Z Leszkiem Zduniem (nie tylko) o klasyce

beskidzka24.pl 1 godzina temu

Aktor i reżyser, a także współzałożyciel Teatru Klasyki Polskiej, Leszek Zduń, tuż przed spektaklem „Śluby panieńskie” w Strumieniu opowiada o swojej drodze artystycznej, miłości do klasyki, współpracy z Romanem Kołakowskim, wspomnieniach o Gabrieli Kownackiej oraz o tym, czy wróciłby na plan serialu „Rodzina zastępcza PLUS”.

Aktor telewizyjny, teatralny, dubbingowy, reżyser, a także współzałożyciel Teatru Klasyki Polskiej, z którym to przyjechał Pan dzisiaj do Strumienia, by zagrać „Śluby panieńskie” Fredry. Za chwilę do tego wrócimy. Na początek – wszystko się zgadza?

Tu wszystko się zgadza.

Chyba śmiało można powiedzieć, iż dość często ostatnio bywa Pan w okolicznych stronach, albowiem 11 listopada, w 107. rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości, wystąpił Pan w czeskim Jabłonkowie w koncercie „Bo tęsknię po Tobie”. Jak wraca się w te strony?

Bardzo lubię te powroty. Te strony nie są mi do końca obce, bo pochodzę z okolic, z Beskidu Makowskiego. W czasach licealnych jeździłem sporo po tych terenach na rowerze. Pierwsza wycieczka prowadziła przez Śląsk Cieszyński i okolice.

O czym najczęściej myśli Pan, wędrując po górach?

Myślę o tym, co przede mną, ale też o tym, co za mną. W górach staram się jednak za dużo nie rozmyślać, po prostu idę, jestem w drodze. Próbuję być tu i teraz.

W górach panuje cisza, są wspaniałym miejscem, by wyciszyć się i nabrać dystansu. Ma Pan swoje ulubione miejsca, w których najefektowniej odpoczywa Pan po intensywnej trasie teatralnej czy dniach zdjęciowych?

Każdego roku staram się iść w Tatry lub w Bieszczady. Nie mam jednej ulubionej trasy. Przyznam jednak, iż w Beskidzie Makowskim mam trasę, którą bardzo lubię. To blisko mojego domu. A jeżeli miałbym wymienić jedną górę, którą odwiedzam bardzo często, to Babia Góra.

Oscylując dalej wokół niedawnego Święta Niepodległości – w 2018 roku, w 100. rocznicę tego wydarzenia, wystąpił Pan w artystycznym widowisku multimedialnym „Sztandary Niepodległości” na cieszyńskim rynku, autorstwa i w reżyserii nieodżałowanego Romana Kołakowskiego. Jak wspomina Pan artystę?

Mam z nim same dobre skojarzenia. Zazdrościłem kolegom, którzy brali udział w jego wydarzeniach. Któregoś razu do mnie zadzwonił i wciągnął mnie do swojej ekipy. Bardzo mi się podobało to, co robił. To pozwoliło mi obrać nową życiową ścieżkę. kooperacja z nim otworzyła mi głowę na to, iż ja też mogę pisać, organizować i reżyserować wydarzenia. Zaczynałem od wydarzeń okolicznościowych. Z pierwszymi moimi scenariuszami przychodziłem właśnie do Romka. Doradzał mi.

Gdybyście się nie spotkali na tej artystycznej ścieżce, mogło być tak, iż te możliwości by się przed Panem nie otworzyły?

Tego nie wiem. Wierzę, iż spotykamy ludzi, którzy są nam potrzebni, by obrać adekwatną drogę. Gdyby nie Romek, to może wskazałby ją ktoś inny, a może rzeczywiście w ogóle by się to nie wydarzyło.

Teatr Klasyki Polskiej jako Fundacja Teatr Klasyki Polskiej powstał w 2020 roku. Jaka była droga od pomysłu po realizację?

Dwóch moich kolegów założyło Fundację Teatru Klasyki Polskiej. Zaprosili mnie do niej, ale też do realizacji pierwszego przedstawienia, którym była „Zemsta”. W ciągu trzech lat powstało jeszcze kilka innych spektakli. Najwyraźniej ta inicjatywa okazała się potrzebna. W marcu 2023 roku minister Piotr Gliński powołał instytucję Teatr Klasyki Polskiej.

Która premiera była dla Pana najważniejsza?

To zdecydowanie „Noc listopadowa”, którą reżyserowałem. Była wystawiana w Łazienkach Królewskich w Warszawie.

Mam wrażenie, iż do tej pory brakowało takiego miejsca, które systematycznie prezentowałoby repertuar narodowy. Zgodzi się Pan z tym stwierdzeniem?

Mnie trudno to oceniać, ponieważ mieszkam w Warszawie. To duże miasto, z dostępem do wielu teatrów. W takich miejscach łatwiej zobaczyć klasyczną sztukę. Ale Polska to nie tylko Warszawa. Wędrujemy z klasyką po całym kraju. Jest mnóstwo miejscowości, z których ludzie z różnych powodów nie dojeżdżają do większych miast, by pójść do teatru. My – Teatr Klasyki Polskiej – przyjeżdżamy do nich. Za każdym razem widzowie fantastycznie nas przyjmują. To trafiony pomysł, który dobrze się sprawdza.

