Wróg ludu – recenzja spektaklu. Zatrute uzdrowisko, zatrute społeczeństwo

popkulturowcy.pl 1 godzina temu

Chcemy, czy nie chcemy – polityka towarzyszy ludziom w każdym aspekcie życia. Spektakl Wróg ludu obnaża mechanizmy władzy, wygłaszania poglądów i medialnych manipulacji. Reżyserka Małgorzata Bogajewska stara się uchwycić niepokojący klimat urzędniczych przepychanek i społecznego upadku moralnego. Ostatecznie adaptacja sztuki Henrika Ibsena bywa niespójna narracyjnie, choć nie brakuje jej triumfalnych momentów.

Bogajewska zderza się z tekstem naprawdę wyjątkowym. Wróg ludu to doskonałe studium zepsutej ludzkiej natury. W społeczeństwie panuje prawo dżungli, które przykrywa nienaturalna kultura. Gdy jednak dochodzi do kryzysu, zwierzęce instynkty trawią najsłabszych i najbiedniejszych. Reżyserka ze świadomością kreuje świat osamotnienia i bezwzględnej walki, w którym liczy się “większość”. Teatr Telewizji pozwolił uzyskać w warstwie wizualnej nieczysty i zielono-niebieski zabarw, który wpisuje się w detektywistyczne thrillery pokroju filmu Siedem. Wpływa na to również dobór lokacji. Całkowicie przeciwnie oddziałuje natomiast muzyka, która usilnie wmawia widzom nastrój wręcz horrorowy. Dlatego też momentami słowa bohaterów zamiast nieść dramatyzm, wybrzmiewają choćby groteskowo.

fot. Aleksander Kalka/TVP

Dialogi w adaptacji norweskiego dramatu to sprawa skomplikowana. Przekład Anny Marciniakówny miejscami przypomina tekst przeklejony z Google Tłumacza. Podczas seansu miałem wrażenie, iż aktorzy sami nie do końca wierzą w to, co mówią. Szczególnie dotyczy to postaci Thomasa Stockmanna granego przez Piotra Franasowicza. Choć nie znam oryginalnej sztuki oraz języka norweskiego, odczułem nienaturalność słownictwa i szyki zdaniowe, które są nieadekwatne do języka polskiego. Aktorzy grają archaiczne dialogi w nowoczesny sposób, za co winą należy obarczyć przede wszystkim samą reżyserkę. Nie zadecydowała ona również o cięciach adaptacyjnych. Zdarza się więc, iż główny bohater bezpośrednio tłumaczy, jaki powinien być świat. Bogajewska zamiast opowiadać historię, próbuje niekiedy wykładać widzom socjologię.

Jednak, gdy reżyserka łapie odpowiedni rytm, udaje się jej precyzyjnie wskazać problemy współczesnego świata. Polityka to ściek, w którym łatwo się zanurzyć i utopić. Zdecydowanie te kwestie w spektaklu wybrzmiewają. Wróg ludu to pesymistyczna wizja świata – dystopia, która tak naprawdę dzieje się wokół nas. To rzeczywistość post-prawdy i wątpliwej moralności, w której fakty to narzędzie operowania ludzką psychiką. Twórczyni udaje się przede wszystkim pokazać to bagno, w które wpada Thomas Stockmann. Powoli zapada się on coraz głębiej i akceptuje swój los, wierząc w wyższe dobro. To jednak tragiczny los jednostki, która w mniejszości – przeciwnie do przekonań bohatera – nic nie jest w stanie zdziałać. Szczególnie daje się to odczuć w scenie zebrania zorganizowanego przez Doktora, a także w finałowym akcie spektaklu. Wtedy to głównego bohatera dotyka tragiczna reakcja łańcuchowa, a przeraża fakt, iż ciężko powiedzieć, kiedy się skończy.

