Natrętka wykrzyknęła Zofia, jakby wcisnęła przycisk. Młodsza córka, Jadwiga, pulchna i wesoła, roześmiała się przyzwalnie. Matka zachowała milczenie, ale z ponurej twarzy wyraźnie widać było, iż nie radzi sobie z nową synową. Co mogło ją zachwycić? Jedyny syn, ostoją rodziny, po wojnie wrócił z żoną, a tej nic nie brakowało ani rodziców, ani pieniędzy. Nie wiadomo, czy dorastała w domu dziecka, czy w rodzinie krewnych. Tomek milczy, żartując, iż niedługo zdobędziemy własne bogactwo. Kogo wprowadziłeś do domu? Może to złodziejka, oszustka nie wiadomo, co jeszcze się wśród nas pojawiło!.
Od chwili, gdy Natrętka zagościła w dworku pod Krakowem, Zofia nieprzerwanie przewracała oczy. Wciąż czekała na wybryki nowej zięby, gdy zacznie wędrować po szafach. Dzieci domagały się od matki, żeby ukryła cenne rzeczy futra, złoto. Strach przed porannym przebudzeniem w otoczeniu jedynie szczątków był nie do zniesienia.
Co nam przyniosłeś do domu, Tomku? Gdzie były twoje oczy? wykrzykiwały, a ona nic nie odpowiadała. Nie zostawało nic innego, jak żyć i przyzwyczaić Natrętkę do miejsca.
Dom był bogaty, ogród liczył trzydzieści arów, trzy świnie w zagrodzie, ptaki w klatkach nie sposób wszystkiego ogarnąć. Natrętka nie narzekała; gotowała, sprzątała, hodowała świnie i starała się zadowolić teściową. Jednak serce matki nie mogło się rozgrzać choćby najdroższy dywan nie zmieniłby tego, iż w duszy wciąż trwał ból. Pierwszego dnia Natrętka odrzekła zimno:
Zwracaj się do mnie po imieniu i patronimie. Dzieci mam już, a ty, choćbyś się starała, nie zostaniesz dla mnie córką.
Od tej chwili Zofia nazywała ją Wanda Natrętka. Matka sama nie potrafiła nazwać synowej. Trzeba coś zrobić, powtarzała, nie dając się zwieść. Nie pozwalała innym wtrącać się w rodzinne sprawy. Codziennie wkładała się w porządek, nie tylko w domu, ale i w serca.
Życie mogło się ułożyć, gdyby nie Tomasz, który wpadł w rozpustę. Kto zniosłby ciągłe dwie krytyki: z kim się ożeniłeś, z kim się ożeniłeś? A jednak Stasia, najstarsza córka, wprowadziła mu znajomą, i cała sytuacja przybrała kształt dramatycznego wiru. Zięby cieszyły się, iż Natrętka w końcu się podda. Matka milczała, a Natrętka udawała, iż nic się nie stało, jedynie jej oczy stały się puste i smutne. Nagle, niczym grzmot w słonecznym niebie, nadeszły dwie wiadomości: Natrętka była w ciąży, a Tomasz chciał się z nią rozwieść.
To nie może się stać! zawołała Zofia. Nie poślubiłam cię ja.
Jeśli już się ożeniłeś, żyj!. odrzekła, wpychając mu w twarz: Zaraz będziesz ojcem. Nie psuj rodziny, wyprowadzam cię z domu, i nie chcę cię widzieć. A w tym domu zostanie Wanda.
Po raz pierwszy Zofia wypowiedziała imię Natrętki. Siostry zamarły. Tomasz podniósł głos, iż to on decyduje, ale matka, opierając ręce na biodrach, roześmiała się: Jaki jesteś mężczyzna? Dopiero będąc ojcem, uczynisz się mężczyzną.
Matka nigdy nie wahała się w słowach, a Tomasz stał się jedynie dzieckiem w ramionach matki.
