Wywiad z Frankiem Hallem z Necromandusa

strefamusicart.pl 1 godzina temu
Zdjęcie: Frank Hall – miniatura na YT


Autor Michał Czaplicki

W 1972 Tony Iommi usłyszał pewien brytyjski zespół z Egremont, którym zachwycił się na tyle, iż zaprosił go do supportowania Black Sabbath na ich trasie po Wielkiej Brytanii w 1973. Poza tym wyprodukował ich debiutancki album „Orexis of Death”, na którym także zagrał gościnnie na gitarze. Mowa tu o zespole Necromandus, który miał potencjał by osiągnąć sukces – znakomite kompozycje, wybitnych muzyków w składzie, wizerunek, charyzmę i wiele innych sprzyjających czynników. Los jednak zdecydował inaczej i Necromandus rozpadł się jeszcze w 1973, a wspomniany album ukazał się dopiero w 1999. W 2016 zespół reaktywował się, choć z oryginalnego składu został jedynie perkusista Frank Hall (pozostali niestety już nie żyją), który z nową wersją Necromandusa nagrał kolejny studyjny album “Necromandus” (’17). Niezwykłą historią grupy, jej powiązaniami z Black Sabbath (także jako pierwszy solowy zespół Ozzy’ego Osbourne’a- Blizzard Of Ozz) i innymi ciekawostkiami ze swojej biografii, chętnie podzielił się ze mną wspomniany Frank Hall, a kilka informacji uzupełnił także zaprzyjaźniony z Frankiem, gitarzysta i członek grupy Hammerhead, Buzz Elliott.

M.Cz.: W muzyce Necromandus słyszę więcej wpływów zespołów rocka progresywnego, takich jak Yes czy King Crimson, być może w cięższej wersji, ale nie aż tak wiele elementów Black Sabbath, jak twierdzi wiele osób. Co o tym sądzisz?

F.H.: Necromandus był zespołem jazzowo-progresywno-rockowym, który – mamy nadzieję – tworzył unikalne, progresywne, „jazzujące” brzmienie z rozbudowanymi, złożonymi aranżacjami. Choć, uczciwie mówiąc, część naszego wcześniejszego materiału, który nie został nagrany podczas tamtych sesji studyjnych, miała rzeczywiście cięższy charakter. Warto też dodać, iż na koncertach większość utworów graliśmy bardziej agresywnie i głośniej, niż mogłyby sugerować ich wersje studyjne. Dlatego osoby, które widziały nas na żywo w tamtym okresie, mogły dokonywać porównań do Black Sabbath.

M.Cz.: W 2016 roku reaktywowałeś Necromandus z nowymi muzykami, ale – jak kiedyś powiedziałeś – to nie było już to samo i nie wkładałeś w to całego serca. Mimo wszystko album, który razem nagraliście, jest bardzo dobry, a materiał na nim pochodzi z połowy lat 70., czy to prawda?

F.H.: Pomimo znakomitego poziomu muzycznego wersji Necromandus z 2016 roku, brakowało jej mocy i chemii, jaką pamiętam z oryginalnego składu. Był to przyjemny i wartościowy projekt, dopóki trwał, i jestem dumny z powstałego albumu, ale ostatecznie – z różnych powodów – nie miał on szans przetrwać na dłuższą metę. Zgodziłbym się, iż album ma klimat połowy lat siedemdziesiątych. Kilka utworów to przerobione starsze kompozycje Necromandus, uzupełnione o kilka nowych kawałków napisanych specjalnie na potrzeby tego projektu.

M.Cz.: Czy Necromandus przez cały czas jest aktywnym zespołem?
F.H.:
Necromandus już nie istnieje, jestem jedynym, który wciąż żyje.

M.Cz.:. Z Necromandusem supportowaliście wiele znanych grup. Czy możesz podzielić się jakimiś ciekawymi anegdotami z tamtego okresu?
F.H.:
Kiedy Necromandus grał jako support dla Black Sabbath w St George’s Hall w Szkocji, publiczność kompletnie oszalała i doszczętnie zdemolowała pierwsze pięć rzędów siedzeń. Nigdy wcześniej nie widzieliśmy czegoś takiego i pomyślałem, iż to musi być jakaś szalona szkocka tradycja lol.

