Wspólnie nie znaczy w bańce. „Wspólnie. 20 lat kolektywu Sputnik Photos” w Muzeum Fotografii w Krakowie

magazynszum.pl 1 tydzień temu

Moje wrażenia z wystawy Wspólnie. 20 lat kolektywu Sputnik Photos są mieszane. Wystawa jest w porządku, to cała feeria zdjęć i spójny obraz dwudziestu lat społecznej wrażliwości artystów. A jednak, jak zawsze przy Sputniku, coś mnie w tej wrażliwości uwiera i czuję się z tym średnio. Poza tym dorobek Sputnika (obecnie to Jan Brykczyński, Karolina Gembara, Michał Łuczak, Marzena Michałek-Dąbrowska, Rafał Milach, Adam Pańczuk, Agnieszka Rayss, wcześniej także Andrej Balco, Manca Juvan, Andrei Liankevich, Justyna Mielnikiewicz, Domen Pal, Janis Pipars, Filip Singer, Viktor Suvorov) jest uznany w Polsce od lat, trudno więc mówić, iż się go nie ceni, skoro cenią go wszyscy. Niemniej spróbuję. Może to moje oko tak zniekształca, a może coś rzeczywiście jest na rzeczy z wrażliwością Sputnika. Spróbuję was do tego przekonać.

Na początku przychodzą mi do głowy dwa teksty kultury, które w uproszczeniu ten mój dystans oddają. Podczas zwiedzania wystawy cały czas mam w głowie jedną piosenkę. Lubię ją. To Bolec. Warto sprawdzić na YouTubie, ma dobre wideo. Piosenka nazywa się Żeby było miło (1997). I myślę, iż podczas tej wystawy gra ona w mej głowie nie bez znaczenia, bo i w tych pracach, co do całości, też może chodzić o to, żeby było miło. Później to wytłumaczę.

Możliwe, iż jestem nienawistnikiem, iż zazdroszczę fotografom tworzącym Sputnik tak pięknych i czystych serc i umiejętności opowiedzenia się po stronie nieprzemijających prawd. Możliwe. Gdy wziąć pod uwagę powodzenie i aplauz, który budzi dzieło tego kolektywu, zaczynam podejrzewać, iż i to jest możliwe.

Drugi tekst kultury, już z innej parafii, to Słownik komunałów (1870–1880) (znany także jako Słownik idei przyjętych lub Rejestr myśli wytwornych) Gustawa Flauberta z jego sławetnym wstępem. W Słowniku miało znaleźć się „wszystko, co należy mówić w towarzystwie, aby być człowiekiem przyzwoitym i sympatycznym”. I tak, w środku Gustaw Flaubert przedrzeźniał salonowe opinie, aby stworzyć dla siebie ochronę przed zabójczym, salonowym konformizmem. Miarą talentu jest, iż spora część tych haseł w ogóle się nie zestarzała. Znajdziemy tam takie mądrości, jak pod „A”: „ambicja – dopuszczalna tylko u ludzi szlachetnych”, „artyści – wszyscy są niemoralni”, a pod „Ż”: „żołnierze – należy ich szanować, ponieważ chronią porządek społeczny”; gdzieś ze środka warto wyciągnąć sławetne hasło „Kozacy – jedzą świece”, i zaraz potem: „Kreol – żyje w hamaku”. Samego przypominania o tym tekście nigdy dość – czasy sprzyjają środowiskowym bańkom, a ten mały żart jest szpilką wobec każdej bańki z jej środowiskowymi mądrościami.

