Życie jest naprawdę skomplikowane, dlaczego filmy nie miałyby takie być?
David Lynch – amerykański reżyser, zwycięzca dwóch canneńskich Złotych Palm, który na zawsze zapisał się na kartach historii kinematografii. Kontrowersyjny, niezrozumiały przez część odbiorców, z niekonwencjonalnymi pomysłami. Był odważny w formie i nieco zawiły w treści.
Mnogość interpretacji i zainteresowanie człowiekiem
Zmarły w zeszłym roku twórca traktował film jako ostateczny środek wyrazu, który nie wymaga dodatkowych interpretacji. Dlatego też niechętnie odpowiadał na pytania dotyczące jego dzieł. Interpretacje zostawiał widzom. Dzieło przecież nabiera mocy dopiero w kontakcie z odbiorcą. To on interpretuje film na podstawie swojego doświadczenia życiowego, skupia się na partiach, które z nim najbardziej rezonują i z tego właśnie powodu dla wszystkich produkcja może jawić się trochę inaczej.
W tej wielorakości spojrzeń na dzieło, onirycznych historiach i tajemnicach dostrzegamy samego Lyncha, który z pewnością nie należał do tuzinkowych osobowości. Reżyser oprócz pomysłowości, która przekracza wszelkie granice, był ciepłą, empatyczną osobą. Pomimo trudnej, czasami i brutalnej tematyki, odwagi w formie oraz zawiłości w treści, w dziełach amerykańskiego twórcy zauważamy zainteresowanie losem drugiego człowieka, współczucie i nadzieję, iż meandry komplikacji nie powstrzymają nas przed powrotem na adekwatne tory.
Jak oglądać filmy Lyncha?
Filmy Lyncha zachęcają nas nie do próby interpretacji każdego szczegółu, poskładania strzępków fabuły w jedną całość czy też próby oceny realności zdarzeń. Oglądając kadry dzieła, stopniowo zanurzając się w irracjonalności, wpadamy w stan niemalże hipnotyczny. W tym transie kwestionujemy nie tylko świat filmu, ale i również naszą rzeczywistość.
Czy faktycznie życie jest tak skomplikowane i absurdalne? Lynch z pewnością by przytaknął. Żyjąc w codziennym pędzie, być może nie zwracamy na to zbyt dużej uwagi, ale zatrzymując się, na przykład przy filmie Lyncha, pojawiają się w umyśle egzystencjalne pytania, dzięki którym stajemy się bardziej świadomi naszego istnienia w tym jakże irracjonalnym świecie.
Dlatego też nie znajdziemy gotowej receptury na oglądanie jego dzieł. Liczą się nasze emocje, wnioski i swobodne analizowanie rezonujących z nami części. Otrzymujemy wolność, której często brakuje w interpretacji dzieł, gdyż zostajemy skazani na odczytanie utworów przez pryzmat biografii autora i doszukiwania się, co twórca miał na myśli. Lynch zostawia nam, kolokwialnie mówiąc, wolną rękę. Film nie ma definiować jedynie reżysera. Ma również zdefiniować nas.
Warto wykorzystać wolność interpretacji, ponieważ pomimo tego, iż jego filmy nie należą do najprostszych w odbiorze – łatwo zagubić się w czasie i przestrzeni dzieł reżysera – warto obejrzeć chociaż parę pozycji, gdyż może gubiąc się, odnajdziemy w filmach Lyncha samych siebie.
Zobacz również:
Najlepsze filmy 2026 roku
Najlepsze filmy lat 70-tych
Niskobudżetowe filmy, które osiągnęły niebywały sukces
Najlepsze filmy lat 80-tych
Najlepsze filmy 2026 roku
Głowa do wycierania (1977) – długie dobrego początki
Fot. Kadr z filmu Głowa do wycieraniaGłowa do wycierania do pełnometrażowy debiut Lyncha. Jednak to nie jest jedyna rzecz, która wyróżnia film spośród wachlarza pozostałych. Początkujący reżyser zmagał się z problemami finansowymi i wytrwale poszukiwał funduszy, aby móc zrealizować swój pomysł. Dlatego też postawienie pierwszego kroku w pełnometrażowej produkcji trwało u Lyncha aż 5 lat.
