World of Tanks: HEAT – recenzja gry. Czy to nowe otwarcie ma sens?

moviesroom.pl 1 tydzień temu

Cóż, nie będę owijał w bawełnę – nigdy nie byłem fanem czołgów od Wargamingu. Moja cała historia z tą marką zamykała się w jednym, krótkim i dość bolesnym podejściu lata temu, po którym gwałtownie usunąłem grę z dysku. Kiedy jednak usłyszałem, iż twórcy planują grube, nowe otwarcie i chcą zamienić swoje kultowe, powolne i cholernie taktyczne maszyny w dynamicznego hero shootera, postanowiłem dać im drugą szansę tej grze free to play. Pomyślałem: „okej, świeży start, nowe zasady, może to jest ten moment, kiedy w końcu wsiąknę w ten pancerny świat”.

Wiecie co? Z perspektywy totalnego nowicjusza HEAT naprawdę działa. Dla nowych graczy, którzy odbijali się od skomplikowanej mechaniki oryginału, World of Tanks: HEAT na dzień dobry okazuje się zaskakująco przystępnym i fajnym rozwiązaniem. Przez pierwsze kilka godzin ten zręcznościowy fundament sprawdza się znakomicie i potrafi wciągnąć jak bagno. Prawdziwe schody i irytujące problemy zaczynają się jednak wtedy, kiedy minie pierwszy zachwyt, a my zaczniemy wgryzać się w ten tytuł odrobinę głębiej.

Nowy ład na poligonie

Sama rozgrywka zyskała niesamowity dynamizm. Zapomnijcie o ślamazarnym przetaczaniu się przez mapę – tutaj akcja dzieje się non stop. Co ważne, gra nie stała się bezmózgą nawalanką; taktyczne podejście przez cały czas jest tu na wagę złota. Świetnie wypadł podział na klasy, gdzie szturmowcy, obrońcy z rozstawianymi tarczami i snajperzy muszą ze sobą współpracować, by w ogóle marzyć o wygranej. Strzelanie daje mnóstwo czystej, zręcznościowej satysfakcji, a kombinowanie z unikalnymi zdolnościami potrafi dać potężnego kopa endorfiny. Szkoda tylko, iż ten świetny rdzeń zabawy został obudowany masą decyzji projektowych, które potrafią doprowadzić do szewskiej pasji.

Screen z gry World of Tanks: HEAT na PS5

Od obrony punktu po wielki Podbój

Skoro gra wymusza ciągły ruch, warto przyjrzeć się temu, co adekwatnie na tym froncie robimy, bo twórcy przygotowali kilka naprawdę intensywnych wariantów zabawy. W trybie Kontroli lądujemy w klasycznym przeciąganiu liny – musimy przejąć i utrzymać wskazany punkt, odpierając kolejne fale nacierających maszyn. Z kolei Umocniony Punkt to wariacja na temat mobilnej obrony, gdzie strefa do zabezpieczenia regularnie skacze po mapie, zmuszając cały zespół do błyskawicznego porzucenia bezpiecznych pozycji i natychmiastowej rotacji. Najbardziej rozbudowany jest jednak Podbój – to tutaj mapa otwiera się na dobre, a drużyny walczą o kontrolę nad kilkoma strategicznymi bazami jednocześnie. Taki zestaw sprawia, iż mecze są zróżnicowane i nie ma tu miejsca na nudę, bo każdy tryb wymusza kompletnie inne podejście do wykorzystania unikalnych skilli naszych agentów.

Screen z gry World of Tanks: HEATb na PS5

Projektanci mieli zresztą całkiem interesujące i świeże pomysły na konstrukcję map. Zamiast nudnych, płaskich poligonów dostajemy areny z wyraźnie zarysowanymi korytarzami, naturalnymi osłonami i punktami przewagi wysokościowej, które aż proszą się o kreatywne zasadzki. Problem w tym, iż w wielu miejscach brakuje po prostu ostatecznego dopracowania. Niektóre przejścia wydają się wciśnięte na siłę, a rozkład osłon potrafi w rażący sposób faworyzować jedną ze stron konfliktu, przez co świetne założenia architektoniczne potykają się o drobne błędy w balansie.

Wizualny kompromis

Podobnie sytuacja wygląda z samą oprawą wizualną. Odpalając wersję na PlayStation 5, dostałem grafikę, która jest po prostu porządna i całkowicie okej. Czołgi wyglądają szczegółowo, efekty wybuchów czy płomieni potrafią cieszyć oko i na konsoli gra się bardzo komfortowo. Wystarczy jednak rzucić okiem na gameplaye z mocarnych PC, żeby zobaczyć, iż tam gra wygląda o niebo lepiej – tamtejsza ostrość tekstur, zaawansowane oświetlenie i efekty cząsteczkowe pokazują prawdziwy pazur tego silnika, na który wersja konsolowa musiała niestety przyjąć pewne kompromisy.

