Czy gwiazdorsko obsadzona ekranizacja popularnego książkowego thrillera to przez cały czas gwarancja hitu? „Zabójcza przyjaźń” od Netfliksa udowadnia, iż tak, choćby mimo swoich licznych wad.
Możemy do woli narzekać na ich wtórność i nudę, ale co z tego? Dopóki serialowe thrillery i kryminały będą się oglądać, dopóty będą taśmowo produkowane, a początek 2026 roku nie zapowiada w tym trendzie żadnych zmian. Dowód? Ledwie zdążyliśmy podać, iż polski top 10 Netfliksa otwierają kolejny Coben i skandynawska „Kraina grzechu”, a już trzeba to aktualizować. Zaraz po premierze liderem została „Zabójcza przyjaźń„, co najlepiej pokazuje, iż jakość i popularność to zupełnie różne kwestie.
Zabójcza przyjaźń – o czym jest miniserial Netfliksa?
Miniserial, za którym stoją m.in. utalentowany scenarzysta i reżyser William Oldroyd („Lady Macbeth”) oraz doświadczeni twórcy telewizyjni Dee Johnson („Ostry dyżur”) i Bill Dubuque („Ozark”), to ekranizacja powieści autorstwa Alice Feeney, której polskiemu wydaniu serial zawdzięcza karkołomny przekład tytułu. W oryginalnym „His & Hers” nie ma nic ani o zabójczej, ani o przyjaźni, jest za to o dwóch wersjach tego samego wydarzenia – makabrycznej zbrodni w Dahlonedze w Georgii – z czym być może mają coś wspólnego miejscowy detektyw Jack Harper (Jon Bernthal, „Punisher”) i reporterka lokalnej telewizji z Atlanty Anna Andrews (Tessa Thompson, „Westworld”).
„Zabójcza przyjaźń” (Fot. Netflix)Punktem wyjścia dla fabuły jest oczywiście morderstwo, ale to akurat z naszej perspektywy nic szczególnego. Ciekawszy jest fakt, iż para głównych bohaterów to małżeństwo – choć raczej już tylko z nazwy. Okoliczności rozpadu ich związku są początkowo równie zagadkowe, co znalezione w lesie ciało, ale nietrudno się domyślić, iż tych dwoje łączy coś więcej, niż tylko niechęć do siebie nawzajem. A to, iż dodatkowo ukrywają coś przed sobą i resztą świata w sprawie zabójstwa, jeszcze dodaje sprawie pikanterii.
Zabójcza przyjaźń nie dotrzymuje obietnicy z zapowiedzi
Nic tylko dobrze to wszystko opakować klimatem małego miasteczka i jego mrocznymi sekretami sprzed lat, a następnie podać widzom smakowity thriller na tacy. I rzeczywiście, zapowiedzi serialu, sugerujące, iż otrzymamy przedstawioną z różnych perspektyw opowieść w stylu „Rashōmona” (czy zachowując serialowe porównania – „The Affair”), nastrajały mnie w miarę optymistycznie mimo braku złudzeń wobec gatunku jako całości. Wychodziłem z założenia, iż choćby jeżeli historia okaże się wtórna, przynajmniej zostanie ciekawie podana. I to był błąd.
Nie przyszło mi do głowy, iż złożone przez twórców obietnice mogą okazać się totalnie puste. Tutaj nie tylko nie ma tytułowej „jego i jej” wersji tego samego zdarzenia. Tu nie ma absolutnie niczego, co choćby w małym stopniu usprawiedliwiało stosowanie dychotomii, na której oparto promocję serialu i jego fałszywe wyobrażenie w oczach widzów (pogłębiane zresztą już w trakcie za sprawą pozbawionych najpierw treści, a później też sensu wewnętrznych monologów Anny).
„Zabójcza przyjaźń” (Fot. Netflix)Zakładam, iż taki był zamysł od samego początku. Twórcy celowo chcieli odejść od literackiego pierwowzoru, w którym, na ile się zorientowałem, autorka rzeczywiście zastosowała podwójną perspektywę. Ich prawo, mogli w końcu uznać, iż zabieg nie sprawdzi się na ekranie, zwłaszcza w skondensowanej formie miniserialu. Ale jeżeli tak, to jako odbiorcy mamy prawo czuć, iż zostaliśmy zwyczajnie nabici w butelkę. Tylko adekwatnie w imię czego?