„Wspólnie. 20 lat kolektywu Sputnik Photos”, fot. Dorota Marta / MuFo
„Wspólnie. 20 lat kolektywu Sputnik Photos”, fot. Dorota Marta / MuFo

No więc (nie zaczyna się zdania od więc), oglądając wystawę Sputnika myślę sobie, iż tematy podejmowane przez fotografki i fotografów Sputnika, a co za tym idzie, ich angaż ideowy, jest w znacznej mierze rodzajem niekoniecznie świadomego konformizmu wobec ogólnie przyjętych w kulturze norm co do tego, czym jest humanizm, otwartość na drugiego człowieka, tolerancja i inne takie. Gdy je widzimy, gdy o nie walczymy, robi się nam miło i możemy o tym powiedzieć innym. Całość wytwarza rodzaj mgiełki, aury – coś jak w filmach Hayao Miyazakiego, które choć – i to też jest cecha fotografii firmowanych Sputnikiem – są piękne i przekonujące, to dają też poczucie nierzeczywistości, baśni, kompilacji uwodzących obrazów (u Miyazakiego rżniętych często z południa Europy), wydarzających się w mitycznym świecie emocji i idei. U nich, ale nie u mnie.

Możliwe, iż jestem nienawistnikiem, iż zazdroszczę fotografom tworzącym Sputnik tak pięknych i czystych serc i umiejętności opowiedzenia się po stronie nieprzemijających prawd. Możliwe. Gdy wziąć pod uwagę powodzenie i aplauz, który budzi dzieło tego kolektywu, zaczynam podejrzewać, iż i to jest możliwe. Aspołeczność i niechęć mogę wziąć na siebie, być może to jest o mojej nieświadomości – odsuwania się od tego, na co, wydaje się, nie zasłużyłem; co chcę ściągnąć w dół, bo wydaje mi się nieosiągalne. Resentyment. Narcyzm. Psujzabawa. Cóż, być może, ale wciąż proszę o lekturę. Prawda musi leżeć gdzieś pośrodku. Przynajmniej w tym tekście.

Czy winą fotografa jest, iż fotografuje? Nie. Gdyby ciocia miała wąsy, to by była wujkiem, okej, może się czepiam, ale wobec tych wielkich humanistycznych założeń, aury i misji Sputnika, ten fotograficzny, nieunikniony dystans razi. Skoro deklarujemy maksymalizm, dlaczego w ogóle bierzemy aparaty do rąk?

Tyle refleksji ogólnych. Teraz spróbujmy powiązać te wrażenia z konkretnymi dziełami i przestrzenią wystawy. Opowieść pokazana w Muzeum Fotografii w Krakowie, mimo małej powierzchni wystawy, jest kompletna i nie daje wrażenia gęstości. To trudne w tak małej sali, więc tym bardziej warte docenienia. A skoro zacząłem od złośliwości, to przy nich pozostanę i poczęstuję jedną samo muzeum: aż dziw, iż korytarz tej instytucji był w projekcie gmachu tak ważny, iż jest kilka razy większy od sali wystaw czasowych. Czas wnosi życie. Być może tu zawsze chodziło o wieczność.

Wracajmy do Sputnika. Środek wystawy poświęcony jest największemu, najdłuższemu projektowi Sputnika. To Stracone terytoria (2008–2016), czyli efekt eksploracji – to najlepsze pojęcie –­ zachodnich i południowych rubieży dawnego Związku Radzieckiego. Skala tego przedsięwzięcia zapiera dech w piersiach i niezależnie od mojego czepialstwa jest obiektywnym osiągnięciem polskiego reportażu fotograficznego. Co ważne – projekt eksponowany jest na rodzaju drewnianego stelażu, który każe obniżać wzrok, co sprawia, iż rozpoznajemy tu centrum wystawy, rodzaj – pewnie to za dużo powiedziane – ogniska, które rozpala czy też ogrzewa inne zdjęcia, pokazywane już na linii wzroku i ustawionych wokół ściankach. Ma to sens, bo klarownie, na poziomie odbioru przez ciało, pokazuje rodzaj napędu całej grupy. Ta architektura wystawy to zasługa projektantki Agaty Biskup i kuratorki Marty Szymańskiej.

