Wnuczka Picassa – recenzja spektkalu. Masterclass manipulacji

popkulturowcy.pl 1 godzina temu

Teatr Sensacji Kobra obchodzi swoje 70-lecie. Z tej okazji w Teatrze Telewizji zadebiutował spektakl mistrza komedii i kryminałów – Juliusza Machulskiego. Wnuczka Picassa nie tylko sięga po kultowy humor z produkcji reżysera. Wprowadza również postmodernistyczną narrację i łączy tym samym legendarną konwencję z jej odświeżonym, sarkastycznym odczytem.

Większość kojarzy Juliusza Machulskiego z polskimi hitami, jak Seksmisja czy Vinci. W jego dorobku nie brakuje jednak wielu spektakli. Ostatni raz autorską inscenizację reżysera w Teatrze Telewizji mogliśmy zobaczyć w 2015 roku. Po ponad 10 latach od premiery Rybki canero Machulski powraca z kolejną sensacyjną komedią. Wnuczka Picassa to ironiczny i unikalny hołd 70-letniej Kobrze. Twórca korzysta przede wszystkim z metateatru i odwróconych wektorów opowiadania tradycyjnych kryminałów. Nie zawsze udaje mu się zbalansować oryginalną konwencję, przez co zahacza o nieprzyjemny kicz. Jednak znaczna część scenariusza trafnie diagnozuje i ironizuje zarówno współczesność, jak i sam gatunek spektaklu.

fot. Karolina Jóźwiak/TVP

Trzy portrety i jedna intryga, która z każdą decyzją staje się coraz gęstsza. Juliusz Machulski na swój szyderczy i aluzyjny sposób komentuje świat. Pojawiają się m.in. Rosja, feminizm i ciemiężliwa klasa wyższa. W pewien sposób najnowsza Kobra jest także portretem psychologicznym zbrodniarza niczym ze Zbrodni i kary. Tu jednak główną postacią jest sprytna służąca Sonia, która próbuje sprzedać drogocenne obrazy pod nieobecność właścicieli. Reżyser zamiast pytać „kto zabił?” postanawia śledzić perspektywę „zabójcy”, a tutaj konkretnie złodzieja. Dzieło Dostojewskiego i Wnuczkę Picassa łączą ze sobą także elementy psychologiczne – choć Machulski raczej prezentuje poradnik doskonałego manipulatora, a nie mentalne konsekwencje zbrodni. A poradnik ten wydaje się wysyłać sygnał dodający otuchy i odwagi kobiecej części społeczeństwa. Tym samym reżyser przełamuje stereotyp męskiego everymana, który często sam powielał w filmach.

Z tym zadaniem perfekcyjnie radzi sobie odtwórczyni roli służącej – Masza Wągrocka. Aktorka hipnotyzuje wypełnionymi od krętactw dialogami. Nie brak jej swobody nie tylko w ruchach, ale i w kłamaniu – osiąga w tym poziom Olgi Sarzyńskiej w roli Sibylle w spektaklu EKS. Służąca sprawia wrażenie inteligentnej, ale zagubionej i działającej ad hoc, co prędko winduje stawkę i pozwala autentycznie kibicować bohaterce. Choć nie ma w niej altruistycznych pobudek, Masza Wągrocka do swojej gry wciąga również widzów. Imponuje kreatywnością i precyzją w doborze maski do każdego, kto staje na jej drodze. Przy Wieśku Żurawskiego zachowuje się wręcz „ulicznie”, przy Izabeli Agaty Pruchniewskiej gra skromną i pokrzywdzoną, a przy Lucynie Aleksandry Domańskiej jest pełnoprawną ekspertką od sztuki. Sonia co chwilę jest inna, choć jej różne „wcielenia” spaja prosty cel zdobycia pieniędzy.

