You seem pretty sad for a girl so in love – czyli nowa płyta Olivii Rodrigo

gazetafenestra.pl 23 godzin temu
Olivia Rodrigo wydałan album ,,You seem pretty sad for a girl so in love” / Źródło: https://www.flickr.com/photos/nrk-p3/53759672491, fot. NRK P3 (CC BY-NC-SA 2.0)

Jest czwarta nad ranem. Podłoga wydaje się jedynym bezpiecznym miejscem, a koniec spotkania ze znajomymi staje się nieubłagany, bo za oknem zaczyna robić się niebezpiecznie jasno. To idealny moment, by włączyć nowy album Olivii Rodrigo – soundtrack do naszych najbardziej szczerych rozmów przy ,,ostatnim drinku”. Album jest intymnym zapisem lęków pokolenia, które cierpi na chroniczną bezsenność. To płyta dla tych, którzy nie potrafią spać, bo zbyt długo analizują własną przeszłość i przyszłość. Sprawdzamy, czy w chaosie dźwięków Rodrigo udało się znaleźć antidotum na dorosłość?

Jej trzeci, po ,,Sour” i ,,Guts”, niezwykle wyczekiwany studyjny album ,,You seem pretty sad for a girl so in love” ukazał się 12 czerwca. Presja była naprawdę kolosalna, biorąc pod uwagę, iż za swój debiutancki album otrzymała trzy nagrody Grammy. W ciągu pięciu lat od debiutu Rodrigo zyskała status „królowej smutnych piosenek”, co potwierdzać może e-mail od Universal Music Group, który miał zmobilizować fanów do zamówienia albumu w przedsprzedaży. Zostawiła tam odręcznie napisaną wiadomość z tytułem albumu na wstępie, po czym dodała – „Nieważne, jak bardzo staram się pisać piosenki o miłości, zawsze wychodzą mi one przesiąknięte nutą melancholii”.

Jej trzecie ,,dziecko” sprzedaje i ,,klika się” niesamowicie, uzyskując po drodze uznanie i zachwyty kolejnych krytyków. Na okładce wokalistka buja się na huśtawce w uroczej, różowej sukience – kolorze, który stał się przewodnim motywem tej ery. Po przesłuchaniu całości, trudno oprzeć się tezie, iż ten strój to tylko koń trojański. Album ten to emocjonalny rollercoaster, który powinien być opatrzony ostrzeżeniem dla słuchacza. Wokalistka zabiera nas w podróż: od wystawnego Wersalu z teledysku do singlowego „drop dead”, przez melodie i słowa przywracające 2017 rok i ,,La La Land”, po ukłony w stronę The Cure. Olivia nie jest już tylko smutna – ona wściekła, rozczarowana, przestraszona, a momentami zgorzkniała bo rozpaczliwie prosi o uwagę, jednocześnie wypierając rzeczywistość w ,,Begged” – ,,But nothing’s quite enough when I know that to gеt it, I begged”. Porozmawiajmy więc o tym, jak ta płyta może stać się dla kogoś „the cure” i dlaczego to soundtrack do rozmów o podwyższonym ryzyku.

Anatomia rozpadu

Album ma formę chronologicznie i szczegółowo przeprowadzonej spowiedzi. Opowiada historię dziewczyny, która od bezpamiętnego zauroczenia przechodzi do stanu, w którym żadna „stupid song” nie jest w stanie oddać skali jej zakochania. Rodrigo analizuje strach przed utratą bliskości, zazdrość i to, iż wszystkie jej obawy tworzy sama w swojej głowie. Gdy pojawia się ,,ten jedyny”, przestaje czuć się niekompletna, zagubiona i znów wydaje jej się, iż jest dla niego ważna. Zastanawia się, jak poradzić sobie z widmem nadchodzącego końca relacji, wciąż żywiąc nadzieję że: ,,And I hope I never see what your face looks like going A face I swear that I could spend my whole life knowing”. Zacytowany ,,Honeybee” to jeden z tych utworów, który przeniósł mnie do La La Land i ,,City of stars” – i jak bardzo melancholijnie to nie zabrzmi – tragicznej historii miłości głównych bohaterów.