„Wspólnie. 20 lat kolektywu Sputnik Photos”, fot. Dorota Marta / MuFo
„Wspólnie. 20 lat kolektywu Sputnik Photos”, fot. Dorota Marta / MuFo

Stracone terytoria są tak wielkim przedsięwzięciem (na ścianie jest lista kilometrów, zdjęć, osób, krajów, pieniędzy i książek, które się na niego składają, i tylko kwota, 400 tysięcy złotych, nie robi tu wrażenia), iż trudno podsumować je jedną myślą. W jakiejś mierze podpowiedź tkwi w tytule przedsięwzięcia – jakbym ze środka statku kosmicznego, Sputnika właśnie, patrzył na jakąś bazę, statek-matkę, który wraz ze zmianą systemu gospodarczego i strefy wpływów musieliśmy opuścić i tylko dzięki wysłannikom, w specjalnych kombinezonach, ze sztucznym okiem obiektywu, możemy przypomnieć sobie, co zostało za nami. Dawny Związek Radziecki. Jest w tym nostalgia, jest w tym choćby rodzaj bólu fantomowego i podtrzymania tożsamości, która wraz z rosnącą odległością od bazy będzie tracić łączność z tamtymi przeżyciami, wspomnieniami i historią.

Zaczęliśmy od ogniska, ale zobaczmy też, co dzieje się wokół niego. Tu może jeszcze jedna refleksja. Za jakąś miarę reportażu (i może stąd ta niechęć, tu mnie boli!) biorę książkę Barbary Ehrenreich Za grosze. Pracować i (nie) przeżyć. To klasyczny, powszechnie znany reportaż wcieleniowy, w którym dziennikarka relacjonuje swoje życie za pensję minimalną bez wsparcia nikogo z zewnątrz, w USA, w 1996 roku (spoiler: nie da się tak przeżyć). Oczywiście jest to tekst; tekst najpierw powstaje w głowie, dopiero potem może zostać oddzielony od przeżycia i przeniesiony na papier. W tym sensie akt twórczy, brany na poważnie, wcieleniowo, zmusza twórcę do przeżywania rzeczywistości oczyma innego człowieka, wejścia w jego skórę. Co innego praca z aparatem, obiektyw ma to do siebie, iż najpierw zdradza, dystansuje, dopiero potem można go oswoić i w jakiejś mierze zawrzeć przymierze ponad nim. I to jest chyba uwaga do mnie, iż trudno czepiać się fotografów reportażystów, iż ich praca wcieleniowa jest mniej poważna czy głęboka. Taki urok obiektywu. Na aparacie fotograficznym zawsze jest napisane: „ten człowiek przyszedł tu z innego świata” i wystawia jego właściciela na wszystkie niedogodności, dystanse i fałsze takiego spotkania. Czy winą fotografa jest, iż fotografuje? Nie. Gdyby ciocia miała wąsy, to by była wujkiem, okej, może się czepiam, ale wobec tych wielkich humanistycznych założeń, aury i misji Sputnika, ten fotograficzny, nieunikniony dystans razi. Skoro deklarujemy maksymalizm, dlaczego w ogóle bierzemy aparaty do rąk?

1
Artykuł sponsorowany 04.09.2026

Jak się patrzy wspólnie

Coś z tego dysonansu zostaje przy oglądaniu już pierwszych prac. Weźmy zdjęcia Michała Łuczaka (Ekosystem, 2011­–2012), dokumentujące ślady i samych ludzi, którzy żyją w nadwiślańskim lesie z przymusu lub wyboru. Autor rozumie, z czym się mierzy i wie, iż ryzykuje ludzkie (bezkrwawe i fotograficzne) safari, więc wybiera raczej ślady, brak twarzy niż ostentacyjny wojeryzm. To uczciwe i oddane jest także w wypowiedzi autorskiej Łuczaka towarzyszącej tej pracy: „Uznałem, iż najlepiej będzie nie pokazywać ich twarzy, aby pozostali w ukryciu. […] Nie czułem się upoważniony do tego stanu rzeczy”. Tu znowu dygresja – wystawa ma świetną oprawę graficzną i narracyjną, pod każdym zestawem prac dostaję nie tylko ich prosty opis, ale też wypowiedź odautorską, co pozwala mi szybciej zrozumieć, na co patrzę. Niby rzecz oczywista, a jednak często nieosiągalna w innych galeriach i muzeach.