Zabójcza przyjaźń to festiwal głupot i straconych szans
Trudno bowiem doszukać się jakichkolwiek logicznych przesłanek stojących za kreatywnymi decyzjami w „Zabójczej przyjaźni”. Klasyczny sposób opowiadania nie uprościł narracji, ale sprawił, iż serial stał się schematyczny, mało zaskakujący w swojej nieprzewidywalności i nieodróżnialny od innych podobnych produkcji. Chyba iż pod względem scenariuszowych bzdur, bo w tym względzie wyrasta ponad konkurencję.
Porzucenie osobistych perspektyw Anny i Jacka pozbawiło widzów przywiązania do postaci, a je same ograbiło z głębi i uczyniło manekinami miotającymi się od jednej głupiej decyzji do drugiej (zwłaszcza w kwestii doboru łóżkowych partnerów/partnerek, co jak uczy telewizja, stanowi podstawowe lekarstwo na traumę). Fabularne zmyłki nie służyły natomiast niczemu poza sztucznym przedłużaniem historii aż do momentu wyciągnięcia ostatniego asa twistu z rękawa.
„Zabójcza przyjaźń” (Fot. Netflix)Pewnie, po całym sezonie taniego szokowania, wygodnych zbiegów okoliczności i postaci bez krzty charakteru, wywrócenie planszy do góry nogami na koniec rozgrywki wydaje się dość sensownym ruchem. Co z tego jednak, skoro wywołuje on tylko wzruszenie ramion, a może choćby irytację wynikającą z poczucia zmarnowanego wcześniej czasu. Twórcy mieli wszystko ku temu, żeby zaprosić widzów do jeżeli nie inteligentnej, to chociaż wciągającej zabawy i koncertowo ten potencjał zmarnowali. Zarówno w kwestii poprowadzenia samej fabuły, jak i wykonawców.
Jon Bernthal i Tessa Thompson to para świetnych aktorów, między którymi nie ma grama chemii, o kawałku dobrego dialogu nie wspominając. A i tak nie mają oni na co narzekać w porównaniu do reszty. Sunita Mani („GLOW”) zagrała jedyną kompetentną śledczą, z której stale robi się idiotkę. Pablo Schreiber znów został Pornstache’em z „Orange Is the New Black”, tylko głupszym. Co do Marin Ireland („Devil in Disguise: John Wayne Gacy”) czy Chrisa Bauera („Czysta krew”), to zdziwiłoby mnie, gdyby sami wiedzieli, co adekwatnie ich postaci robią w tej historii.
Zabójcza przyjaźń – czy warto oglądać serial Netflix?
Bohaterów i poruszanych w „Zabójczej przyjaźni” tematów jest wiele i momentami da się w tych fragmentach dostrzec zarysy ukrytego gdzieś pomiędzy nimi lepszego serialu. gwałtownie giną one jednak przygniecione przez gatunkowe klisze i konieczność nieustannego pchania akcji naprzód kosztem całej reszty. Bo przecież widz potrzebuje twistów, choćby głupich.
„Zabójcza przyjaźń” (Fot. Netflix)Owszem, widz na pewno ich potrzebuje, co pokazują wyniki oglądalności tego i innych podobnych tytułów. Prawdą jest również, iż nie każdy z nich musi odznaczać się psychologiczną głębią, wiarygodnością i śmiertelną powagą. Gdy jednak serial ma ambicje, żeby obok sensacyjnych bzdurek postawić społeczny komentarz, a wręcz oprzeć na nim fundamenty swojej historii, można wymagać, żeby spraw w rodzaju znęcania się nad słabszymi czy demencji nie traktowano instrumentalnie. To pozostawia znaczenie gorsze, a jednocześnie trwalsze wrażenie, niż choćby najbardziej zwariowane zwroty akcji.
Niestety, twórcy „Zabójczej przyjaźni” nie odrobili tej i jeszcze paru innych lekcji, przez co ich dzieło na koniec zamiast poczucia wow generuje raczej niesmak zmieszany z rozczarowaniem, iż z obietnic wyszło tak niewiele. Tak, wiem, iż nic to nie zmieni i po jego globalnym sukcesie lada moment dostaniemy kolejny taki sam serial, a potem jeszcze jeden i następny. Skoro jednak naiwnie byłoby liczyć na szybkie zmęczenie materiału, to czy nie warto wymagać choć trochę lepszej jakości?














