"Wonder Man" nie pasuje do uniwersum Marvela i jest to jego wielka zaleta – recenzja serialu Disney+

serialowa.pl 1 godzina temu

Oryginalny, wymykający się schematom, a nawet… ambitny? „Wonder Man” nie przypomina innych produkcji Marvela i właśnie to czyni go najlepszym, co mogło na tym etapie spotkać MCU.

Już samo to, iż kolejny trzeciorzędny superbohater doczekał się własnego serialu, świadczy, iż z polityką Marvela coś było nie tak. Z jednej strony dobrze więc, iż era mnożących się w zawrotnym tempie telewizyjnych produkcji MCU dobiega końca. jeżeli jednak zmiana, po której wszystkiego ma być mniej (superherosów na małym ekranie, ich związków z filmami i historii na dużą skalę), pozbawi nas tak oryginalnych pomysłów, jakim okazał się serialowy „Wonder Man„, to wcale nie musi być zmianą na lepsze.

Wonder Man – o czym jest nowy serial Marvela?

Koncept na serial jest równie nietypowy, co intrygujący. Główny bohater, Simon Williams (Yahya Abdul-Mateen II, „Watchmen”), to walczący o uznanie aktor, który choć niepozbawiony talentu, koncertowo zawala swoje kolejne szanse na drodze do Hollywood. Gdy z nieba spada mu największa w postaci castingu do „Wonder Mana”, remake’u jego ulubionego filmu z lat 80., bohater staje przed podwójnym wyzwaniem. Musi nie tylko pokonać własne słabości, ale też ukryć przed światem, iż posiada pewne „szczególne predyspozycje” do roli superbohatera.

„Wonder Man” (Fot. Marvel/Disney+)

W pierwszym zadaniu pomóc ma mu Trevor Slattery (Ben Kingsley), znany fanom Marvela podrzędny aktor, który choć Szekspira ma w małym palcu, pogrzebał sceniczną karierę na używkach i odgrywaniu terrorysty na zlecenie (zainteresowanych zgłębieniem tematu odsyłam do „Iron Mana 3”). Teraz stara się o rolę w tym samym filmie co Simon i jest żywotnie zainteresowany wsparciem jego zawodowego rozwoju.

Druga sprawa ma z kolei związek z obowiązującym prawem, które zakazuje udziału w hollywoodzkich produkcjach wszystkim osobom z mocami. Prawda może więc w jednej chwili zamknąć Williamsowi drzwi do spełnienia marzeń, o innych konsekwencjach choćby nie wspominając. Trzeba przyznać, iż wszystko brzmi całkiem ciekawie, ale to przecież Marvel. Musi być jakiś haczyk, który utoruje serialowi drogę do bardziej standardowej superbohaterskiej fabuły, prawda?

Wonder Man, czyli jak Marvel docina swojej branży

Jak zobaczycie na przestrzeni 8-odcinkowego sezonu (całość jest już dostępna na Disney+), w tym przypadku marvelowskie prawidła nie obowiązują. Co więcej, stojący za „Wonder Manem” Destin Daniel Cretton („Shang-Chi i legenda dziesięciu pierścieni”) i Andrew Guest („Hawkeye”) wyraźnie starali się, żeby gatunkowych schematów było tu jak najmniej. Zniknął więc oklepany fabularny schemat prowadzący do finałowego starcia z czarnym charakterem, nie ma genezy mocy głównego bohatera, a choćby one same pojawiają się bardzo rzadko. Co w takim razie dostaliśmy w zamian?

„Wonder Man” (Fot. Marvel/Disney+)

I tu zaczyna się robić naprawdę interesująco, bo „Wonder Man” wymyka się prostym klasyfikacjom. Treściowo najbliżej mu do kumpelskiej komedii z Simonem i Trevorem w rolach głównych. Jednak poziom twórczej i scenariuszowej samoświadomości kieruje już całość w stronę satyry na kino superbohaterskie i przemysł rozrywkowy jako takie. Jasne, Marvel bywał już meta (choćby w „WandaVision„), ale był to tylko fabularny wytrych – tutaj twórcy poszli dalej, pozwalając sobie na komentarz do otaczającej ich rzeczywistości.

