Komiksowy Simon Williams/Wonder Man zadebiutował w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Walczył z Avengers, zginął, dekadę później powrócił do świata żywych, dołączył do Avengers, znowu zginął, znowu wrócił, znowu walczył z Mścicielami, znowu do nich dołączył, a w ostatnich latach tułał się po różnych tytułach. Raz przeciwstawiał się idei superbohaterskiej drużyny, innym razem był postacią komediową, starającą się na boku rozkręcić karierę w Hollywood.
Komiksowy Wonder Man nigdy nie był samodzielną postacią
Problem, przed którym stanęli twórcy solowego serialu o Wonder Manie jest taki, iż to postać, która w większości swych występów była częścią drużyny. W komiksach jego najważniejsze wątki były powiązane z innymi superbohaterami. Przyjaźń z Beastem z X-Men, który przez pewien czas należał też do Avengers, to jeden z najwspanialszych bromance’ów w dziejach obrazkowych historii. Dużo miejsca poświęcono też jego miłości do Scarlet Witch. W końcu to na jego świadomości bazował umysł syntezoida Visiona.Reklama
Osoby stojące za "Wonder Manem" nie miały jednak tych postaci do dyspozycji. Scarlet Witch i Vision z Kinowego Uniwersum Marvela doczekali się bogatej historii, która, jak się okazało, nie potrzebowała Wonder Mana. Beast jest niedostępny – podobnie jak reszta X-Men czeka na pojawienie się w nadchodzących "Avengers: Doomsday". Z kim w takim razie sparować pechowego herosa?
"Wonder Man". Superbohater, który chciał być aktorem
Tu cały na biało wchodzi Trevor Slattery (powracający w tej roli Ben Kingsley), oryginalna postać wprowadzona do Kinowego Uniwersum Marvela w "Iron Manie 3" z 2013 roku. Był on aktorem, którego zatrudniono do odgrywania roli Mandaryna, terrorysty przypisującego sobie odpowiedzialność za kolejne tajemnicze eksplozje i ich ofiary. Zblazowany, zwykle będący pod wpływem różnych substancji Brytyjczyk stał się bohaterem jednego z najbardziej kontrowersyjnych momentów w historii MCU. Później zaliczył występ w krótkometrażówce "Niech żyje król" (2014) oraz "Shang-Chim i legendzie Dziesięciu Pierścieni" (2021), w którym był więźniem prawdziwego Mandaryna.
Fabuła miniserialu jest prosta. Williams (Yahya Abdul-Mateen II) posiada niesprecyzowane, potencjalnie niebezpieczne moce, a przy okazji marzy o karierze aktorskiej. Slattery chciałby wrócić do dawnej sławy, ale ma jeszcze do odsiedzenia resztę wyroku za kłopoty, które sprawił w "Iron Manie 3". Tutaj powraca znany ze "Spider-Mana: Bez drogi do domu" i "Ms. Marvel" Departament Kontroli Szkód, pilnujący działalności nadludzi. Jego agenci obawiają się, iż Williams sprowadzi na ekipę filmową niebezpieczeństwo. Nie ma jednak jednoznacznych dowodów na istnienie jego mocy. Slattery dostaje więc propozycję nie do odrzucenia. Zbliży się do Williamsa i wystawi go DKS. Okazja ku temu nadarza się bardzo szybko. Oto kultowy reżyser Von Kovak (Zlatko Burić) planuje remake "Wonder Mana" – w MCU kiczowatego filmu fantastyczno-naukowego z lat 80. Obaj aktorzy starają się o rolę w nowej wersji hitu.
"Wonder Man". Historia o przyjaźni zamiast spektaklu
Slattery i Williams po raz pierwszy spotykają się w czasie seansu "Nocnego kowboja" Johna Schlesingera. Nagrodzony trzema Oscarami film opowiadał o trudnej przyjaźni naiwnego Joe Bucka i Ratso, chcącego się na nim dorobić cwaniaczka. Obaj wierzyli, iż dzięki zarobionym pieniądzom przeniosą się z najgorszych dzielnic Nowego Jorku do słonecznego Miami. Także bohaterowie "Wonder Mana" żyją marzeniami. Williams odrzuca możliwość zmiany profesji i przez cały czas czeka na swój przełom. Jednocześnie ukrywane supermoce sprawiają, iż izoluje się od ludzi. Slattery z kolei chciałby zostawić za sobą trudną przeszłość i przestać być "Mandarynem". W głębi siebie wciąż przeżywa zmarnowane szanse, których nie brakowało w czasie jego pobytu w Hollywood.
