Wszystkie rodzinne wyroki wydała najstarsza córka Jagoda. Złośliwość i wygórowane wymagania względem narzeczów doprowadziły ją do tego, iż nigdy nie wyszła za mąż, a w trzydziestkę stała się żarliwą niewierną mężowi jakby w brzuchu nosiła czarny kamień, a na zewnątrz był to koszmar mężczyzny w ludzkiej skórze.
Przybądź rzuciła, jakby wykrzyknęła. Młodsza córka, Łucja, puszysta i rozbawiona, przytaknęła z uśmiechem. Matka milczała, ale na jej ponurej twarzy widać było, iż przyszła synowa nie podoba się ani jej. A co mogło się podobać? Jedyny syn, jedyna podpora, po odbyciu służby wojskowej przywiózł żonę. Ta żona nie miała ani ojca, ani matki, ani grosza w portfelu. Nikt nie wiedział, czy rosła w domu dziecka, czy po krewnej przeskoczyła. Miał się ukrywać, śmiał się, iż nie płacz, mamo, już zarobimy nasze złoto. Rozmawiaj więc z tym gawędziarzem. Kogo w rodzinę wprowadził? Może jakąś złodziejkę, oszustkę nie wiadomo, ilu już ich jest!
Od kiedy przybądź wpadła do domu, Wiktoria Nikiticzka nie zamknęła oka. Migała półprzytomna. Czekała na każdą figlarną sztuczkę nowej krewnej, kiedy zacznie grzebać w szafach. A córki ciągle ją namawiają: Przenieś cenne rzeczy pod drzwi, by nigdy nie zniknęły. Bo co, kiedyś rano obudzimy się i znajdziemy jedynie kurz i zgliszcza?
Kacper, syn, w ciągu miesiąca pożerał własną skórę: Kogo w domu wprowadziłeś? Gdzie były twoje oczy? Nie ma już skóry, nie ma twarzy!.
Lecz nie ma co siedzieć z rękami w kieszeniach, życie trzeba prowadzić. I tak przybądź znalazła swe miejsce.
Dom bogaty, ogród trzydzieści ar przyozdobiony trzema prosiakami, ptaki latające niczym chmury. Pracować cały dzień i nie wykończyć tak to bywa. Ale przybądź nie narzekała. Gotowała, sprzątała, dbała o prosiaki, rękoma machała po całym domu. Starała się zadowolić teściową. ale jeżeli serce matki nie jest spokojne, choćby złoto nie zagłuszy rozdarcia. Niechciana synowa, dręczona gniewem, wypowiedziała w pierwszy dzień:
Mów do mnie imieniem i patronimkiem. Lepiej tak będzie. Mam już własne córki, a ty, choćbyś się starała, nie zostaniesz dla mnie jak własna krew.
Od tego czasu przybądź stała się Wiktorią Nikiticzką, a matka nie nazywała jej inaczej. Trzeba coś zrobić lub powiedzieć mawiała matka, jednak nic więcej nie dodawała. Nie pozwalała też nikomu wtrącać się w sprawy przybądź. Każdy wątek wplatała w rozmowy, a kiedy trzeba było powstrzymać rozszalałe córki, matka wtrącała się nie z litości, ale z potrzeby porządku w domu. Przecież dziewczyna była pracowita, nie leniucha, a matka, nie przyznając się, powoli topniała w cieple.
Może wszystko by się ułożyło, gdyby Kacper nie wędrował.
Jaki mężczyzna wytrzymałby, gdy od rana do nocy dwie głosy go dręczą: Na kogo się ożeniłeś? Na kogo się ożeniłeś?. Jagoda, złośliwa, przedstawiła mu jakąś przyjaciółkę, a potem wszystko się zakręciło. Zstępnice świętowały zwycięstwo: Teraz nienawistna przybądź posprząta. Matka milczała, a przybądź udawała, iż nic się nie stało, choć oczy jej zwiotczały, pełne smutku. Nagle, jak grzmot w bezchmurnym niebie, dwie wieści: przybądź spodziewa się dziecka, a Kacper od niej się rozwodzi.
Nie tak mieć może być rzekła matka do Kacpra. Nie wybrałam jej za żonę.
Ale już poślubił, więc niech żyje! Nie ma sensu się kłócić. niedługo będziesz ojcem. jeżeli zepsujesz rodzinę, wyrzucę cię z domu i nie będę cię więcej znała. A Zuzanna tu zostanie.
Po raz pierwszy w życiu matka nazwała przybądź po imieniu. Siostry zaniemówiły. Kacper wybuchnął: Jestem mężczyzną, decyduję sam. Matka włożyła ręce w biodra i roześmiała się: Jakiś mężczyzna? Jeszcze masz tylko spodnie. Kiedy urodzisz dziecko, wyhodujesz je, dasz mu rozum, wyprowadzisz w ludzi, wtedy dopiero będziesz prawdziwym mężczyzną!.