Zdjęcia Łuczaka poświęcone miksowi fauny i flory, ludzi i lasu – tworzących nadwiślański ekosystem (czuć, iż kpię? mam nadzieję, iż tak) – są czarno-białe i mają w sobie jakąś domniemaną, podkreślam: domniemaną, delikatność. Opis towarzyszącej tej części wystawy, a choćby sama jej nazwa: Współpraca z bohaterami, zapewnia mnie, iż humanistyczny wymiar został tu zachowany: „zawsze, gdy pojawia się bohater lub bohaterka zdjęcie jest efektem wspólnego procesu”.

„Wspólnie. 20 lat kolektywu Sputnik Photos”, fot. Dorota Marta / MuFo
„Wspólnie. 20 lat kolektywu Sputnik Photos”, fot. Dorota Marta / MuFo

Te zapewnienia same w sobie skupiają uwagę na pytaniu, czy na pewno (tłumaczą się winni!), ale też trudno być tak paranoidalnie podejrzliwym. A może fotografowani też dobrze się bawili? Niestety ich wypowiedzi nie są umieszczone pod zdjęciami, a szkoda – to dawałoby pełne partnerstwo. Fajnie byłoby przecież usłyszeć, co ma do powiedzenia Masza, Białorusinka handlująca podrabianym alkoholem, aby utrzymać swoją rodzinę w Polsce (Jan Brykczyński, Masza, 2006–2008, m.in. wspaniałe zdjęcie półnagich ludzi w wąskim i dusznym pokoju), czy Wietnamczyk Linh z projektu Rafała Milacha Bai Lan (2005–2026). Gdy czytam o tym, iż Linh zwrócił się po kilkunastu latach do Milacha o możliwość przejrzenia jego archiwum, bo jego rodzinne zdjęcia się spaliły, myślę, iż rzeczywiście, choćby jeżeli zaczynamy od ciekawości, może wścibstwa, na końcu zawsze mówimy o spotkaniu.

Zgadzam się z ogólną humanistyczną wymową Archiwum Protestów Publicznych (ja też za prawami człowieka, ja też za aborcją jako wyborem), a jednak mam poczucie, iż zdjęcia te nie są reportażem, który wnosi zrozumienie.

Skąd zatem to poczucie pewnej iluzji, duszności i przymusu bycia au currant? Nie wiem, czy rzecz dotyczy tylko kolejnej części wystawy, poświęconej działalności aktywistycznej i politycznej, czy także rozlewa się na dwie pozostałe – tę wymienioną na początku: Stracone terytoria, i tę poświęconą refleksji nad współpracą. To coś w rodzaju przemożnej atmosfery, która dotyka całości i formatuje odbiór. Ze Sputnikiem przy kilku publikacjach współpracował Filip Springer, to coś jak z nim. Z jednej strony to autor wspaniałej książki 13 pięter – o problemie z urbanistyką i mieszkalnictwem w Polsce, gdzie z całej siły staje za podmiotowością społeczeństwa przeciw bandzie klerków i nieruchomościowych spekulantów; z drugiej strony to autor wypowiedzi, iż powinno się zakazać budowy domów jednorodzinnych. Oczywiście, to da się połączyć. Jak też to, iż Springer, w końcu będąc fotografem, w swoim magazynie „Fathers” używa zamiast fotografii i ilustracji obrazków AI i bez większego poczucia zakłopotania broni tego wyboru, usprawiedliwiając się finansami. Nie jestem sędzią, pokazuję dysonans postaw, który zbliża mnie do uczucia towarzyszącego oglądaniu fotografii Sputnika.