Przez ten okres reżyser mieszkał w miejscu nagrań, werbował przyjaciół i szukał sponsorów. Frazes „ciężka praca popłaca” jest w tym przypadku niezwykle adekwatny. Skromne środki zapewniły Lynchowi początek, który był potrzebny, aby wyruszyć w drogę kończącą się – jak wszyscy wiemy – w Hollywood.
O czym jest Głowa do wycierania? Warstwą, którą umownie możemy uznać za realistyczną, jest historia Henry’ego Spencera (w tej roli Jack Nance – przyjaciel Lyncha, którego nazwisko pojawia się w większości jego filmów). Mężczyzna żyje w zindustrializowanym świecie naznaczonym mrokiem. Jego sytuacja komplikuje się, gdy partnerka przekazuje mu, iż jest w ciąży. Jednak, jak się okazuje później, nie jest to wesoła nowina.
Oniryzm i surrealizm zazębiają się, tworząc klimat przypominający przestrzenny labirynt wykreowany przez Franza Kafkę, który był jednym z ulubionych pisarzy Lyncha. Klimat absurdalnego snu, uwikłanie jednostki w niezrozumiałe sidła losu i krytyka nowych systemów reifikujących ludzi – to nie są jedyne cechy wspólne dzieł obu autorów. Głowa do wycierania to przedstawienie zagubienia człowieka w świecie, alienacji oraz ciągnących się problemów, od których trudno się odciąć. Warstwa symboliczna kryje wiele detali, które można interpretować na odmienne sposoby. Jednak nie są to zagadki to rozwiązania. Są to raczej elementy, dzięki którym odczuwamy niezrozumiałe emocje, deliberujemy nad naszym indywidualnym spojrzeniem i zaglądamy w głąb siebie.
Z pewnością nie jest to film prosty w odbiorze, ale za to w jego pogmatwanym świecie można znaleźć cząstką, molekułę rezonująca z nami, bo każdy choć raz poczuł się zdezorientowany i zagubiony w labiryncie życiowych absurdów.
Człowiek słoń (1980) – nauka empatii
Fot. Kadr z filmu Człowiek słońW filmie Człowiek słoń Lynch powołuje się na prawdziwą historię, którą wyraża w stylu nawiązującym do niemieckiego ekspresjonizmu – używa silnego kontrastu światłocienia, podejmując mroczną tematykę. Pierwowzorem głównego bohatera był Joseph Merrick, który urodził się w 1862 roku, a jego krótkie życie naznaczone było chorobą. Na jego ciele pojawiały się deformacje definiujące postrzeganie Josepha przez innych ludzi. Budził wśród ludzi strach, odrazę i niechęć. Był prześladowany przed społeczeństwo, w tym przez swoją macochę, która chciała się go pozbyć z domu. To właśnie jego przykładem posługuje się Lynch, aby dać lekcję o empatii, tolerancji, a także o jej braku.
Tytułowy bohater spotyka na swojej drodze wielu ludzi – tych, którzy traktują go jak cyrkową atrakcję, ale i także tych, którzy po prostu widzą w nim człowieka. Lynch obrazując historię z wiktoriańskiej Anglii, pokazuje ponadczasowość potrzeby akceptacji i poczucia przynależności – szczególnie w symbolicznej scenie na dworcu, gdy główny bohater w obliczu szykan, wykrzykuje pamiętne słowa: Nie jestem zwierzęciem! Jestem istotą ludzką! Prawdziwym potworem nie był obciążony chorobą Merrick, a ludzie, którzy zapomnieli o tolerancji i szacunku do drugiej osoby.