Screen z gry World of Tanks: HEAT na PS5

Nie do końca celne rozwiązania projektowe

Prawdziwym strzałem w kolano jest jednak to, jak Wargaming podszedł do samych maszyn i trybów. Deweloperzy wymyślili sobie, iż konkretny czołg jest na sztywno przypisany do jednego, konkretnego Agenta. Chcesz grać potężnym, opancerzonym tankiem, ale nie znosisz zdolności przypisanego do niego kierowcy? Pech. Podoba Ci się skill danego operatora, ale jego pojazd jeździ jak mucha w smole? Twoja strata. Te sztywne ramy zabijają kreatywność i potrafią mocno sfrustrować.

Jakby tego było mało, twórcy kompletnie odebrali nam wolność wyboru i… zablokowali możliwość manualnego wybrania trybu gry. Wchodzisz do kolejki i zdajesz się na łaskę losu. Chcesz pograć szybki, luźny mecz? Zapomnij, algorytm przez trzy godziny z rzędu będzie Cię wrzucał na wieloaspektowy Podbój, w którym bez zgranej ekipy nie masz czego szukać.

Screen z gry World of Tanks: HEAT na PS5

Współpraca? Na co to komu

I tu dochodzimy do absolutnego apogeum irytacji w World of Tanks: HEAT – do innych graczy i tragicznego matchmakingu. Gra tak mocno nastawiona na synergię klas i współpracę drużynową potrafi zamienić się w piekło, gdy system dobierze Ci losowych partnerów bez grama pomyślunku. Skoordynowanie jakiejkolwiek akcji graniczy z cudem, a problem leży głównie w fatalnie zaprojektowanej komunikacji. Gra cierpi na absolutny brak intuicyjnego, szybkiego systemu pingowania celów czy prostych komend radiowych, które w ferworze walki pozwoliłyby spiąć działania losowych ludzi. Bez czytelnych narzędzi do wskazywania zagrożeń na ekranie, drużyna natychmiast rozjeżdża się na oślep. Efekt? Ty próbujesz grać taktycznie, a reszta działa na własną rękę, robiąc za darmowe mięso armatnie.

Screen z gry World of Tanks: HEAT na PS5

Ściana grindu

Na sam koniec Wargaming wyciąga z rękawa swoją najgorszą, dobrze znaną broń: męczący i potwornie nudny grind. Interfejs gry od pierwszych sekund bezwstydnie krzyczy w stronę gracza ofertami, aby kupić premium czy przepustki bitewne. Progresja w zdobywaniu waluty na nowe maszyny i agentów została celowo spowolniona do absurdalnych granic. jeżeli nie masz zamiaru co chwilę sypać prawdziwym groszem, przygotuj się na setki bitew, byle tylko odblokować jedną nową zabawkę. Ściana sztucznego grindu wyrasta przed nami błyskawicznie i skutecznie studzi zapał do dłuższych posiedzeń.

Udany eksperyment?

World of Tanks: HEAT to przedziwny miks genialnej, dynamicznej i dającej masę frajdy rozgrywki z najbardziej irytującymi decyzjami biznesowymi i technicznymi Wargamingu. Gdyby oceniać samo strzelanie, rotację na punktach i frajdę z czystego gameplayu – byłby to murowany hit, który idealnie sprawdza się na szybkie sesje po pracy.

Nietechniczne, systemowe ograniczenia, brak wyboru trybów, sztywne powiązanie czołgów z postaciami oraz wszechobecne parcie na mikropłatności sprawiają jednak, iż gra gwałtownie łapie zadyszkę. To solidny projekt z masą zmarnowanego potencjału, w który gra się zaskakująco przyjemnie, dopóki nie zderzycie się z jego systemowymi ograniczeniami.

Sezon 1 już wystartował

Już 1 lipca wystartował Sezon 1 zatytułowany „Utracony Eden”. Do akcji wkracza nowa Agentka – Flair, dostajemy też dwa nowe czołgi, a walka przenosi się na tereny pustynne.

Więcej informacji znajdziecie w zapowiedzi:

Inne gamingowe recenzje na Movies Room:

  • Assassin’s Creed Black Flag Resynced – recenzja gry. There once was a ship that …
  • Yoshi and the Mysterious Book – recenzja gry. Ładne, ale czy coś wiecej?
  • Saros – recenzja gry. Taniec śmierci i czysta adrenalina
  • Gothic Remake – recenzja gry. Remake memów, przebudzenia i wspomnień.

Ilustracja wprowadzają: materiały prasowe

Idź do oryginalnego materiału