W końcu Natrętka urodziła dziewczynkę i nazwała ją Łucją. Gdy Zofia się dowiedziała, nie wypowiedziała nic, ale w jej oczach widać było radość. W domu nic się nie zmieniło, oprócz faktu, iż Tomasz zagubił drogę do domu, poczuł się zdradzony. Zofia ukryła swój smutek, ale kochała wnuczkę, rozpieszczała ją, kupowała słodycze. Na Wanda patrzyła z niechęcią, nigdy nie obwiniając ją otwarcie.
Minęło dziesięć lat. Siostry wyszły za mąż, a w wielkim domu zostały trójka: Zofia, Wanda i Łucja. Tomasz został powołany i wyjechał na północ z nową żoną. Do Wandy podszedł emerytowany oficer, starszy od niej, który po rozwodzie zostawił jej mieszkanie, a sam zamieszkał w akademiku. Pobierał rentę, był solidnym kandydatem. Wanda go polubiła, ale nie chciała go przedstawić matce.
Kiedy oficer przyszedł na wizytę, przyznał się do miłości: Wanda Natrętka, kocham Wandę, nie mogę bez niej żyć.
Zofia nie poruszyła się. Kochasz? No cóż, zamieszkajcie razem.
Po chwili dodała: Nie wypuszczę Łucji z mieszkania. Tu zostaje razem ze mną.
Tak wszyscy zamieszkali pod jednym dachem. Sąsiedzi szeptali, jak szalona Wanda wyrzuciła syna z domu, a Natrętka przyjęła go z otwartymi ramionami. Jedynym, który nie wypraszał kości od Wandy, był ten emeryt. Wanda nie zwracała uwagi na plotki, nie rozmawiała z sąsiadami, trzymała się dumnie i niewzruszenie. Wanda urodziła Kacerię. Zofia nie mogła przestać się cieszyć z wnuczek, choć Kacera nie była jej biologiczną.
Nagle los uderzył: Wanda zachorowała poważnie. Mąż upadł, przestał pić. Zofia cicho, bez słów, wyjęła wszystkie pieniądze z książeczki i zawołała Wandę do Warszawy. Przepisuje leki, odwiedza lekarzy, ale nic nie pomaga.
Rankiem Wanda poczuła się nieco lepiej i poprosiła o rosół. Zofia, rozpromieniona, upiekła kurczaka, ugotowała bulion. Gdy podała go, Wanda nie mogła go zjeść, po raz pierwszy w życiu zapłakała. Zofia, której nigdy nie widać było łez, płakała razem z nią:
Dlaczego mnie opuszczasz, kiedy cię kochałam? Co robisz?.
Po chwili uspokoiła się, otarła łzy i rzekła: Nie martw się o dzieci, nie zginą. Od tej pory nie płakała już nigdy, trzymała Wandę za rękę i łagodnie głaskała, jakby prosiła o wybaczenie za wszystkie lata bólu.
Dziesięć kolejnych lat minęło. Łucja została zamężna. Przyszły Stasia i Jadwiga, już starsze, pogodne, ale bez dzieci. Zgromadziła się cała rodzina. Tomasz przyjechał, ale i z nową żoną rozstał się, popijając mocny wódkę. Gdy zobaczył, jak pięknie wyglądała Łucja, rozpromienił się. Gdy usłyszał, iż Łucja nazywa ojca innego mężczyzny, nabrzmiał gniewem i obrzucił matkę pretensjami: Wpuściłaś obcego mężczyznę do domu, niech sprząta, nie ma tu miejsca dla niego. Jestem ojcem!. Zofia odpowiedziała: Nie, synu, nie jesteś ojcem. Jak nosiłeś spodnie od młodości, tak nigdy nie wyrosłeś w prawdziwego mężczyznę.
Tomasz, upokorzony, spakował rzeczy i znowu wyruszył w podróż. Łucja wyszła za mąż, urodziła syna i nazwała go Aleksandrem, na cześć przybranej ojczyzny. Wanda pożegnała się z życiem w zeszłym roku, obok Łucji.
Leżą teraz w rzędzie: zięba i teściowa. Wiosną między nimi wyrosła brzoza, znikąd. Nikt jej nie posadził może to pożegnanie od Łucji, może ostatnie przepraszam od matki.