Człowiek słoń może kandydować do najbardziej oczywistych w wydźwięku filmów Davida Lyncha. Trudno nie zrozumieć przesłania reżysera, który powołując się na prawdziwą historię z XIX wieku, pragnie przypomnieć odbiorcom o mogłoby się wydawać banalnym stwierdzeniu: pamiętajmy, aby w każdej sytuacji pozostać ludźmi. Szczególnie teraz, gdy nieustannie toczą się debaty o tolerancji, która została już odmieniona w mediach przez wszystkie przypadki.
Zdaje się, iż w obliczu starciu idei, zapomnieliśmy o człowieczeństwie. Dlatego Lynch daje nam lekcje empatii. Opowiada nam historię, której morał jest dosyć prosty: człowieczeństwa nie definiuje powierzchowność, człowieczeństwo jest czymś głęboko zakorzenionym w każdym z nas – bez względu na wygląd, rasę, religię, odcień skóry i wszystko inne, w czym odnajdujemy różnice. Odmienność nie powinna determinować naszej postawy wobec drugiego człowieka. Powinna raczej stanowić przypomnienie, iż to właśnie w niej należy szukać tajemnicy ludzkości.
Lynch uczy nas, aby dostrzegać drugą osobę obok nas. Dostrzegać jej potrzeby, lęki, ale przede wszystkim dostrzegać w niej człowieka. Dlatego zanim skoczymy sobie do gardeł, wygarniając różnice w poglądach, opierając postrzeganie odmiennych ludzi na nienawiści, warto obejrzeć Człowieka słonia, który być może przypomni nam o fundamencie człowieczeństwa.
Diuna (1984) – porażka w stylu sci-fi?
Fot. Kadr z filmu DiunaDiuna to adaptacja powieści Franka Herberta pod tym samym tytułem, która okazała się bestsellerem science fiction. Wizja pisarza ukazana w książce jest intrygująca, ale i również zawiła – stąd problemem stało się przeniesienie historii na inne płaszczyzny, na przykład filmową. Wyzwania podjął się Lynch.
Wyreżyserował film, który z obawy o za długi format, został uszczuplony, co przy fabule tak obszernej powieści wprowadziło wielu widzów w konsternację. Psychologiczne motywacje bohaterów zostały zredukowane do minimum, a częste skoki w czasie i przestrzeni sprawiły, iż zrozumienie tak skomplikowanej fabuły graniczyło z cudem. Widz próbuje utrzymać tempo akcji, ale przy ponad dwóch godzinach serii wydarzeń, których związek przyczynowo-skutkowy często zostawał pominięty, nie jest to tak proste. Dlatego film nie spotkał się ze zbyt dużym uznaniem, a Lynch choćby po latach przyznawał, iż Diuna jest dla niego drażliwym tematem.
Lynch przedstawia futurystyczny rok 10191. Wszechświatem rządzi Imperator, a na planecie Arrakis toczy się walka o złoża substancji, zwanej przyprawą. Kondensacja ponad 600 stron powieści w dwugodzinny film nie należy do najprostszych. Jednak czy Diuna faktycznie jest taką porażką? Pomimo tego, iż film nie znajdzie dużego grona zagorzałych fanów broniących jego formatu, to dalej wiele możemy wynieść zarówno z samego dzieła, jak i samego procesu produkcji.
Dzięki podjęciu się wyzwania, jakim była adaptacja sci-fi – gatunku, który nie był bliski dla Lyncha, reżyser odkrył, iż najlepiej czuje się w kinie autorskim, w którym nic go nie ogranicza – ani ramy fabularne, ani sztywne reguły kreacji bohaterów. Brak swobody artystycznej negatywnie odbił się na produkcji. Jednak pozwolił amerykańskiemu twórcy na rozwój, poznanie swoich mocnych stron i odkrycie, w jakich produkcjach czuje się najlepiej.