Znam, cenię, widzę i rozumiem Archiwum Protestów Publicznych Rafała Milacha, robi na mnie wrażenie wideo Seeding (2018) Karoliny Gembary i Milacha – z odpalaniem racy (skoro można kibolom, dlaczego zabroniono uczestniczkom Czarnego Protestu?). Co więcej, zgadzam się z ogólną humanistyczną wymową (ja też za prawami człowieka, ja też za aborcją jako wyborem) tych zdjęć, a jednak mam poczucie, iż one nie są reportażem, który wnosi zrozumienie – jak ten Ehrenreich. Ten byłby raczej poświęcony drugiej stronie tego sporu, próbowałby zajrzeć w duszę tym, którzy dławią wolność, tam byłoby ciekawiej. Oglądam za to wielkomiejską autodefinicję i ludzi, którzy najpierw protestują, a potem oglądają sami siebie na zdjęciach. To jest o potwierdzeniu, to nie jest o ciekawości. Trudno odmówić piękna i rozmachu tym ideowym stanowiskom i wyborom, a jednak trudno też zobaczyć w tym wnikliwość i ciekawość. Widać za to zaangażowanie i wrażliwość wielkomiejskiej klasy średniej. Jak dotąd ta szła w Polsce z kapitalizmem ramię w ramię, z jego potrzebami wolności i ekspresji jednostki; przy okazji ktoś został przez kapitalizm wyrzucony za burtę, ale gdzie on jest? Kto by się tym przejmował, skoro możemy sami siebie oglądać w muzeach. To lepsza inteligencka impreza z wideo Bolca: „żeby było miło”.

Agnieszka Rayss, z cyklu „System nerwowy”, 2016, dzięki uprzejmości Muzeum Fotografii w Krakowie
Michał Łuczak, z cyklu „Prace leśne”, od 2019, dzięki uprzejmości Muzeum Fotografii w Krakowie
Rafał Milach, z „Archiwum Protestów Publicznych”, 2021, dzięki uprzejmości Muzeum Fotografii w Krakowie

Mam jeszcze jedną myśl, która organizuje mój odbiór pokazywanych na tej wystawie projektów. Gdyby mianowicie zawiesić tę pięknie przedstawioną ideę kolektywu – oraz ideowego ostrza tych zdjęć – i oglądać Wspólnie w quasi-fenomenologicznym epoche, zostaje wrażenie nieświadomej apatii towarzyszącej zaangażowaniu. Nie umiem tego napisać delikatniej. Ale gdy patrzę na zdjęcia Jana Brykczyńskiego (Moja piwnica, 2025), gdzie twórca stara się pokazać, jak zaczął w swoim garażu gromadzić (lub nie) rzeczy potrzebne na wypadek przetrwania sytuacji kryzysowych (widać chaos, całość śmieszy), zaczynam mieć poczucie, iż to jest nieświadome pokazanie, iż sprawczość nie istnieje, iż z lękiem trzeba negocjować poprzez wyparcie, śmiech; podobnie zresztą patrzę na zdjęcia tego autora z ukraińskich Karpat (Boiko, 2009–2014). Są piękne, ale też niemal nierzeczywiste, jakby poza czasem. To spora odwaga, aby tak przedstawiać w reportażu rzeczywistość – raczej w stronę baśni niż realizmu. To niemal Roussseau i jego fantazje o szlachetnych dzikusach! Podobnie myślę o świeżym projekcie Prace leśne Michała Łuczaka (od 2019). To prosty koncept, który zaczyna się od prostego faktu: Lasy Polskie wycinają (sic!) coraz więcej drzew. Dlatego, jak rozumiem, Łuczak zaczyna robić zdjęcia, gdzie… bierze kikuty tych martwych drzew i znowu wznosi je w górę, podpierając je ściętymi gałęziami. Cofa czas. Nie umiem tego nazwać inaczej, ale to se ne vrátí. choćby dzięki tak pięknym i prostym gestom.

1
Rozmowy 25.12.2020

Empatia radykalna, aktywizm wizualny. Rozmowa z Karolem Grygorukiem

Marcin Stachowicz

W tym sensie widzę tę wystawę jako rodzaj dzwonka przypominającego o upływie czasu dla pewnej formacji społecznej, artystycznej i humanistycznej, to jest dla inteligencji i wielkomiejskiej klasy średniej. Jesteśmy w jakimś limbo, zawieszeniu, nasze wybory są słuszne (nasze, bo i ja chcę do Sputnika), ale robimy i pokazujemy rzeczy, które mówią, iż raczej chcemy wyprzeć czas niż w nim działać. Doxa tego, co wypowiadalne i przedstawialne staje się coraz bardziej dojmująca i stawia opór żywemu doświadczeniu.

