Czy życie w Klocburgu jest czadowe? / Źródło: https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/0/01/The_Lego_Movie_movie_set_at_legoland_ca_DSC_8563_%2814501619997%29.jpg (CC BY-SA 2.0)Filmy LEGO to w tym momencie osobne uniwersum, chętnie współpracujące przy tym z prawdziwymi rozrywkowymi gigantami, jak choćby DC. Mimo iż główną grupą docelową klockowych produkcji jest bardzo młody odbiorca, na ostatnich seansach kinowych, organizowanych przez Cinema City, dominowała raczej publiczność starsza. Czy dorosły widz ma więc czego szukać pośród zabawkowych narracji i czy znajdzie tam więcej niż pusty w środku plastik?
Najznakomitszymi przykładami hitowych filmów LEGO są bez dwóch zdań „LEGO: Przygoda” oraz „LEGO Batman: Film”. Ten drugi jest przez wielu uznawany za najlepszy portret komiksowego miliardera. Warto zatrzymać się jednak na chwilę przy pierwszym animowanym dziele, którego główny bohater, Emmet, to ludzik, jak każdy inny. Budzi się codziennie o tej samej godzinie, czyta instrukcję zapewnioną przez burmistrza Klocburga, która przedstawia wszystkim mieszkańcom zasady idealnego, bo „normalnego” życia. Tę normalność reprezentować ma niewychylanie się zbytnio poza ustalone ramy – oglądanie tylko popularnych seriali, słuchanie jednej piosenki w kółko, nie zważając przy tym na manipulacyjny i propagandowy charakter jej treści. Codzienne miłe gesty wobec anonimowych sąsiadów i rutynowa praca przy budowaniu klockowych konstrukcji to konieczny element rutyny, który poczciwemu Emmetowi wydaje się sprawiać prawdziwą radość. Pewnego dnia jednak, po skończonej pracy, mężczyzna zauważa poruszenie na budowie i podążając za jego źródłem wpada pod powierzchnię ziemi. Tam budzi się skołowany, a jego głowę zalewa potok nieznanych mu wcześniej wymiarów myśli – wizje, które każą mu sięgnąć po pewien konkretny klocek. Chwila, jaki klocek? Otóż po upadku bohaterowi objawił się słynny, najczerwieńszy z czerwonych Klocek Oporu. Według przepowiedni, ktokolwiek go znajdzie, zostanie wybrańcem, a jego rolą będzie oswobodzenie plastikowej cywilizacji spod władzy złego Lorda Biznesa. Najbardziej standardowy model klocka, którego z pozoru nie wyróżnia zupełnie nic, zostaje więc wybrańcem i w osobliwym towarzystwie wyrusza na mesjanistyczną misję zbawienia świata.
Więcej tego żółtego!
Od samego początku filmu, widz jest świadomy zwyczajności Emmeta i jego upodobania wobec zaistniałego stanu. Wydaje się ludzikiem radosnym, czerpiącym przyjemność z podążania za regułami zapisanymi w ukochanej instrukcji. Sielankowy wydźwięk przerwany jest jednak gwałtownie przez uświadomienie odbiorcy o samotności bohatera. Jeden z przykazów instrukcji mówi jasno – zjedz zdrowe śniadanie w towarzystwie najbliższych. Bohater ma jednak do wyboru wyłącznie roślinkę doniczkową. Wszystkie jego relacje są powierzchowne do tego stopnia, iż kiedy zostaje uprowadzony przez Złego Glinę, żaden z jego współpracowników ani sąsiadów nie jest w stanie powiedzieć o nim więcej, niż iż kojarzą go z widzenia. Emmet zdaje sobie w tym momencie sprawę, iż wszystkie jego dotychczasowe starania w kierunku budowania miłego, zwykłego życia poszły na marne. W miarę postępu fabuły, bohater znacznie rozwija siebie i swoją tożsamość, otoczony towarzystwem Architektów, z których każdy reprezentuje pewien oryginalny styl i światopogląd. Ludzik uczy się odwagi do wyrażania siebie poprzez budowle tworzone bez użycia instrukcji, a inspirują go rozmaici kompani poznani w podróży. „LEGO: Przygoda” w dość niespodziewany sposób uświadamia odbiorcy, zarówno temu młodemu, jak i dojrzałemu to, o czym wielu z nas zapomina w dorosłym życiu – wszyscy jesteśmy sumą relacji i przyjaźni, które zawieramy na przestrzeni całego życia. Może nam się wydawać, iż jesteśmy szalenie zwyczajni, jeżeli tylko to chcemy widzieć i jeżeli właśnie to wmawia nam społeczeństwo kierujące się zestawem konkretnych, ścisłych zasad. Wystarczy jednak rozejrzeć się dookoła i zauważyć, jak wyjątkowi ludzie otaczają nas z każdej strony, do czego czasem konieczna może być, jak w przypadku Emmeta, zmiana perspektywy.