Chociaż wątek nadprzyrodzonych zdolności Simona jest istotny, "Wonder Man" jest najmniej superbohaterską produkcją całego Kinowego Uniwersum Marvela. Kto spodziewał się spektakularnych scen akcji i wybuchów, będzie przez większość czasu zawiedziony. Serial stoi daleko od spektaklu, skupiając się na relacji dwóch facetów, którym nie wyszło. I trzeba przyznać, iż w trudnej przyjaźni bohaterów jest więcej emocji, niż w generowanych masowo CGI-owych potyczkach.
"Wonder Man". Teatr dwóch aktorów
Wynika to przede wszystkim z kreacji aktorskich. Abdul-Mateen II jest weteranem komiksowych produkcji. Za serial "Watchmen" otrzymał Emmy, a w "Aquamanie" stworzył postać z krwi i kości, której nie przyćmiewał kuriozalny kostium Black Manty. Jego Williams jest niejednoznaczny, z jednej strony niewierzący we własne siły, z drugiej irytujący w swym perfekcjonizmie. Ma talent, ale też tony nieprzepracowanych emocji, których nie potrafi okiełznać – i to one często stają na jego drodze do sukcesu. Ciążą mu także trudne relacje rodzinne. W komiksie największym przeciwnikiem Wonder Mana był jego brat Eric, znany także jako złoczyńca Mroczny Żniwiarz. W serialu wciela się w niego Demetrius Grosse, ale nie jest to żaden super łotr. To facet, który ma ustatkowane życie i z jednej strony chciałby pomóc młodszemu Simonowi, z drugiej wywiera na niego dodatkową presję. Czasem odejście od komiksowego rodowodu ma jednak pozytywny efekt.
Jeszcze lepiej wypada Kingsley jako Slattery. W "Iron Manie 3" był ucieleśnieniem stereotypowych lęków Amerykanów, które okazywało się zapijaczonym aktorem klasy B. Z kolei w "Shang-Chim" zredukowano go do funkcji irytującego dodatku komediowego (jego sceny były zresztą odczuwalnie dodane do fabuły w trakcie dogrywek). W "Wonder Manie" laureat Oscara ma w końcu szansę, by stworzyć pełnoprawną kreację. Trevor bawił już wcześniej. Tym razem także wzrusza. Podobnie, jak jego relacja z Simonem, która wypada bardzo szczerze. Autentycznie kibicuje się tym dwóm przegrywom w drodze po sławę. A odbiór finału ich znajomości jest zaskakująco emocjonalny. "Wonder Man" to przy okazji także laurka dla aktorstwa i wszystkich epizodystów, którzy czekają na swoją szansę.
"Wonder Man". Wyjątkowy, chociaż niepozbawiony wad
Niestety, "Wonder Man" nie jest pozbawiony wad. Produkcja cierpi na podobne bolączki, które trapiły wcześniejsze odcinkowe historie Marvela. To serial wolniejszy od pozostałych, opierający się przede wszystkim na dialogach. Niemniej i tym razem czuć, iż narracja jest rozwleczona, a całą historię udałoby się zmieścić w sześciu epizodach. Tym bardziej iż w środku znalazł się nieco oderwany od głównej fabuły odcinek o losach Doormana (Byron Bowers). Jest on przyzwoity sam w sobie (z wyjątkiem inscenizacji pożaru w klubie). Niestety, zaburza odbiór głównej historii. Sprawdziłby się lepiej jako oddzielna produkcja.
Nie zmienia to jednak faktu, iż "Wonder Man" jest najciekawszym serialem Marvela od dłuższego czasu. Powstawał nieco z boku wielkich produkcji i może dlatego mógł pozwolić sobie na większe odejście od wyeksploatowanej już formuły kina superbohaterskiego. Pozostaje mieć nadzieję, iż pozytywny odbiór sprawi, iż Simon i Trevor jeszcze powrócą. Te dwa przegrywy zasługują, by zawsze otrzymywać kolejne szanse.
7/10
"Wonder Man", USA 2026, platforma streamingowa: Disney+, premiera VOD: 28 stycznia 2026 roku