fot. Aleksander Kalka/TVP

Nie jestem przekonany, co do tego, jak został poprowadzony Piotr Franasowicz w pierwszych scenach Wroga ludu. Jak wspomniałem – aktor sam nie do końca wierzy w co mówi, co dla tego bohatera jest sporą sprzecznością. Jego optymizm i wiara w swoje możliwości kompletnie nie wybrzmiewają. Potem oczywiście coraz większy opór przeciwników sprawia, iż dotychczasowe poglądy Thomasa stają się dla niego mrzonką. Jednak wcześniej to bohater, który w słowach naiwnie ufa sile prawdy i faktów, ale przez błędne wskazówki reżyserskie odgrywa to niespójnie. Franasowicz wyciska z tej koncepcji, co się da, i technicznie radzi sobie z rolą bez potknięć. Głowa rodziny staje się głową ściętą podczas politycznych rozgrywek. Na tym cierpi jego życie prywatne, a uparty bohater walczy dalej, zapominając o najbliższych. To prawdziwa klątwa wiedzy. To apokalipsa zombie niczym z The Walking Dead, a Stockmann to jedyny ocalały. Odtwórca roli ma wspaniałą chemię z Justyną Wasilewską, która, pomimo małej roli, jest symbolem utraconych wartości Doktora.

Łukasz Lewandowski w roli Burmistrza i brata głównego bohatera to wybór idealny. Aktor oddaje charakter polityka zewnętrznie miłego i ciepłego, a wewnątrz równie zgniłego co reszta urzędników. Wizerunek gra tu ogromną rolę, bo choćby w rodzinnym domu Burmistrz prowadzi polityczną przepychankę. I w zasadzie bohater staje się również uosobieniem głównej osi fabularnej – zatrutego uzdrowiska. Obok Lewandowskiego genialne występy zaliczają Grzegorz Małecki, Adam Ferency i Sambor Czarnota. Przedstawiciele gazety Goniec ludowy nie są tylko pionkami na szachownicy. To pełnoprawni gracze, dla których PR ma większą wagę niż prawda. Co więcej, w grze Małeckiego i Czarnoty da się odczuć wątpliwości wobec podejmowanych decyzji. Z czasem jednak choroba nieskazitelnego wizerunku dopada również ich.

fot. Aleksander Kalka/TVP

Należy docenić również występ Krzysztofa Globisza. Choć to rola gościnna, stanowi sedno upadku demokracji. To symbol deprecjonowania mniejszości – Pijak jako jedyny chce wysłuchać Doktora, chce go zrozumieć i mu pomóc. Tragizm kryje się jednak w tym, iż nikt bohatera nie traktuje poważnie. To w końcu tylko… pijak. W zasadzie Bogajewska tym krótkim epizodem definiuje kulturę cancelowania. Tłum ma ogromną władzę, bo potrafi w sekundę unieważnić człowieka i jego poglądy. A często ta większość choćby nie ma racji. Tutaj w warstwie dźwiękowej trzeba także docenić wykorzystanie gwizdków. Scena zebrania ludowego jest pełna chaosu i głośnego sprzeciwu społeczeństwa wobec Stockmanna. Przypomina to stadion pełen kibiców, gdzie główny bohater i postać Globisza to jedyni kibice drużyny gościnnej.

Spektakl Wróg ludu to genialne studium współczesnego społeczeństwa, które buduje się na manipulacjach, kłamstwie i wzajemnym szczuciu. Bogajewska przez większość czasu pokracznie wywołuje napięcie – choć warstwa wizualna ma odpowiedni ciężar, muzyka kompletnie niszczy klimat. Często reżyserka również nieadekwatnie prowadzi obsadę. Franasowicz, choć warsztatowo jest fenomenalny, gra bohatera od początku niewiarygodnego. Jednocześnie z innymi aktorami i aktorkami podaje koturnowe dialogi w nowoczesny sposób. Twórczyni nie wykorzystuje w pełni potencjału obsady. Pomimo perfekcyjnie dramaturgicznej sceny zebrania ludowego i przerażającego ostatniego aktu, spektakl ogląda się z trudem.


fot. główna: Arsen Petrovych/ TVP

Idź do oryginalnego materiału