Kolejnym owocem planu filmowego Diuny był początek współpracy Davida Lyncha i Kyle’a MacLachlana. Ich przyjaźń odbiła się na kolejnych filmach reżysera. Aktor stał się częstym wyborem Lyncha przy obsadzeniu głównych ról, czego przykładem jest kultowy serial Twin Peaks, w którym to MacLachlan gra głównego bohatera – detektywa Dale’a Coopera.
Zatem można stwierdzić, iż każda porażka niesie za sobą jakieś korzyści. W ogóle czy kategoryzowanie czegoś jako porażkę jest słuszne? Może i film nie spotkał się z entuzjastycznymi reakcjami krytyków ani widzów, może i nie odniósł finansowego sukcesu, ale z pewnością stanowił etap w karierze Lyncha, który zdefiniował jego dalsze poczyniania.
Blue Velvet (1986) – siła kontrastu
Fot. Kadr z filmu Blue VelvetBlue Velvet to czołowy film Lyncha, który stanowi jego wizytówkę. Jest połączeniem stylu z pogranicza jawy i snu, symbolizmu oraz scen z muzyką definiujących wnętrze bohaterów. Analiza mrocznej, ukrytej pod powierzchnią sfery społeczeństwa wzbudziła kontrowersje. Idylliczny świat amerykańskich przedmieść – jakże często romantyzowany przez kinematografię – został przełamany złem, które czyha na bohaterów, wystawia ich na próby, ale i także kusi. Film czerpie z kina noir, chociaż przełamuje stereotypy.
Motywu kryminalnego nie prowadzi żaden profesjonalny detektyw, a Jeffrey (Kyle MacLachlan) – zwykły chłopak, który z czystej ciekawości, daje się wplątać w przestępcze intrygi. Poznaje zdemoralizowaną rzeczywistość. Rzeczywistość, która z jednej strony przeraża, a z drugiej strony przyciąga, mąci zmysły i zachęca do podglądania jej, chociażby z ukrycia. Czy ciekawość jest pierwszym stopniem do piekła?
W przypadku Blue Velvet, dobro i zło nie jest zwykłą dychotomią. Kontrast jest niezwykle płynny, a oba stany zazębiają się, współistnieją i są od siebie zależne. Można wręcz odnieść wrażenie, iż pomimo skrajności, tworzą pewną syntezę. Dlatego ciekawość Jeffreya, chociaż wiedzie ścieżką zła, stanowi podstawę jego psychoanalizy, gdyż to właśnie zasmakowując mrocznej sfery amerykańskiego życia, poznaje siebie, w tym również ciemne zakątki swojej własnej duszy.
Kontrast objawia się w Blue Velvet na różnych płaszczyznach. Warstwa kolorystyczna przyciąga od pierwszych kadrów i na pierwszy plan wysuwa się – jak zresztą sam tytuł sugeruje – niebieski. Współistnieje on z czerwonym, co zauważamy na przykład w słynnym ujęciu płotu z różami na tle błękitnego nieba. Właśnie to zestawienie odmiennych kolorów ma podkreślić jedność przeciwieństw. Spokój i gniew, chłód i ciepło, ogień i woda – pokazują, iż wszystko uzależnione jest od swojej antytezy.
Sama kreacja bohaterek jest uwarunkowana kontrastem. Sandy (Laura Dern) symbolizuje niewinność i czystość, natomiast Dorothy (Isabella Rossellini) stanowi uosobienie powabnej, mrocznej siły, która przeraża, ale jednocześnie fascynuje. Blue Velvet to z pewnością perełka dla widzów, którzy uwielbiają ukrytą symbolikę, gdyż można doszukiwać się jej w każdym kadrze.
Lynch nie pełni roli mędrca, który uczy co jest dobre, a co złe, a raczej wciela się w demaskatora. Ujawnia to, o czym człowiek wolałby zapomnieć – niestosowne pragnienia, słabości oraz ludzkie zapędy do krzywdzenia innych. Uświadamia to odbiorców o tym, iż zła nie można wyprzeć, nie można zepchnąć go do odmętów świata i zapomnieć o jego istnieniu. Chociaż stanowi to klucz do egzystencjalnych dywagacji, musimy nauczyć się żyć w świecie, w którym oprócz podziału na czerń i biel, istnieje również cała gama odcieni szarości.