Tu jeszcze refleksja wokół złowrogiej dla mnie pracy wideo Agnieszki Rayss (Miru Mir, 2024), gdzie autorka pokazuje ułożony z kamieni kłamliwy napis na zboczu góry nad opuszczoną bazą na Spitsbergenie, którą – dla zachowania drobnych wpływów na wyspie – zamieszkują Rosjanie. Układany co roku napis „Miru mir” – hasło znane z komunistycznej propagandy – wraca jako rodzaj podduszania. Przecież wiemy, iż Rosjanie wywołali ostatnią, sąsiedzką wojnę, a rosyjska północ jest raczej o łagrach niż pokoju. Wideo jest, mówiąc językiem social mediów, naprawdę mocne i skłania do myślenia, ile to pod pięknymi hasłami i rytuałem czai się zepsucia i przemocy. To także pytanie do nas: ile w nas zastoju, propagandy, wzniosłych haseł, a ile życia.

Gdyby zawiesić tę pięknie przedstawioną ideę kolektywu – oraz ideowego ostrza tych zdjęć – i oglądać Wspólnie w quasi-fenomenologicznym epoche, zostaje wrażenie nieświadomej apatii towarzyszącej zaangażowaniu.

Odpowiedzi warto szukać na wystawie, to przecież skądinąd Flaubertowski przegląd „tego, co słuszne i adekwatne” w wyobraźni klasy średniej i jej preferowanej estetyce. W tym świetle interesujące jest wideo Gembary pokazujące koty w ukraińskich okopach – jako pupili armii. Jest ciekawe, bo dwuznaczne. Takie spojrzenie zarazem oswaja wojnę, ale i wybudza do pytania – czy ona jest o kotach? Trudno nie zauważyć, iż wybór tematu jest niemal mrugnięciem w stronę wrażliwości mediów społecznościowych. Podobnie interesujące są fotografie Adama Pańczuka, gdzie pokazani zostali na niemal stylizowanych zdjęciach – są tak widowiskowe – przymusowi migranci z Ukrainy i Białorusi, którzy przywołują swoje sny (Bagaż podręczny, 2025–2026). Czy to jest o ucieczce w oniryzm, czy o realnym doświadczeniu wyrwania się siłą ze swojej rzeczywistości? Nie wiadomo, to nie jest przesądzone i może dlatego jest ciekawe. Takich prac, o zamierzonej (lub nie) dwuznaczności, jest więcej. Może to zresztą jest najciekawsze: gra, ocieranie się o subwersywność wobec swoich wartości i wyobrażeń. Tu warto jeszcze wspomnieć o znanym projekcie Rafała Milacha The Winners (2010–2013), w którym autor zbiera do notatnika fotograficzne pamiątki spotkań z oficjalnymi bohaterami małych, lokalnych społeczności na Białorusi; i nigdy podczas spotkań nie przyznaje się, iż gra, iż spotkanie jest fasadą, iż potrzebuje go do czegoś innego. Zdjęcie i spotkanie podbija bębenek i karmi opowieść lokalnego bohatera, ale i przez kpinę, przeniesienie do innej ramy, karmi fotografa. A potem? Rozchodzimy się w swoje strony. Na odbitce zostaje pytanie, wątpliwość – o kim to jest i co to mówi. Tu moja niechęć się kończy, a zaczyna ciekawość: na tych zdjęciach jest głębia obrazu, coś pod fasadą.

Na końcu najważniejsza uwaga. Te myśli i krytyka (myślałem, iż będzie ostrzejsza) wynikają z wiary w moc obrazu, ale i wartości, których może bronić czy dociekać reportaż, bo tak postrzegam pracę Sputnika – jako reportaż, choćby jeżeli artystyczny. Stąd upór w szukaniu tak zwanej dziury w całym –­ szczególnie wtedy, gdy wydaje mi się, iż obraz czegoś nie widzi. Ale jest coś jeszcze. To, iż przez tyle lat osobom tworzącym kolektyw udało się go trzymać przy życiu jest chyba największym świadectwem wiary w deklarowane wartości. To też jest o czasie i to budzi podziw.

Idź do oryginalnego materiału