Tytuł drugiego singla to mrugnięcie okiem w stronę legendarnego zespołu – The Cure, który należy do jednego z ulubionych Olivii. Wokalistka zdaje się wierzyć, iż znalazła antidotum na powracającą i przygniatającą samotność. Wracamy tutaj do punktu wyjścia: to płyta dla tych, którzy w samotności kwestionują każdy swój ruch i analizują scenariusze, które skutecznie dewastują ich poczucie własnej wartości. Łudziła się, iż ta relacja stanie się lekarstwem – bezpieczną przestrzenią – warsztatem, w którym naprawi wszystko, co uważa w sobie za toksyczne. Słychać to w każdej nucie i każdej wyśpiewanej, a wręcz wykrzyczanej linijce tekstu. Ogarnia ją obsesja, a czarny scenariusz osiąga wagę nie do zniesienia. Jej lęk przed odrzuceniem, rozczarowanie sobą i autodestrukcyjne tendencje stają się jej codziennością. Okazuje się, iż on nie jest ratunkiem na jej ,,toksyny”. Powtarza tę samą grę, gdzie ustaliła zasady i za każdym razem przepada. Buduje napięcie, paranoicznie powtarzając ,,I’m unraveled” i ,,Why can’t you come stitch me up? Why can’t it ever be enough?”, co jeszcze bardziej akcentuje jej frustrację i żal. To jeden z tych utworów, obok których nikt nie przechodzi obojętnie. Zostając w temacie zespołu, należy wspomnieć, iż to właśnie na tej płycie ukazał się jej pierwszy w dyskografii duet ,,What’s wrong with me?” – i to nie byle z kim, bo z frontmanem wspomnianego już wcześniej The Cure – Robertem Smithem. ,,Went to the doctor and she said I was fine, Tried meditation with a bottle of wine”.

W warstwie produkcyjnej album przypomina dynamiczne wahadło. Rodrigo z mistrzowską precyzją zarządza napięciem, lawirując między wyciszonymi, niemal szeptanymi zwrotkami, a refrenami, które eksplodują ciężarem perkusji i potężną dawką gitarowego hałasu, jak we wspomnianym już ,,the cure”. To przemyślana struktura dźwięku: każda zmiana tempa, każde nagłe wygaszenie instrumentów służy budowaniu narracji. W rezultacie otrzymujemy spójną podróż, w której chaos emocjonalny zostaje poprowadzony w precyzyjnie określonych ramach.

Przeskakuje od jednych z najbardziej dramatycznych słów jakie kiedykolwiek napisała w piosence ,,less”: ,,If loving me means letting go and wishing me the best Then I guess I wish, I wish, I wish you loved me less”, przechodząc do ,,expectation”, gdzie wyraźnie stawia granice i jasno komunikuje nam jakiego mężczyzny teraz szuka, a może jakiego nie szuka ,,I won’t settle for a guy with a fake job” – i śpiewa to wszystko w tak dynamiczny sposób, iż jako słuchacze, zanim zdążymy się zorientować, iż Oliva dla odmiany jest rozbawiona i nieco sarkastyczna, już wracamy, do dramatycznych melodii i zakończenia albumu piosenką ,,cigarette smoke”, gdzie opowiada nam jak wciąż nie może go zapomnieć. Dom wydaje jej się pusty, a ona sama pragnie jak najszybciej o nim zapomnieć: ,,It’s a cigarette smoke (…) Seeps into my bones”.

Diagnoza

To płyta, na którą Olivia miała bardzo konkretny plan i zrealizowała go bezbłędnie. Materiał wpada w ucho, nie dając o sobie zapomnieć i po raz kolejny udowadnia, iż artystka stanowi realną konkurencję dla dotychczasowych ikon muzyki popularnej. Jest w niej ten nieuchwytny pierwiastek, którego nie wykreuje choćby najlepszy marketing i ogromny budżet – całkowita autentyczność i szczerość, której nie sposób podważyć. Rodrigo posługuje się poruszającymi metaforami, które zawsze trafiają w punkt. To artystka, która przeprowadza nas od utworu, przy którym zdzierasz obcasy na parkiecie, do momentu totalnej zadumy, w której nagle zostajesz sam ze swoimi myślami. Właśnie wtedy przychodzi moment na refleksję, z którą utożsamia się większość z nas. Album nie odniósłby tak spektakularnego sukcesu, gdyby nie umiejętność autorki do bezbłędnego namierzania najczulszych punktów naszej psychiki. Olivia przekłada potok własnych chaotycznych myśli na język muzyki, dając nam poczucie zrozumienia i ukojenia. Przekłada nasze lęki na słowa, których nigdy nie potrafiliśmy znaleźć. Porusza tematy, które są naszą codziennością – albo codziennością ludzi obok nas, którzy nie mają odwagi przyznać się do własnego zwątpienia i zagubienia ,,I should talk to a friend, But I can’t get out of bed (…)I can’t eat, I can’t sleep”.

Dlatego czwarta nad ranem i ostatni drink wydają się trafną, choć nieco niepoprawną klamrą dla tej opowieści. W tym stanie zawieszenia, między nocą a dniem, muzyka Rodrigo przestaje być tylko zbiorem piosenek – staje się tym, o czym wspomniałam na początku: najbardziej intymnym zapisem naszych lęków, w którym zamiast szukać odpowiedzi, wreszcie godzimy się z własną niepewnością.

ALICJA HELAK

Idź do oryginalnego materiału