Jak w 2026 roku opowiedzieć historię, której bohaterowie noszę takie imiona, jak Ram-Man (Taran), Fisto (Piącha) albo Evil-Lyn (Zło-lina)? Jak opowiedzieć o He-Manie, czyli… Człowieku Nim? Na pewno nie z pełną powagą, o czym twórcy nowej ekranizacji Władców Wszechświata doskonale wiedzieli. Uciekając od jednej skrajności, wpadli jednak w drugą.
O spektakularnym sukcesie He-Mana i spółki w 1983 roku (i równie olbrzymim upadku już cztery lata później) można by się rozpisać na kilkadziesiąt akapitów. Mimo licznych prób przywrócenia świetności mięśniakowi z Eternii, na sam szczyt nigdy już nie wrócił i nic nie wskazuje na to, by zeitgeist raz jeszcze miał mu sprzyjać. W przeciwieństwie do Batmana, Transformersów czy Wojowniczych Żółwi Ninja, trudno tak wymyślonego herosa uwspółcześnić. Jest sztandarowym produktem nieco tandetnej i bardzo przerysowanej amerykańskiej popkultury z początku lat 80.
Kadr z filmu „Władcy Wszechświata” / United International Pictures Sp z o.o.Travis Knight – podobnie jak osiem lat temu przy Bumblebee – postanowił w ogóle z tym nie walczyć i zamiast kreować He-Mana na miarę współczesnych czasów, bezwstydnie przyswoił całą tę wielobarwną otoczkę. Dzisiaj uszlachetnioną dodatkowo nostalgią. Mało tego, kompletnie dał się własnemu założeniu pochłonąć, przez co hamulce bezpieczeństwa nie zadziałały i ostatecznie znalazł się niebezpiecznie blisko nie hołdu, tylko karykatury. Wychowałem się na animacjach z He-Manem, miałem w dzieciństwie mnóstwo figurek z tego uniwersum i chociaż nigdy nie byli to moi faworyci, przez większość seansu miałem wrażenie, iż z kiedyś bliskich mi postaci zrobiono błazenadę. Wiem już, co czuli fani Thora po obejrzeniu Ragnaroka.
Atutem dawnego ekranowego He-Mana (również tego kinowego, z 1987 roku) jest pokazywanie na poważnie tego, co dzisiaj oglądamy z uśmiechami na twarzach. Żarcik pod koniec odcinka i ekipa bohaterów zrywająca boki ze śmiechu, obowiązkowy (dosłownie – taki był wymóg telewizji w latach 80.) morał w ostatniej scenie, Adam przemieniający się w He-Mana w tajemnicy, choć obydwa jego wcielenia wyglądają identycznie – to nie mogła być przecież autoironia i właśnie dlatego po latach oczarowuje specyficznym urokiem. Na tej samej zasadzie The Room Tommy’ego Wiseau zaskarbił sobie sympatię tysięcy osób na całym globie – to nigdy nie miało być śmieszne, ale wymknęło się spod kontroli. Pozbawionemu tego waloru reżyserowi został jedynie niewysokich lotów kabaret.
To niewątpliwie musiał być trudny orzech do zgryzienia. Zrealizowanie filmu o He-Manie na modłę ponurego kina superbohaterskiego z początku stulecia nie wchodziło w grę, ale zwrot ku komedii fantasy sprawdza się tylko do pewnego momentu. Humor, bliźniaczo podobny do tego wysłużonego z produkcji Marvela, gwałtownie zaczyna ciążyć i irytować. Zwłaszcza dlatego, iż największym żartem jest główny bohater. Książę Adam najwyraźniej cierpi na tę samą przypadłość, co Thor u Waititiego – jego szare komórki masowo wymarły. Tytanem zawsze był bardziej z wyglądu niż intelektu, ale w wersji Nicholasa Galitzine’a zachowuje się jak muskularny Forrest Gump. Naiwny, przesadnie niewinny i zdeterminowany, by osiągnąć pozornie leżące poza zasięgiem jego możliwości cele. Może łatwiej dałoby się takie jego wcielenie przełknąć, gdyby w pudełku z czekoladkami częściej trafiał na tę, dzięki której „moc przybywa”, bo przez większość filmu zamiast prężyć tors pod zbroją i wymachiwać orężem, biega w tę i z powrotem w różowej (hołdującej kreskówce) koszuli.
Kadr z filmu „Władcy Wszechświata” / United International Pictures Sp z o.o.Zdarzają się też momenty zaskakująco rubaszne – i to do tego stopnia, iż kategoria wiekowa PG-13 wydaje się zbyt niska. Nie będę pruderyjnie udawał, iż mnie to uraziło, ale jest to wyraźna zmiana w stosunku do przyjętego przez Hollywood standardu. Polska publiczność nie musi się jednak tym martwić. Przetłumaczone na nasz: „Let’s fist some bad guys! Give him head, Ram Man” nie brzmi aż tak dwuznacznie. Podobnych zaskoczeń pozostało kilka. Na przykład Man-At-Arms (Idris Elba) to alkoholik, który śpi obok własnych wymiocin, a bojaźliwy Cringer zostaje w pewnym momencie określony jako pussy… Ale zaraz później dodane zostaje, iż cat. Brakuje jeszcze tylko, by niezbyt poważny Szkieletor (Jared Leto) zagroził He-Manowi słowami: „A zasadził ci ktoś kiedyś kopa w dupę?”. Prymitywny i wulgarny żart „Świata według Władców Wszechświatów” nie jest oburzający czy szokujący. Problemem jest raczej to, iż książę Adam pasuje do Boczka i Paździocha tak samo, jak Ferdek do Vita Corleone.