Nigdy nie ukrywała się pod słowem. Kacper jednak przyklejał się do matki.
Gdy tylko wymyślił plan, wyjechał. Zuzanna została. Po upływie czasu urodziła dziewczynkę i nazwała ją Wariolą. Matka, kiedy się o tym dowiedziała, nie wypowiedziała nic, ale widać było w niej radość.
Na zewnątrz dom nie zmienił się, ale Kacper zagubił drogę do domu, poczuł się urażony. Matka również się martwiła, choć nie pokazywała tego. Zaczęła kochać wnuczkę, rozpieszczać ją, kupować zabawki i słodycze. Zuzanna jednak nie wybaczyła, iż straciła syna przez nią, choć nie powiedziała tego głośno.
Dziesięć lat minęło. Siostry wyszły za mąż, a w wielkim domu pozostały trójka: matka, Zuzanna i Wariola. Kacper został powołany i wyjechał z nową żoną na północ. Do Zuzanny podchodził już emerytowany oficer, starszy od niej, rozstany z żoną, zostawił jej mieszkanie, a sam mieszkał w akademiku. Dostawał rentę, był poważnym kandydatem na zięcia. Zuzanna go polubiła, ale co miałby zrobić? Zabrać go do teściowej?
Wyjaśniła mu wszystko, poprosiła o wybaczenie i odszedł. Nie będąc głupcem, przybył do matki na pokłon. Wiktorio Nikiticzko, kocham Zuzannę, nie mogę bez niej żyć.
Matka nie drgnęła.
Kochasz? rzekła. No to zamieszkajcie razem.
Zamilkła i dodała:
Nie dam ci zabierać Warioli. Tu zostaniecie u mnie.
I tak wszyscy zamieszkali razem. Sąsiedzi drążyli językami, opowiadając, jak szalona Nikiticzka wypędziła własnego syna, a przybądź przyjęła go z uśmiechem. Nikt już nie sprzątał kości Wiktorii. Ona ignorowała plotki, nie rozmawiała z sąsiadkami, nie wspominała o młodzieży, trzymała się dumnie i nieprzeniknionej.
Zuzanna urodziła Katarzynę. Matka nie mogła zachwycić się własnymi wnuczkami. Jaką Katarzynę mamy? To nie wnuczka. rzekła z rozdrażnieniem.
Lecz nagle los zadrwił. Zuzanna poważnie zachorowała. Mąż rozpadł się, jednego dnia choćby się upił. Matka, cicho, bez słów, wypłaciła wszystkie pieniądze z konta, zabrała Zuzannę do Warszawy, kupiła najdroższe leki, odwiedzała najznamienitszych lekarzy. Nic nie pomogło.
Rano Zuzanna poczuła się nieco lepiej i poprosiła o rosół z kurczaka. Matka, rozpromieniona, natychmiast zabiła kurę, odciągnęła pióra i ugotowała wywar. Gdy podniosła miskę, Zuzanna nie mogła go zjeść i po raz pierwszy w życiu zapłakała. Matka, której nikt nie widział płaczącej, zapłakała razem z nią:
Co, córeczko, odchodzisz od mnie, kiedy cię kochałam? Co robisz?
Po chwili uspokoiła się, wytrzeć łzy i rzekła:
Nie martw się o dzieci, nie zginą.
Do końca nie wypowiedziała już więcej łez, siedziała przy Zuzannie, trzymała ją za rękę i delikatnie głaskała, jakby prosząc o przebaczenie za wszystko, co między nimi było.
Kolejne dziesięć lat minęło. Wariolę chciano wydać. Przybyły Jagoda i Łucja, już starsze, sprytnie podarty. Żadna z nich nie mogła pochwalić się dziećmi. Zgromadziła się rodzina, a Kacper powrócił. Z żoną już się rozstał, pił mocno. Kiedy zobaczył, jak piękna jest Wariola, ucieszył się, choć nie spodziewał się takiej córki. Gdy usłyszał, iż jej ojciec to nie on, zapłonął gniew i zwrócił się do matki z pretensjami:
To twoja wina, iż wpuściłaś obcego mężczyznę do domu. Niech sprząta. Nie ma tu miejsca dla niego. Ja jestem ojcem!
Matka odpowiedziała:
Nie, synu. Nie jesteś ojcem. Jak byłeś w spodniach, nie wyrosłeś jeszcze w mężczyznę.
Rzekła to, jakby wykrzyknęła. Kacper nie wytrzymał upokorzenia, spakował rzeczy i znów wyruszył wędrować po świecie. Wariola wyjechała za mąż, urodziła syna i nazwała go Aleksandrem, na cześć przybranego ojca. Babcię Warię pochowano w pobliżu Zuzanny.
Tak leżą w rzędzie: synowa i teściowa, a wiosną między nimi wyrosła brzoza. Skąd się wzięła, nie wiadomo. Nikt jej nie sadził. Może to pożegnanie od Zuzanny, może ostatni przebieg od matki.