Jak już wspominaliśmy, powodem naszego spotkania są „Śluby panieńskie”. Kiedy po raz pierwszy zetknął się Pan z twórczością Fredry?

Jeśli chodzi o zawodowe spotkanie z Fredrą, to pierwszym tytułem, w którym zagrałem, było „Dożywocie”. Grałem Michała Lagenę. Reżyserował Jan Englert. Sztukę można było zobaczyć w Teatrze Narodowym.

Natknęłam się na materiał, w którym o Fredrze mówi Pan jako o królu komedii polskiej. Drążąc temat dalej – co najbardziej ceni Pan w jego twórczości?

Żywy język. Jest cudowny, przystępny, dowcipny i bardzo kolorowy. Fredro bardzo dobrze pisał. Rozumiał ludzi. Lubił swoich bohaterów. Są bardzo barwni, pełni emocji. Kulturotwórcza warstwa, jaką jest język, to istotny element naszej tożsamości.

W spektaklu wciela się Pan w Radosta, dobrodusznego starszego pana, stryja Gustawa, który chce ożenić go z Anielą Dobrójską. Jak Pan go budował? Na co skupiał Pan szczególną uwagę?

Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie. Nad każdą sztuką czuwa reżyser, który gdzieś nas popycha i nami kieruje. To wspólna praca. Staraliśmy się, by utrzymać dobre proporcje pomiędzy powagą a dowcipem. Jako dla aktora było dla mnie ważne, by reżyserka, Lidia Sadowa, wyznaczała mi zadania do wykonania w każdej ze scen. Podążając za tymi wskazówkami, krok po kroku doszliśmy do postaci, którą z przyjemnością gram, a widzowie przyjmują ją z dużą sympatią.

Jak grać klasykę, by zainteresowała widza w dzisiejszych czasach? Czy konieczne, choć do pewnego stopnia, jest zerwanie z klasycznym podejściem do niej?

Niekoniecznie. Osobiście nie przepadam za zbyt nowatorskimi pomysłami w klasyce. Nie mówię, iż to jest złe. Ja, kiedy wystawiane są sztuki np. Fredry, lubię zobaczyć kostium i sprzęty z epoki. Świat jednak cały czas się zmienia i nowe spojrzenie na klasykę jest konieczne, by nie tracić kontaktu z odbiorcą. Ważne, żeby nie wypaczać idei autora. Nie naciągać jej do jakichś ideowych przepychanek.

W jednym z wywiadów wyznał Pan, iż był taki czas, w którym nie lubił Pan czytać. Czy zatem było tak, iż w czasach szkolnych również do czytania klasyki polskiej trzeba było Pana namawiać?

Tak. Nie lubiłem czytać, zwłaszcza sztuk dramatycznych. Gubiłem się. Myliłem imiona bohaterów.

Po lekturze jakiej książki odkrył Pan w sobie pasję do czytania? Jakim czytelnikiem jest Pan teraz i czego w książkach Pan poszukuje?

Jestem czytelnikiem umiarkowanym. Czasem czytam dużo, a innym razem potrzebuję przerwy. Piszę sporo scenariuszy, więc bardzo często czytam zadaniowo. Kiedy mam napisać o jakimś wydarzeniu, czytam materiały, które mogą mi w tym pomóc. Nie wiem, od której książki się zaczęło moje czytanie. Nie pamiętam. Na pewno jakiś nowy rozdział czytelniczy w moim życiu otworzyła książka „Cień wiatru”, której autorem jest Carlos Ruiz Zafón. Po tej książce czekałem na dzień premiery kolejnej jego książki.

Spotyka się Pan z takimi opiniami, iż spektakle wystawiane przez Was powodują później, iż młodzież chętniej sięga po książki?

Nie znam odpowiedzi na to pytanie, ale wydaje mi się to prawdopodobne. Młodzież przychodzi do nas, nasze sztuki jej się podobają.

Wydaje mi się, iż serialem, z którym jest Pan najczęściej kojarzony przez widzów, przez cały czas jest „Rodzina zastępcza PLUS”, czy się mylę?

Faktycznie, najczęściej jestem kojarzony właśnie z tym serialem.

To właśnie tam wcielał się Pan w Kubę Potulickiego. Powroty seriali są teraz modne. Gdyby była taka możliwość, wróciłby Pan na plan?

To mój zawód. Gdyby propozycja była ciekawa, to z przyjemnością.

30 listopada minęło 15 lat od śmierci Gabrieli Kownackiej. Jak zapamiętał Pan tę aktorkę?

Cudowna kobieta. Znałem ją nie tylko z planu tego serialu. Pracowaliśmy też razem we wspominanym Teatrze Narodowym. Była ciepła, koleżeńska. Miała dobrą aurę. Była wspaniałą aktorką.

Dziękuję za rozmowę.

Idź do oryginalnego materiału