Wojna i inne zjawiska pogodowe

filmweb.pl 1 tydzień temu
Zdjęcie: plakat


Filmów z pierwszej linii frontu - to jest tych relacjonujących wojnę w najbardziej ekscytujący, ale i brutalny sposób - było w historii kina mnóstwo. Ale tych, które mówią o cichych bohaterach wojennych wciąż nie ma znowu tak wiele, a "Niebo nad Normandią" może być produkcją, która wyznaczy nowy standard w tej dziedzinie. Bo choć sekwencje bitewne są tu zaledwie dodatkiem, film Anthony'ego Marasa wręcz przygniata napięciem, wytworzonym przez brzemię dźwigane przez głównych bohaterów.

Pułkownik James Stagg (Andrew Scott) był w siłach powietrznych Wielkiej Brytanii oficerem wyjątkowym. Zajmował bowiem stanowisko naczelnego meteorologa brytyjskiej armii, który w czerwcu 1944 roku został wezwany przez amerykańskiego generała Eisenhowera (Brendan Fraser) do stawienia się w alianckiej bazie Southwick. To tam okazało się, iż Stagg ma odpowiadać za ustalenie prognozy na dzień, który dziś uznajemy za najważniejszy dla rozstrzygnięcia drugiej wojny światowej tj. D-Day, czyli lądowanie aliantów w Normandii. Trudno wyobrazić sobie bardziej odpowiedzialne zadanie - od adekwatnego odczytania map pogodowych, sprawozdań ze stacji meteorologicznych i całego mnóstwa innych danych zależało bowiem to, czy siły alianckie będą miały jakąkolwiek szansę na pokonanie hitlerowskiej machiny wojennej. Owszem, to Eisenhower brał na siebie odpowiedzialność wydania rozkazu żołnierzom, ale to od pułkownika Stagga zależało, czy życie tysięcy młodych mężczyzn nie zgaśnie zanim jeszcze na dobre rozpocznie się walka. I ów niepozorny oficer, doświadczony meteorolog, potraktował swoje zadanie z najwyższą powagą, licząc się z tym, iż jego ekspertyzy mogą skonfliktować go z budzącym respekt generałem Eisenhowerem, prawdziwym bogiem alianckiej armii.

  • Focus Features
  • StudioCanal
  • Alex Bailey


Już od pierwszych wzmianek na temat fabuły "Nieba nad Normandią" wiadomym było, iż film Marasa będzie opierał się na tym aktorskim pojedynku - iż źródłem emocji będzie tu ciągłe ścieranie się niepozornego brytyjskiego oficera z legendarnym amerykańskim dowódcą. Nie było jednak wiadomo, iż będzie to aż taka uczta! Andrew Scott w roli Stagga jest niesamowity - jego powściągliwość miesza się z poczuciem moralnej i intelektualnej wyższości nad sojusznikami z USA, a z czasem ustępuje także wątpliwościom i obawom. Młody pułkownik zostaje bowiem skoszarowany w kompletnie odizolowanej bazie Southwick w przededniu najważniejszego wydarzenia w jego życiu - narodzin potomka. Jest on zatem rozdarty między poczuciem obowiązku i świadomością wagi swojej misji a instynktowną potrzebą bycia przy ciężarnej małżonce - zwłaszcza, iż Londyn wciąż jest celem nazistowskich bombardowań. Stagg zostaje skonfrontowany z żywą legendą amerykańskiej armii, człowiekiem nieznoszącym sprzeciwu, ale i potrafiącym przemówić ludzkim głosem. "Ike" Eisenhower w interpretacji Brendana Frasera nie jest postacią posągową - generał wciąż nie może się otrząsnąć po katastrofalnej w skutkach Operacji Tiger, która kosztowała życie blisko tysiąc alianckich żołnierzy, a brzemię zaplanowania kluczowego dla losów wojny D-Day zdaje się być zbyt wielkie choćby dla tak wielkiego dowódcy. I wydaje się, iż właśnie owe słabości i wątpliwości obu oficerów są tym, co w pewnym sensie zbliża ich do siebie i pozwala wypracować porozumienie, którego podwaliną jest wzajemny szacunek.

  • Focus Features
  • StudioCanal


Z jakiegoś powodu "Niebo nad Normandią" skojarzyło mi się z "Ludźmi honoru" nieodżałowanego Roba Reinera. Tam co prawda konfrontacja dwóch postaci następuje dopiero w finale, ale kilka innych elementów się zgadza: dwa obozy, których liderzy muszą w końcu stanąć oko w oko; ogromna odpowiedzialność i moralna waga podejmowanych decyzji; istotne postacie drugoplanowe w każdym z obozów, wpływające na rozwój fabuły. W "Ludziach honoru" byli to oczywiście bohaterowie kreowani przez Demi Moore, Kevina Pollaka czy Kiefera Sutherlanda, w "Niebie nad Normandią" mamy Chrisa Messinę w roli doświadczonego, ale dość ograniczonego w środkach amerykańskiego oficera meteorologicznego, a także znakomitą Kerry Condon jako irlandzką panią oficer, pełniącą rolę prywatnej asystentki Dwighta Eisenhowera. Każda z tych postaci ma niebagatelny wpływ nie tylko na ostateczny kształt relacji w zespole przygotowującym prognozę na D-Day, ale w efekcie także na powodzenie całej operacji. Bo gdyby nie kooperacja tamtych ludzi, gdyby nie zaufanie drugiej stronie pomimo istniejących różnic, być może świat dziś wyglądałby zupełnie inaczej. I to też największa różnica pomiędzy "Niebem nad Normandią" a przywołanymi przeze mnie "Ludźmi honoru" - tutaj gra idzie do jednej bramki, choćby jeżeli zawodnicy muszą wykonać sporą pracę, by to zrozumieć.

Nie przesadzę, nazywając dzieło Anthony'ego Marasa jednym z najlepszych filmów, jakie widziałem w tym roku. Ktoś mógłby powiedzieć, iż to po prostu solidne, dobrze zrobione kino, ale ja w "Niebie nad Normandią" dostrzegam coś więcej - absolutną harmonię wszystkich elementów, z której wynika poczucie obcowania z czymś wyjątkowym. To nie jest film, który bije oscarowe rekordy, nie zajmie też pewnie miejsc w czołówkach wszelkich rankingów. Jestem jednak pewien, iż zajmie inne, znacznie ważniejsze miejsce - w sercach tysięcy widzów.
Idź do oryginalnego materiału