Do kogo tak skonstruowany film, bazujący na popularnej przed laty serii zabawek, jest skierowany, trudno stwierdzić. Można się domyślać, iż do potraktowanych jak zdziecinniałe nerdy czterdziestolatków, którzy nie tylko karmią się nostalgią, ale też z dumą wygłaszają przed młodszymi odbiorcami popkultury legendy o tym, jak to onegdaj sięgali po przeróżne kultowe produkcje, gdy nie były jeszcze własnymi replikami, tylko oryginałami. Świadczy o tym multum odniesień do przeszłości, ale nie będę ukrywał, iż sam również dałem się na nie złapać.
Wygląd bohaterów nie mógł być lepszy. Wiernie odzwierciedla najbardziej znane projekty, co po reakcjach na film z 1987 roku musiało uchodzić za priorytet. O ile Dolph Lundgren (powracający w nowej produkcji w drobnym epizodzie) wyglądał dobrze jako He-Man, o tyle Szkieletor Franka Langelli więcej miał wspólnego z Cyganką z Bruneta wieczorową porą. W jego świcie zabrakło w dodatku niemal wszystkich pomagierów znanych z animacji i zabawek. W 2026 roku nie powtórzono tego błędu, a największe wrażenie (większe choćby od Szkieletora) robi ta jedna postać, do wykreowania której scenarzyści podeszli ze śmiertelną powagą – Trap Jaw (Sam C. Wilson). W kreskówce z lat 80. był jedynie niezbyt inteligentnym narzędziem swojego szefa, tutaj przypomina swoją pierwotną wersję, przedstawioną w minikomiksie załączonym do oryginalnej figurki. Przedstawił się w nim jako zbieg z najcięższego kosmicznego więzienia. Tak niebezpieczny, iż He-Man i Szkieletor musieli na chwilę połączyć siły, by nie przejął władzy nad zamkiem Grayskull. Knight aż tak daleko się nie posunął, ale pokazał szczękozębnego cyborga jako bezwzględnego, trudnego do zatrzymania terminatora.
Kadr z filmu „Władcy Wszechświata” / United International Pictures Sp z o.o.Reżyser i scenarzyści odrobili pracę domową na szóstkę z plusem. Odniesień do rozległej, obejmującej różne media, przeszłości Władców Wszechświata jest jeszcze wiele. Na chwilę pojawia się chociażby Karg, czyli pomniejsza postać z poprzedniego filmu, która ze względu na cięcia budżetowe w departamencie efektów specjalnych zastąpiła Trap Jawa. Jest też Goat Man, który debiutował w książeczce Secret of the Dragon’s Egg z 1985 roku. Jest Dian, która debiutowała w pasku komiksowym w jednej z gazet w latach 80. i od tego czasu słuch po niej zaginął. Jest „człowiek peryskop” Mekaneck. Jest choćby Pigboy, czyli kolejny drugoplanowy bohater z ekranizacji z 1987 roku. Na kogo wyciąganie takich smaczków i przetwarzanie popkultury z zaangażowaniem działa, ten będzie całkowicie zahipnotyzowany.
Pewne zastrzeżenia można natomiast mieć co do zakresu wykorzystania odniesień do filmu z Lundgrenem. On sam jako mentor z siłowni czy powrót kilku zapomnianych przez świat postaci to hołdy w zupełności wystarczające. Zbędnym wydaje się powrót do przed laty najbardziej kontrowersyjnego pomysłu – osadzeniu akcji na Ziemi. Nasza planeta faktycznie istnieje w tym uniwersum. Królowa Marlena, matka Adama, rzeczywiście z niej pochodzi, a choćby w jednym z ostatnich odcinków pierwszej kreskówki (Visitors from Earth) Eternię odwiedzili amerykańscy astronauci. Czy ktoś jednak naprawdę chciał oglądać korpo-księcia, wyalienowanego ze względu na manię przeglądania mieczy w internecie, opowiadającego o swoim pochodzeniu każdemu, choćby dziewczynie na pierwszej randce, bez refleksji nad tym, w jakim stawia go to świetle? Ziemia jest nudna. Władców Wszechświata ogląda się dla napakowanych barbarzyńców walczących z potworami i robotami władającymi magią i laserami.
Im dalej w trakcie seansu, tym zarzuty coraz bardziej nawarstwiają się. Drwienie z własnego kanonu, przesyt niskich lotów humorem, wątpliwe decyzje fabularne… Ale czego można było innego oczekiwać? To zbyt duża produkcja, by studio zaryzykowało podobnie, jak na przykład twórcy Samuraja Jacka, którzy ostatniemu sezonowi nadali zupełnie inny, poważniejszy ton. Z takiego materiału źródłowego w takich czasach chyba nic lepszego nie dało się skonstruować. To wciąż nie będą „nowe Gwiezdne wojny”, jak marzyło się producentom w latach 80., ale nie wyszedłem z kina z poczuciem zmarnowania ponad dwóch godzin. Wręcz przeciwnie – mam nadzieję, iż do zapowiedzianej w scenie po napisach drugiej części faktycznie dojdzie, mimo miernych jak na ten moment wyników box office’u. Popcornowe kino nigdy nie wymrze, więc równie dobrze może mieć twarz He-Mana.
Korekta: Krzysztof Kurdziej















