez Fornal nad nielubianą przez nią Romą?

fot. Krzysztof Bieliński

Czy rzeczywiście alternatywa: awans czy utrata siebie jest dobrze postawiona? Związek między dwiema kelnerkami nie okazał się jednak trwały i zakończył się wraz ze wspólną pracą. Krótkotrwałość związku zdaje się potwierdzać obiegową opinię forsowaną przez część opinii publicznej, iż takie relacje nie mogą być trwałe i wynikają głównie z potrzeb fizycznych.

Dla równowagi wprowadzono jeszcze jedną homoseksualną postać, tym razem męską – regularnego gościa (Zbigniew Antoniewicz), który bezskutecznie podrywa kelnera Adasia (Kamil Owczarek).

Pod koniec spektaklu Roma wiąże się z innym kolegą z pracy Heńkiem (gościnnie Krzysztof Oleksyn) i świat po ekscesie wraca do aprobowanej przez przeciętnego obywatela (czyli także widza) heteroseksualnej „normy”.

Rozmowy między tą parą i innymi kelnerami wprowadzają kolejny aktualny wątek – prekariatu współczesnych młodych pracowników. Kontrastem dla nich są natomiast goście z restauracji, w różnych wariantach grani przez tę samą dwójkę: Antoniewicza i gościnnie występującą Magdalenę Lamżę. Wszyscy oni przedstawieni są jako mało sympatyczni i odnoszący się źle do kelnerów, a wywyższają się z powodu posiadanych pieniędzy (zapewne zgodnie z założeniem, iż tylko tacy mogą odwiedzać restauracje).

Aby nikogo nie dotknąć

Wszystkie te zabiegi aktualizujące są jednak głównie pokazane w uproszczonej formie, żaden z nich nie ma rozwinięcia, czy też pogłębienia w spektaklu, pozostają na poziomie przeglądu wypisów z bedekera wędrówki przez świat dla współczesnej osoby o podwyższonej wrażliwości społecznej.

fot. Krzysztof Bieliński

Pokazane są one jednak w spektaklu tak, by nikogo nie dotknąć, nie obrazić, nie wywołać uczucia dyskomfortu. Przez to bardziej zbliżają się do klasycznego mieszczańskiego dramatu niż do wnikliwej analizy społecznej.

Wrażenie to wzmacnia scenografia autorstwa Joanny Walisiak, w której wykorzystano dziewiętnastowieczny wynalazek sceny obrotowej. Na jednej jej połowie są „kulisy” restauracji, czyli jej zaplecze, na drugiej „scena”, czyli tytułowe rewiry na sali dla gości. Na nich wszystko jest odrobione tak, by jak najbardziej przypominało prawdziwą restaurację, a dla wzmocnienia wrażenia stoliki wychodzą także na widownię.

W efekcie możemy w kaliskim teatrze oglądać spektakl tak zwanego „teatru środka” – trochę w nim współczesności w warstwie narracyjnej, ale pozostałe elementy trzymają się bardzo daleko od tego, co można by uznać za nowoczesne w teatrze (dotyczy to także scen tanecznych czy minirecitalu).

Chwilowa wspólnota

Na koniec chciałabym się odnieść jeszcze do elementów łączących spektakl z kaliskim tu i teraz. Nie pierwszy raz widzę na kaliskiej scenie „żarty” nawiązujące do wzajemnej niechęci oddalonych od siebie zaledwie o dwadzieścia parę kilometrów Kalisza i Ostrowa Wielkopolskiego. Kalisz może celebrować swoją wyższość nad Ostrowem, bo to tu znajduje się teatr, a w nim pojawiają się żarty, przy pomocy których reżyserzy chcą się przypodobać lokalsom.

fot. Krzysztof Bieliński

W „Zaklętych rewirach” także pojawia się kwestia pochodzenia Romy – jest z Ostrowa, co zdaje się być przeszkodą w przyjęciu jej do pracy. Widzowie na ten element reagują śmiechem. Czy wszyscy? Nie. Może nie śmiali się właśnie ci z Ostrowa? A może oni przestali już odwiedzać kaliski teatr, bo stają się tam przedmiotem żartów?

W ten sposób – świadomie lub nie – „Zaklęte rewiry” Gorzkowskiego znalazły się na jeszcze jednym poziomie naszej współczesności. W imię wytwarzania chwilowej wspólnoty „naszych” wyszły od antagonizowania. Wiem, iż tak wygląda polska współczesność, ale czy teatr niezbędnie musi wzmacniać tworzenie kolejnych „zaklętych rewirów”?

Idź do oryginalnego materiału