Za złotówki stałam się młodsza. Po latach mój mąż poznał prawdę i wzięliśmy rozwód.
Przyszłam na świat w niewielkiej miejscowości na Mazowszu, gdzie sąsiadka wie wszystko zanim ty sam się dowiesz. Po podstawówce wybrałam technikum gastronomiczne, no bo przecież wszyscy u nas w rodzinie dobrze gotują, czemu nie zarobić na tym paru złotych? Cztery lata później miałam papierek, czasem choćby uśmiech od kierownika i pensję, która ledwo starczała na bilet miesięczny i kawę w Społem.
Po pięciu latach smażenia kotletów i kiszenia ogórków w barze doszłam do wniosku, iż muszę coś zmienić. Jakoś inni mieli lepiej, a ja zapatrzona w te resztki schabowego marzyłam o czymś więcej niż praca na zmywaku.
I wtedy w moim życiu pojawił się Tomasz. Wysoki, przystojny, a jak twierdził znał pół Warszawy i drugie pół chciało go poznać. Spotkaliśmy się w stolicy w przytulnej kawiarni nad Wisłą. Powiedziałam jak jest: Tomasz, musisz mi pomóc chcę na studia, a nie mam kogo poprosić o referencje, bo u nas na wsi referencje to dawał tylko ksiądz. Tomasz nie odmówił, oczywiście za odpowiednią stawkę. Te złotówki, co zbierałam na czarną godzinę, poszły na nową przyszłość i na kawkę.
Wtedy dokumenty były jeszcze zwykłe, papierowe, więc nie było dużym problemem odmłodzić się o pięć lat i dodać sobie maturę z samymi piątkami. Kosztowało mnie to drugi raz tyle co dobry pralkosuszarka, ale czego nie robi się dla ambicji?
Dzięki temu Tomasz załatwił mi wymarzone studia. Nowe życie ruszyło wokół sami młodzi i piękni, jeden drugi sprytniejszy, śmieszków nie brakowało. Rok później Marek, warszawiak z krwi i kości, poprosił mnie o rękę. Był młodszy ode mnie, ale na świeżym dowodzie rówieśnik. Zamieszkałam z nim i teściami w trzypokojowym M4 na Bemowie.
Po zamęściu, gdy dyplom już wisiał na ścianie, nastała w Polsce ta cała transformacja, komuna padła raz na zawsze. Z Markiem rozkręciliśmy interes: wynajęliśmy małą knajpkę na Pradze, potem wykupiliśmy i już byliśmy właścicielami własnego baru. Czego chcieć więcej? przez cały czas bez dzieci, ale było dość na wakacje w Kołobrzegu.
Któregoś razu postanowiliśmy z Markiem odwiedzić moją rodzinną wioskę. Zjazd klasowy, kaszanka na stole, wszyscy wypytują, jak to w tej Warszawie bywa. Ja cała na błysk, fryzura z Żoliborza, a koleżanki jakby czas zatrzymał im się w okolicach ósmej klasy. I wtedy jeden wiadomo, zawsze się taki znajdzie podchodzi do Marka i niby żartem pyta: A wiesz ty, ile ona tak naprawdę ma lat? I iż przed stolicą robiła pierogi w barze u Sławka? No i się zaczęło.
Mąż obrażony, najpierw fochy, potem coraz częściej zaglądał do Żubrówki, wypłacił sobie połowę naszego biznesu i długi narobił w bankach. W końcu przyszedł ten rozwód. Lokal musieliśmy podzielić, ja kupiłam skromne mieszkanie, Marek wziął kredyty na wszystko, co się dało pod zastaw, a ja zostałam sama z kredensem i herbatą z torebki.
Zaczęłam się starzeć szybciej niż przewidywał nowy dowód osobisty, a pracować wciąż trzeba choć już wiek emerytalny i sił coraz mniej. Czasami przy kawie wspominam Tomasza, który kiedyś mówił: Alicja, rozsądek się przydaje, choćby w Warszawie. Ale kto by wtedy słuchał?
Niedawno byłam u mamy na imieninach i spotkałam Zosię z klasy. Ona od dwóch lat na emeryturze, wnuku pieluchy zmienia, ogórki w słoiki pakuje, a ja dalej biegam do roboty, bo lekarz też swoje kosztuje. No cóż, za błędy młodości płaci się z własnej kieszeni, a nie z cudzej.
Czasem naprawdę potrzeba mi dobrej rady, jak odkręcić te młodzieńcze głupoty może ktoś ma jakiś sprawdzony sposób?