Nie jest to jednak zachęta do biernego bytowania. Lynch, posługując się symbolicznym robactwem, eksponuje cichą obecność zła. Zła, które porusza się gdzieś między kępami trawy, w ciemnych, wilgotnych piwnicach i niezauważalnie przedostaje się do naszych domostw. Wiadomo całego robactwa nie da się wyplenić – choćby przy odpowiednich ilościach środków owadobójczych – musimy zaakceptować jego istnienie, robiąc jednak co w naszej mocy, aby nie zadomowiło się w zakątkach naszych mieszkań na dobre.
Jak zauważył Lynch: Im więcej ciemności możesz zebrać, tym więcej światła możesz również zobaczyć. Dlatego, aby pokonać zło, należy je poznać. Obserwować jego kroki, skrupulatnie zbadać jak funkcjonuje, aby wykorzystać te informacje, aby czynić dobro.
Dzikość serca (1990) – postmodernistyczna wolność
Fot. Kadr z filmu Dzikość sercaCzym jest postmodernizm w filmie? Lynch odpowiada na to pytanie właśnie w Dzikości serca, która epatuje zarówno intertekstualnością, która objawia się w licznych nawiązaniach do odmiennych gatunków ale i również ekspozycją kiczu. Lynch nie trzyma się kurczowa jednej konwencji – żongluje nimi, przeplata, szuka punktów wspólnych, ale i zestawia różne skrajności. Niektórym film może jawić się jak groteskowy pastisz, w którym tragedia miesza się z komizmem.
Dzikość serca ma coś z westernu, romansu, kryminału, ale i melodramatu. Lynch sam powiedział, iż udało mu się pomieścić aż czterdzieści siedem różnych gatunków filmowych. Wybuchowa kombinacja prezentuje również ponadczasowy motyw podróży, a bardziej precyzyjnie – ucieczki. Sailor Ripley (w tej roli niezastąpiony Nicolas Cage) wychodzi z więzienia, spotyka swoją dziewczynę – Lulę Pace Fortune (graną przez Laurę Dern) – i oboje wyruszają w drogę. Dokąd? Przed siebie.
Nie liczy się dla nich nic innego, tylko łączące ich uczucie. Przemierzają Kalifornię, zatrzymując się w motelach. Ich relacja jest nieco skomplikowana i burzliwa, choć bardzo szczera. Lynch w tej niekonwencjonalnej historii, ukazuje siłę uczucia, która może być budująca, ale i również destrukcyjna. Tytułowa dzikość serca niesie bohaterów przez kolejne miasteczka i brudne hotele.
Film nie należy do standardowego kina drogi. Tą wyjątkowością wywołał u niektórych zgorszenie czy oburzenie – stąd mieszane reakcje przy odbiorze Złotej Palmy, którą otrzymał Lynch właśnie za Dzikość serca w 1990 roku. Wśród buczeń, oklasków i gwizdów reżyser wyszedł na scenę, aby podziękować za wyróżnienie. Nie zważał na glosy sprzeciwu. Zrobił swoje, zrobił to, co uważał za słuszne i zrobił to, z czego naprawdę był dumny.
Pokazał, iż zarówno w świecie filmów, jak i w innych dziedzinach sztuki, nie ma ograniczeń. Sami tworzymy bariery, wytyczamy zasady posługiwania się konwencją, co buduje bariery dla naszej kreatywności. Przypomniał o wolności wyrażania siebie, choćby jeżeli oznacza to, iż nie będziemy zrozumiani przez innych.
Fot. główna: Babbo Inc / The Picture Factory / Bridgeman
















