Film Wpatrując się w słońce zaintrygował mnie przypadkowym zwiastunem zobaczonym w kinie. Przyciemniona estetyka, artystyczne kadry i bieg przez pola zbóż — to wystarczyło, aby mnie przyciągnąć. O fabule celowo przeczytałam tylko hasło „niemiecki dramat o kobietach, które przeżywają ważne momenty”.
Wpatrując się w słońce to dwuipółgodzinny film, który śledzi losy czterech pokoleń kobiet. Zaczynając od wiejskiej scenerii sprzed wojny, po czasy współczesne, dziewczynki, nastolatki i dojrzałe kobiety przechodzą przez różne stany emocjonalne. I tak naprawdę trudno powiedzieć tutaj więcej o fabule. Dość długo trwa, zanim widz jest w stanie powiązać wszystkie bohaterki z kolejnymi pokoleniami. Próżno szukać też linearnej narracji. Operujemy przede wszystkim dzięki niedopowiedzeń i oszczędnych, rwanych scen.
To jedna z produkcji, którą na upartego można umieścić w kategorii „oszczędne w środkach”. Mija długa chwila, zanim padnie pierwsze słowo. istotną rolę odgrywa statyczny dźwięk – w wersji angielskiej tytułowy Sound of Falling, zupełnie pominięty w polskim tytule. Wiele scen oglądamy przez dziurki od klucza, szpary w drzwiach, zza szyby. Wszystkie te audiowizualne zabiegi od początku kierują naszą uwagę bardziej na obraz i bardzo subtelną, minimalistyczną grę aktorską, niż na dialogi.
Zmienia się to w połowie filmu. Mniej więcej wtedy ujawniają się powiązania między kobietami, a one same zaczynają komentować wydarzenia jako narratorki. To interesujący zabieg, ponieważ obserwujemy duży rozstrzał wieku i dojrzałości bohaterek. Zupełnie inaczej wybrzmiewają komentarze kilkuletnich, kilka rozumiejących dziewczynek, które jako dorośli łapiemy w lot. Przewija się tu przede wszystkim tematyka śmierci i przemijania, pokazana w firmie jako przejście na drugą stronę – rzeki, granicy, innego gospodarstwa. Kobiety z pierwszych pokoleń przeżywają wojnę, współczesne mają inne, ale wciąż ważne doświadczenia. Gdybym miała powiedzieć, co je wszystko łączy, nazwałabym to za Schopenhauerem bólem istnienia.
Wróćmy do niedopowiedzeń. Wpatrując się w słońce nie raz i nie dwa gubi się w tym, co chce przekazać. Nie wszystkie bohaterki są tak samo rozbudowane, a przynajmniej jedna robi to, co robi w filmie wyłącznie dla klamry kompozycyjnej. Dużo scen jest „pustych” – z jednej strony pokazują jakąś trudność bycia kobietą w takich warunkach, ale jednocześnie trywializuje to konkretne doświadczenie. To sceny-obrazki. Ładnie nakręcone, powolne i tajemnicze, ale nie wnoszące żadnej głębszej myśli.
Fot. Kadr z filmuChciałabym jednak zaznaczyć, iż z pewnością odbiór tego filmu będzie sprawą silnie zindywidualizowaną. Kilka scen zadziałało na mnie bardzo silnie i od seansu wciąż krążą po moim umyśle, budząc pytania. Inne natomiast przeszły bez echa, bardzo oddalone od mojej osobistej wrażliwości. To przejście przez cztery pokolenia też wzmacnia poczucie, iż doświadczenia mogą być bardzo różne, ale uczucia są wspólne. Jestem przekonana, iż z odpowiednim otwarciem i cierpliwością, można wyciągnąć z filmu refleksję dla siebie, nie bojąc się dyskomfortu i trudnych pytać.
Trudno jest jednoznacznie ocenić Wpatrując się w słońce. Nie da się ukryć, iż jest to film długi, powolny i pełen niedopowiedzeń. Nie jest łatwo przyjąć tą konwencję. Z drugiej strony jednak, gra na emocjach widza, zmusza go do refleksji nad przemijaniem, bliskością, a choćby erotyką. I robi to dobrze, operując obrazem, światłem i muzyką, pokazując świat różnych pokoleń.
Czy warto więc zobaczyć go w kinie? Tak, chociaż stawiałabym na studyjne. Warto tu zadbać o bardziej kameralny klimat i, paradoksalnie, mniejszy ekran. Zrobić wszystko, co się da, żeby seans w nas osiadł i miał przestrzeń na zagłębienie się w swoje odczucia i doświadczenia, w odpowiadającej filmowi ciszy i spokoju.
Fot. główna: Kadr z filmu.