Kiedy przebywasz w towarzystwie takich ludzi jak Ozzy Osbourne, dziwne rzeczy zdarzają się cały czas. Pewnego razu byliśmy w sklepie, gdy starsza pani została okradziona przez napastnika. Niestety nie złapaliśmy go na czas i uciekł, ale Ozzy podszedł do tej kobiety i wcisnął jej w dłonie pokaźny plik banknotów, aby zrekompensować jej traumę.

Inne dziwne, niewytłumaczalne zdarzenie miało miejsce w studiu i dotyczyło ostatniego utworu, jaki oryginalny skład Necromandus kiedykolwiek napisał. Skomponowaliśmy go razem z Bazem i nadaliśmy mu tytuł „Lies and Spy’s”. Utwór opowiadał o rządach i ich manipulacyjnych sposobach kontrolowania ludzi — o wykorzystywaniu strachu do sprawowania kontroli. Trwał około dziewięciu minut i brakowało już tylko jednego sola gitarowego, aby go ukończyć.

Kiedy następnego dnia pojawiliśmy się w studiu, by dokończyć nagranie, stało się coś jakby za sprawą tajemniczej magii — ścieżka całkowicie zniknęła. Gdy zaczęliśmy pytać, co się z nią stało, nikt nic nie wiedział. Sprawdziliśmy każdy magnetofon szpulowy Revox, każdą konsoletę, przeszukaliśmy wszystko — ale nagranie po prostu wyparowało. To była ogromna szkoda, ponieważ realizator dźwięku twierdził, iż jego zdaniem ten utwór przewyższał wszystkie pozostałe na albumie. Bardzo, bardzo dziwna historia. Do dziś nie dowiedzieliśmy się, co stało się z tym nagraniem.

M.Cz.:. Czy Tony Iommi sugerował jakieś pomysły na kompozycje, albo w jakikolwiek sposób uczestniczył w procesie twórczym jako producent?
F.H.: Tony głównie pomagał od strony finansowej, oraz udzielał rad. Od czasu do czasu sugerował coś w kwestii ogólnego brzmienia. Dorzucił też kilka partii gitary prowadzącej, które uzupełniały grę Baza w paru utworach.

M.Cz.: Mógłbyś przytoczyć jakieś interesujące i niezwykłe historie, związane z nagrywaniem w Morgan Studios albumu „Orexis of Death”?

F.H.: Nagrywanie „Orexis of Death” było dla nas czymś zupełnie nowym. Samo układanie ścieżek i podwajanie partii gitar, było dla nas czymś wyjątkowym . Pierwszego ranka w Morgan Studios wszedłem do studia i po prawej stronie zobaczyłem mały pokój. Od razu rozpoznałem człowieka siedzącego przed magnetofonem szpulowym Revox — był to Rick Wakeman z zespołu Yes.

Ponieważ jestem trochę ciekawski i bezpośredni, zapytałem Ricka, nad czym pracuje. Był bardzo miły i odpowiedział: „Nagrywam mój nowy album — „The Six Wives of Henry VIII” ja trochę bezczelnie, zapytałem go, czy zagrałby partie klawiszowe na naszym albumie. Odpowiedział, iż tak! Zapytałem więc, ile by nas to kosztowało, a on z szerokim uśmiechem powiedział: „Czy moglibyście zafundować mi skrzynkę Guinnessa?” J

Rick Wakeman w studio nagraniowym, we wczesnych latach siedemdziesiątych.

M.Cz.:. Kiedy w 1977 roku we trzech dołączyliście do Ozzy’ego, co Bill Branch (wokalista Necromandusa) o tym sądził?
F.H.: Kiedy Baz, Dennis i ja dołączyliśmy do Ozzy’ego Osbourne’a w jego domu, Billy Branch w gruncie rzeczy nie miał z tym problemu i życzył nam powodzenia.

FRANK HALL I BAZ DUNNERY z Ozzym Osbournem w ogrodzie Ozzy’ego podczas pierwszych prób.

M.Cz.: Czy w tamtym czasie zaczęliście coś komponować razem z Ozzym?