Są takie animacje dla najmłodszych, które posiadają wartość dodaną przy późniejszym powrocie do nich w dorosłości. Idealnym tego przykładem jest oczywiście złożony i wielowarstwowy „Shrek”, w pewnych scenach bardziej atrakcyjny dla rodziców niż ich pociech. „LEGO: Przygoda” nie dosięga może poziomu klasyka DreamWorks, choćby dlatego, iż odznacza się większą naiwnością i powtarzalnością żartów stworzonych wyraźnie z myślą o dzieciach. Nie da się ukryć, iż głównym komediowym motywem (męczącym nieco podczas oglądania jako dwudziesto-, a nie dwunastolatek) są wydawanie głośnych dźwięków przez bohaterów oraz przewracanie się. Trudno więc chwilami o humor stricte uniwersalny, co nie oznacza, iż starszy widz nie będzie bawił się na filmie doskonale. Poza upadkami i krzykiem, w „LEGO: Przygodzie” aż roi się od popkulturowych odniesień, dość absurdalnego dowcipu i słodko-gorzkiej krytyki tego, co uznajemy za normalne w naszej szarej codzienności.
Manifest antykapitalistyczny?
To właśnie te krytyczne komentarze, zaraz obok niepokojąco chwytliwej i ironicznej piosenki „Życie jest czadowe”, były dla mnie jako dorosłej już fanki filmów LEGO najbardziej atrakcyjne. Skonstruowane w prosty, ale skuteczny sposób odniesienia do zauważalnej w społeczeństwie, postępującej nudy wywołanej nielubianą pracą, samotnością i do bólu schematycznym życiem skłaniają do refleksji. Zastanawiamy się nieco głębiej nad tym, czy faktycznie czujemy się „czadowo” pozwalając kulturze późnego kapitalizmu pochłonąć nas bez reszty. Zdajemy sobie sprawę dzięki niepozornej, klockowej animacji, iż nasz szef czy polityk, nieważne jak szeroko uśmiechnięty, nie jest naszym przyjacielem i najlepiej chce wyłącznie dla samego siebie. Film daje nam przyzwolenie i przestrzeń na zastanowienie się nad swoim miejscem w całej tej skomplikowanej układance, jakim jest świat, w którym żyjemy. To uzyskane zielone światło na bycie sobą i wyjście poza ramy instrukcji choć raz na jakiś czas nie musi prowadzić do przewartościowania całego życia, ale może zainspiruje nas, abyśmy wrócili któregoś dnia do domu inną drogą niż zwykle. Może zadzwonimy też wtedy do przyjaciółki umówić się na kawę zupełnie bez okazji, kupimy sezonowe owoce na targu, a potem przysiądziemy w parku na trawie, wystawimy twarz do słońca i pierwszy raz od dawna poczujemy jak czadowa może być nasza codzienność.
Dziewczyna Batmana
Istnieje jednak też dużo mniej optymistyczny element, który reprezentują zarówno „LEGO: Przygoda”, jak i „LEGO Batman: Film”. Sposób podejścia do bohaterek kobiecych, bo to o tej kwestii mowa, pozostawia niestety wiele do życzenia i nie starzeje się tak dobrze, jak powinien. Prawdę mówiąc, konstrukcja narracyjna wokół tych postaci była już problematyczna w momencie premiery obu filmów, z czasem jednak dorośli zarówno ich odbiorcy i wzrosły oczekiwania, przez co nadużycia te stały się szczególnie wyraźne. Jednym z głównych ludzików towarzyszących Emmetowi w „LEGO: Przygodzie” jest tajemnicza dziewczyna imieniem Żyleta. To figurka, która twardo stąpa po ziemi, wie czego chce i potrafi wyjść obronną ręką z każdej, choćby najbardziej beznadziejnej sytuacji. Niestety jednak twórcy gwałtownie pozbawiają ją tej imponującej indywidualności. Zaczynamy wówczas patrzeć na nią przez pryzmat relacji z bohaterami męskimi w różnych konfiguracjach – jest więc uczennicą czarodzieja, (byłą) dziewczyną Batmana i (przyszłą) ukochaną Emmeta. Przerzuca się ją więc z miejsca na miejsce, „od faceta do faceta”, aby była uzupełnieniem ich historii zamiast tworzyć własną. Z jednej strony mamy więc antysystemowy wydźwięk filmu, z drugiej zaś przez sposób prowadzenia postaci Żylety daje się widzowi do zrozumienia, iż samostanowienie jest tylko dla chłopców.
Miłość to osobliwe uczucie, które żywimy wielokrotnie do ludzi i rzeczy nieidealnych. Takim właśnie afektem obdarzam od lat, niezmiennie filmy LEGO, ze szczególnym uwzględnieniem tego o przygodach Emmeta i spółki. Utwór ten, choć daleko mu do arcydzieła, nigdy nie pozostawia mnie obojętnej, nierzadko doprowadzi do łez, ogromu euforii i nawrotu uzależnienia od tej jednej piosenki (wiecie jakiej, już wam przecież leci w głowach). Animacje z okresu naszego dorastania częściowo rozwijają się razem z nami, pozwalając na refleksję i nie dając zapomnieć o tym, co znaczy prawdziwa radość. Widzimy ich wady, część z nich otwarcie krytykujemy, gdy uwierają jak klocek nadepnięty bosą stopą. Warto zmierzyć się wtedy z tym dyskomfortem i niezależnie od wieku spróbować odnaleźć naszą własną definicję czadowości.
Maria PILARSKA