fot. Karolina Jóźwiak/TVP

W kontraście oglądamy resztę obsady zamkniętej w komediowych i dość funkcyjnych ramach. Dobór odtwórców tych postaci to pewna konieczność dla specyficznie stylizowanych dialogów Machulskiego. Michał Żurawski doskonale wciela się w irytującego palanta, a pracodawcy Soni – Ferdynand i Izabela to bogate, wiecznie skłócone małżeństwo. Andrzej Zieliński i Agata Pruchniewska są diametralnie różni, dzięki czemu dogryzają sobie choćby poza ekranem. Postać Zielińskiego wpisuje się także w motyw „wujka z wesela”. Gdy do towarzystwa dołączają Krzysztof Stelmaszyk i Magdalena Koleśnik, rozmowy przyjmują kształt prawdziwie niezręcznych. Związek starszego mężczyzny Hipolita ze świeżą maturzystką Toską staje się źródłem wielu kontrowersyjnych żartów. Wymieniać można naprawdę wiele – są tu też znienawidzona teściowa Królakowa grana przez Ewę Kolasińską czy Robert Więckiewicz w roli Niemca Odermatta. Bohaterowie dobrani są tak, aby nomen omen służyć w opowieści o służącej. Reżyser kreacje opiera na znanych widzom archetypach. W ten sposób sednem komizmu nie są same postacie, a ich satyryczny odczyt i uległość manipulacjom głównej bohaterki.

Wnuczka Picassa łamie wiele scenariuszowych zasad, aby obnażyć i wyśmiać swoją gatunkowość. Machulski raczej trzyma się swoich oryginalnych założeń. Dopóki skupia się na historii, rzeczywiście pozwala śledzić i akceptować tę niestandardową wizję. Gdy jednak egzekwuje konwencję metateatru, chwilowo wytrąca z satyrycznego wydźwięku spektaklu. Nie opiera na tym całej produkcji, jak bywa to w filmach z serii Deadpool, tylko wprowadza metateatr jako element historii. Ten również nie jest narzędziem do budowania opowieści jak w Wilku z Wall Street. Machulski posługuje się nim jak młotkiem do wbijania śrubek, zamiast gwoździ. Twórca, zamiast subtelnie sugerować świadomość bohaterów o sztuczności wykreowanego świata, woli ją bezpośrednio zdradzać. W konsekwencji psuje tym ostateczny zwrot akcji, choć gwałtownie rekompensuje go kolejną niespodziewaną sceną. Niemniej, rozwiązanie całej intrygi po prostu zawodzi i pozostawia niesmak pójścia przez twórcę na skróty.

fot. Karolina Jóźwiak/TVP

Od strony technicznej Kobra mistrza czarnej komedii radzi sobie bardzo dobrze. Wnuczka Picassa to zdjęciowo tradycyjny telewizyjny spektakl, którego dawno w repertuarze Teatru Telewizji nie było. Sam Juliusz Machulski na pokazie przedpremierowym przyznał, iż do nakręcenia wykorzystali równocześnie 6 kamer. To zdecydowanie widać. Częste długie ujęcia naturalnie pomagają utrzymać uwagę widza i uwiarygodnić wydarzenia. Przydaje się to szczególnie w sztucznie nastawionych na żart tekstach, ale także podświadomie buduje przestrzeń głównej bohaterki. W ten sposób mimo granego zagubienia Soni, mamy poczucie „kontrolowanego chaosu”. Klimat uwiarygadnia także muzyka Michała Ostoi-Ostaszewskiego. W zestawieniu z niedawną premierą Wroga ludu, tutaj kompozycje potęgują napięcie zamiast próbować być jego fundamentem.

Tytułowa bohaterka Wnuczki Picassa hipnotyzuje irytującego narzeczonego, właścicieli posiadłości, a także i nas. W pojedynkę napędza ona dynamikę historii, bawiąc się funkcjonalnymi i archetypicznymi bohaterami drugoplanowymi. Juliusz Machulski tworzy bardzo dobry hołd 70-letniej tradycji Kobry poprzez satyrę i swój unikalny humor. Równocześnie udaje mu się skomentować także współczesny świat. Niestety momentami potyka się o własne ambicje, robiąc komedię z komedii przy wykorzystaniu konwencji metateatralnej. W finale mało trafnie rozładowuje pieczołowicie budowane napięcie, choć wciąż nie przekreśla tym ogólnej frajdy z seansu. To jednak udany telewizyjny powrót weterana, który warto zobaczyć również dla techniki i warsztatu aktorskiego. Choć komedia kryminalna pozostawia niedosyt strukturalny, pozostaje wciągającą jednorazową przygodą zarówno dla tradycjonalistów, jak i widzów szukających nowoczesnych wrażeń.


fot. główna: Karolina Jóźwiak/TVP

Idź do oryginalnego materiału