F.H.: Na początku próbowaliśmy tworzyć z Ozzym, ale on nie przepadał za brzmieniem rocka progresywnego ani za wszystkimi tymi zmianami metrum — 7/4, 6/8, 7/8… Biedny Ozzy mówił, iż nie jest fanem tych wszystkich „zatrzymań i ruszeń”, jak to nazywał J

M.Cz.: Baz był z tobą w zespole Hammerhead? (a przez jakiś czas także Billy), również w Nerves, ale gwałtownie odszedł. Poza tym, czy miałeś później kontakt z chłopakami z Necromandus?
F.H.:
W czasie gdy grałem w Hammerhead i jednocześnie koncertowaliśmy całkiem intensywnie, mieliśmy też sesję w studio nagraniowym, na którą Billy Branch zgodził się przyjść i zaśpiewać w dwóch nagranych utworach: „Lochinvar”, który znalazł się na bardzo rzadkiej składance „It’s Unheard Of”, oraz „Don’t Look Down” — przerobionej wersji starego utworu Necromandus. Ta wersja trafiła później na album Hammerhead „Will to Survive”.

Technicznie rzecz biorąc, Barry nie był członkiem Hammerhead, ale odbył się jeden koncert w Carnegie Theatre w Workington, podczas którego Baz zagrał razem z Brianem Hodgsonem i ze mną, a na basie wystąpił Dennis McCarten. W praktyce był to więc niemal skład Necromandus (bez Billy’ego), z Brianem z Hammerhead, który dołączył na ten jeden wieczór. Wydaje mi się, iż Buzz ma nagranie wideo z tego występu.Tego wieczoru setlista obejmowała oryginalne utwory obu zespołów oraz kilka różnych coverów, w tym szaloną wersję jednego z popisowych numerów Baza — jego interpretację utworu „Jeff’s Boogie” autorstwa Jeffa Becka. Baz potrafił grać takie rzeczy z niezwykłą łatwością.

Album kompilacyjny „It’s Unheard Of” zawierający nagrania Hammerhead z Frankiem Hallem i Billym Branchem.

Pierwszy album Hammerhead zawierający utwory „Don’t Look Down” i „Lochinvar”.

M.Cz.: Czy możesz powiedzieć coś więcej o tym, co później się z nimi stało?
F.H.:
Po zakończeniu działalności Necromandus nie utrzymywałem już większego kontaktu z resztą chłopaków z zespołu. Myślę, iż po prostu z czasem nasze drogi się rozeszły. Choć Baz i ja graliśmy jeszcze przez krótki czas razem w Nerves w połowie lat 70.

To naprawdę trochę smutne, iż muzycy tak wysokiej klasy jak Baz i Dennis nigdy w pełni nie rozwinęli swojego potencjału. Zwłaszcza Baz był niezwykle utalentowanym muzykiem i zdecydowanie wyprzedzał swoje czasy.

NERVES w klubie MATADOR – BAZ, FRANK i STEVE HADFIELD

M.Cz.: Czy w latach 80. lub 90. pojawiły się jakieś szanse albo próby reaktywowania zespołu w oryginalnym składzie?

F.H.: Prosta odpowiedź brzmi: nie. Dla wszystkich Necromandus był rozdziałem definitywnie zamkniętym.

Poza działalnością w Necromandus Baz Dunnery dołączył do brytyjskiego zespołu Violinski, w którym grał Mik Kaminski z Electric Light Orchestra. Dzięki komercyjnemu sukcesowi singla „Clog Dance” wystąpili w popularnym brytyjskim programie telewizyjnym Top of the Pops.

Autorem utworu był nasz dobry przyjaciel John Marcangelo, który później zaangażował się również w reaktywowaną w 2016 roku wersję Necromandus. Instrumentalny „Clog Dance” miał charakterystyczny klimat orkiestry dętej i z tego względu, był później wielokrotnie nagrywany na nowo przez różnych wykonawców grających w podobnej stylistyce

VIOLINSKI – DENNIS McCARTEN i BAZ DUNNERY w programie ‘Top of the Pops’

M.Cz.: A co z wizerunkiem zespołu? Czy zawsze był tak mroczny i złowieszczy, trochę jak muzyka i wizerunek grupy Black Sabbath m.in. z tymi noszonymi na szyi krzyżami?

