Jeszcze kilka lat temu nie przypuszczałam, iż coś takiego w ogóle może mi się przydarzyć. Po śmierci mojego męża życie stało się ciche i uporządkowane. Dni wyglądały podobnie: zakupy, spacer, telefon do córek, czasem wizyta u lekarza.
Powoli przyzwyczaiłam się do tego, iż jestem sama.
A potem poznałam Marka.
Spotkaliśmy się przypadkiem w bibliotece. Szukał książki, która akurat była w moich rękach. Zaczęliśmy rozmawiać — najpierw o książkach, potem o życiu, o podróżach, o tym, jak dziwnie zmienia się świat.
Dopiero po chwili zorientowałam się, iż jest ode mnie dużo młodszy.
Miał czterdzieści dwa lata.
Powinnam była się wycofać. Tak przynajmniej podpowiadał rozsądek. Ale rozmowy z nim były czymś, czego nie czułam od bardzo dawna — lekkością.
Zaczęliśmy się spotykać.
Kiedy powiedział, iż chce ze mną ułożyć sobie życie, przez chwilę myślałam, iż to jakiś żart.
— Wiesz, ile ja mam lat? — zapytałam.
Uśmiechnął się.
— Wiem. I co z tego?
Pierwszymi osobami, którym o tym powiedziałam, były moje córki.
Reakcja była natychmiastowa.
— Mamo, on cię oszukuje — powiedziała starsza.
— Tacy faceci zawsze czegoś chcą — dodała młodsza.
— Pomyśl logicznie. Czterdziestodwulatek chce być z sześćdziesięciolatką?
Słuchałam ich w milczeniu.
Może miały rację.
Może naprawdę byłam naiwna.
Kilka dni później spotkałam się z Markiem w kawiarni. Patrzył na mnie uważnie, jakby od razu wyczuł, iż coś jest nie tak.
— Twoje córki? — zapytał.
Skinęłam głową.
— Myślą, iż kłamiesz — powiedziałam cicho.
Przez chwilę nic nie mówił.
— A ty? — zapytał w końcu.
To było najtrudniejsze pytanie.
Bo gdzieś głęboko w środku czułam coś, czego nie potrafiłam wyjaśnić. Strach pomieszany z nadzieją.
Po sześćdziesięciu latach życia człowiek powinien być już odporny na złudzenia.
A jednak patrząc na niego, nagle miałam wrażenie, iż życie jeszcze się nie skończyło.
I iż być może najtrudniejszą decyzją nie będzie uwierzyć jemu…
Tylko uwierzyć w to, iż w moim wieku też można być jeszcze czyjąś miłością.