Jakkolwiek odświeżające jest to podejście, tonowałbym jednak głosy zachwytu nad kpiarskim tonem produkcji. jeżeli już, to bardziej od kpin pasują docinki i to dość umiarkowane. Szukający ciętego humoru w stylu „Studia” czy hardcorowej szydery „The Boys” będą rozczarowani. To absolutnie nie ten sam typ, bo zamiast bezlitośnie wyśmiewać, tu wyraża się uznanie dla branży i sztuki aktorskiej w szczególności, choć rzeczywiście zwykle w humorystyczny sposób. Nadaje to produkcji charakteru i stanowi jej wyróżnik, ale też nie niesie ze sobą grama ryzyka.

Wonder Man – Simon i Trevor to idealny bromance

Inna sprawa, iż „Wonder Man” wcale nie musi ryzykować. W zupełności wystarcza, iż po prostu dobrze sprawdza się na najważniejszych polach ze szczególnym uwzględnieniem relacji głównych bohaterów. Simon i Trevor to bowiem ekranowy duet z gatunku tych, których na pierwszy rzut oka nigdy byśmy ze sobą nie skojarzyli, ale już po chwili w ich towarzystwie staje się jasnym, iż pasują do siebie jak ulał, a ich sparowanie to przejaw geniuszu. Może nie na miarę Joe Bucka i Ratso Rizzo z „Nocnego kowboja”, ale porównanie, choć odważne, nie jest całkiem bezpodstawne.

„Wonder Man” (Fot. Marvel/Disney+)

To właśnie dynamika tej dwójki napędza serial, prowadząc go w tak naturalny sposób, iż kolejne odcinki mijają w błyskawicznym tempie, choćby jeżeli na poziomie fabularnym wiele się w nich nie dzieje. Nie musi, a wręcz jest to niewskazane, bo za dużo treści mogłoby zaburzyć idealną równowagę między parą bohaterów, którzy funkcjonują najlepiej w jak najprostszych okolicznościach.

Żeby przykuć do ekranu, wystarczą zatem dylematy mającego problemy z zaufaniem i dręczonego wewnętrznym niepokojem Williamsa zestawione z luźnym, choć nie bezrefleksyjnym podejściem Slattery’ego. A gdy twórcy dodają do nich solidną porcję absurdalnego humoru, całą masę kinofilskich smaczków i możliwość podziwiania pełnego spektrum umiejętności Bena Kingsleya? Zostaje już tylko rozsiąść się wygodnie w fotelach i dobrze bawić.

Wonder Man – czy warto oglądać serial Disney+?

Ja mogę zaręczyć, iż jest to jak najbardziej możliwe i kompletnie nie ma znaczenia, czy przez cały czas orientujecie się w zawiłościach MCU, czy trafiliście na „Wonder Mana” przypadkiem, bo nie wiedzieliście, iż to Marvel. Ta druga opcja może być choćby lepsza, bo twórcy wydają się świadomi, jak daleko ich serialowi do centrum filmowego multiwersum (albo jak bardzo jest on obojętny disnejowskim decydentom) i czynią z tego atut, pozwalając sobie na szczyptę szaleństwa.

„Wonder Man” (Fot. Marvel/Disney+)

Można za taką uznać choćby cały, niepowiązany z główną fabułą czarno-biały odcinek wyjaśniający powody niechęci serialowego Hollywoodu do superbohaterów (i co ma z tym wspólnego Josh Gad). Albo wyjaśnienie tego, na czyich plecach zrobił karierę (i przez cały czas robi!) Joe Pantoliano („Rodzina Soprano”). Albo aferę z dilerami domowej roboty słodyczy. Albo cokolwiek innego, bo smaczków jest więcej, a im mniej pasują one do komiksowego świata żyjącego aktualnie odliczaniem do „Doomsday”, tym lepiej dla serialu.

Co poniektórzy mogą być zawiedzeni brakiem większych związków z uniwersum, mało filmową historią czy incydentalnym używaniem supermocy przez Simona. Jednak dla pozostałych, a zwłaszcza tych czujących zmęczenie superbohaterskimi kliszami, „Wonder Man” może okazać się idealną propozycją na niezobowiązujący seans. Szczególnie iż w przeciwieństwie do innych jednorazowych marvelowskich herosów (jak życzę twórcom 2. sezonu, tak w niego nie wierzę), ten akurat ma dość charakteru, żeby uzasadnić poświęcenie mu kilku godzin czasu.

Serial Wonder Man jest dostępny na Disney+

Idź do oryginalnego materiału