F.H.: jeżeli chodzi o album Necromandus jako mroczny i ponury, to tak naprawdę nie uważam, żeby taki był. Ten wizerunek zespołu wydaje się być czymś, co stworzyli niektórzy fani. Z naszej perspektywy po prostu graliśmy własną interpretację jazzu, rocka progresywnego i rocka, wszystko zmieszane razem, i na tym koniec.

Co ciekawe, wszystkie tytuły utworów zostały zmienione, żeby brzmiały bardziej mrocznie i złowieszczo, ale w rzeczywistości większość oryginalnych tytułów była całkiem zabawna i miała własne historie. Chyba można to zrozumieć – wydawca albumu nie chciał przecież używać całej masy śmiesznych tytułów, które były wewnętrznymi żartami i nikt poza nami by ich nie zrozumiał.

Utwór „Ministry Man” ostatecznie pojawił się na unikatowej acetatowej płycie, nagranej w studiu na północnym wschodzie Anglii i w tej chwili znajduje się na albumie winylowym „Companions of Death”, który zawiera również kilka ultra-rzadkich nagrań koncertowych z kolekcji Buzza.

M.Cz.: Buzz, czy możesz przybliżyć nieco historię powstania albumu koncertowego Necromandus „Companions of Death”?

B.E.: OK… Przyjaźnię się z amerykańskim gitarzystą i producentem Tonym Reedem z zespołu Mos Generator. Kilka lat temu skontaktował się ze mną po tym, jak zobaczył, iż opublikowałem na YouTube różne rzadkie nagrania koncertowe Necromandus, którego to zespołu Tony jest ogromnym fanem Był zainteresowany wydaniem albumu z bardzo rzadkim materiałem. Dostarczyłem mu nagrania z mojej prywatnej kolekcji, a Tony wykorzystał swoje doświadczenie studyjne, aby jak najlepiej poprawić jakość ich dźwięku, bowiem niektóre z nich były dość niskiej jakości (lo-fi). Większość zawartości tego albumu, została zarejestrowana magnetofonem szpulowym, z użyciem dwóch mikrofonów ustawionych po obu stronach sceny podczas różnych małych, lokalnych koncertów grupy, w pierwszej połowie lat siedemdziesiątych. Na albumie jest też utwór, który pochodzi od mojego przyjaciela Patricka z Belgii. Posiadał on niezwykle rzadki testowy singiel/demo, nagrany w studiu w północno-wschodniej części Wielkiej Brytanii, jeszcze zanim zespół zmienił nazwę na Necromandus. Ten singiel nigdy nie został oficjalnie wydany, więc to testowe tłoczenie jest prawdopodobnie jedynym istniejącym egzemplarzem. Patrick zgodził się, abyśmy użyli tego nagrania pod warunkiem, iż album będzie dostępny wyłącznie na winylu. Zrobiłem też jeden egzemplarz płyty w innym kolorze specjalnie dla Patricka, w podziękowaniu za pomoc. Kiedy wszystko zostało ustalone, Tony Reed zlecił wytłoczenie albumów — wydaje mi się, iż nakład był ograniczony do około 200 egzemplarzy. Tony wykonał świetną pracę przy odrestaurowaniu dźwięku z niektórych nagrań i jest to świetna okazja, aby usłyszeć zespół grający takie utwory jak „Christianity”. Na żywo zespół potrafił brzmieć znacznie ciężej, niż mogłoby się wydawać po nagraniach ze studia Morgan.

M.Cz.: „Quicksand Dream” (1991, alternatywna wersja „Orexis of Death”) – co możesz powiedzieć o tym albumie?

F.H.: jeżeli chodzi o „Quicksand Dream”, mogę szczerze powiedzieć, iż nigdy go nie słyszałem.

M.Cz.: Co wiesz na temat albumu „Frankenstein Monster”?

F.H.: . Z tego co wiem, „Frankenstein Monster” to album wydany przez młodszego brata Baza Dunnery’ego, Francisa Dunnery’ego. Mogę szczerze powiedzieć, iż nigdy go nie słyszałem. Nie zawsze się ze sobą zgadzamy, ale mimo to wciąż jesteśmy przyjaciółmi. Wiem, iż Buzz Elliott pomógł Francisowi z kluczowymi informacjami dotyczącymi tytułów utworów i tekstów. Z tego, co rozumiem, album jest w zasadzie interpretacją przez Frankiego kilku naszych starych utworów, ale jak wspomniałem, nie słyszałem go, więc nie mogę powiedzieć o nim zbyt wiele.

M.Cz.: Hammerhead to bardzo interesujący zespół. Opowiedz, jak zaczęła się twoja kooperacja z nim i jakie masz wspomnienia z okresu, kiedy w nim grałeś?

F.H.: Hammerhead to świetny zespół i byłem zaszczycony, gdy poprosili mnie o dołączenie. Spędziliśmy razem naprawdę dobre chwile. Jednym z najważniejszych momentów, było nagrywanie kilku utworów w naprawdę świetnym studiu w angielskim Lake District, z genialnym producentem Guy’em Forresterem. Brzmienie tych nagrań było fantastyczne, częściowo dzięki jego znakomitym umiejętnościom produkcyjnym. Billy Branch również został namówiony, by wrócić z emerytury i zaśpiewać na tych nagraniach. Pomimo iż przez wiele lat nie śpiewał, nie stracił nic ze swojego talentu wokalnego, a jego wkład brzmiał wspaniale i znacząco podniósł jakość nagrań. To były naprawdę fantastyczne czasy!

M.Cz.: Jakie były najbardziej niesamowite miejsca, w których grałeś koncerty? Czy jest występ, który szczególnie utknął ci w pamięci?

F.H.: Najbardziej pamiętne koncerty, jakie kiedykolwiek zagraliśmy, to supportowanie Black Sabbath w Birmingham, zwłaszcza podczas ich brytyjskiej trasy w 1973 roku. Dla grupy młodych chłopaków z zachodniocumbrijskiego miasteczka Egremont było to spełnienie marzeń. Spotykanie się z Ozzy Osbourne i zespołem, poznanie Johna Bonhama (który podarował mi swój zielony zestaw perkusyjny w brokatowym wykończeniu!)… Nigdy nie zapomnę tego ekscytującego doświadczenia tamtych złotych czasów.

Led Zeppelin – zielony, brokatowy zestaw perkusyjny, który John Bonham podarował Frankowi Hallowi jako prezent.

Frank Hall używający zestawu perkusyjnego od Bonhama, na koncercie w połowie lat 70.

M.Cz.: Opowiedz proszę historię związaną z zespołem Genesis i ofertą, którą otrzymałeś od nich w 1977 roku.

F.H.: Kiedy skontaktowali się ze mną z Genesis, wciąż byłem u Ozzy’ego Osbourne’a w domu. adekwatnie byłem w kuchni Ozzy’ego, gdy zadzwonił telefon — po drugiej stronie był Mike Kidson (road manager Phila Collinsa), który powiedział, iż Phil szuka nowego perkusisty i moje nazwisko zostało podane jako jeden z kandydatów. Odpowiedziałem: „Och, Mike, w tej chwili jestem zajęty próbowaniem złożenia zespołu z Ozzy’m”, i na tym się skończyło. Cóż, gdyby to było w innym czasie kto wie, jak by to się potoczyło? Ale takie jest życie J

M.Cz.: Czym się w tej chwili zajmujesz? Czy możemy spodziewać się nowej muzyki twoim wydaniu? Może jakaś trasa koncertowa?

F.H.: Bardzo, bardzo przykro mi to mówić, ale już nigdy nie zagram, ponieważ z powodu problemów zdrowotnych poruszam się teraz na wózku inwalidzkim. Jak możesz sobie wyobrazić, jest to dla mnie bardzo frustrujące, bo w głowie wciąż czuję się tak samo jak zawsze, ale musiałem zmierzyć się z rzeczywistością sytuacji i oficjalnie zakończyłem karierę muzyczną.

Buzz i Frank na koncercie charytatywnym zorganizowanym przez Francisa Dunnery’ego kilka lat temu.

Specjalne podziękowania dla Franka Halla za wywiad, oraz dla Buzza Elliotta za pomoc w jego zorganizowaniu.

Idź do oryginalnego materiału