WŁADCY WSZECHŚWIATA [RECENZJA]. Idźcie do kin! Szkieletor rządzi!

film.org.pl 16 godzin temu

Władcy Wszechświata to aktorska wersja słynnego serialu animowanego, bazującego na serii zabawek Hasbro. Za kamerą Travis Knight, ojciec sukcesu Bumblebee, najsympatyczniejszej części Transformers. Oceniam Masters of the Universe.

What’s going on?

Władcy Wszechświata to niezobowiązująca rozrywka, która przynosi dużo frajdy. Czuć w tym filmie miłość nie tylko do materiału źródłowego, ale też do kulturowego impaktu oryginalnych zabawek i produkcji. To uczucie jest tak silne, iż w jednej z pierwszych scen pojawia się choćby Dolph Lundgren (He-Man z 1987 roku), który przekazuje bohaterowi swoją mantrę, a na poziomie metatekstualnym daje błogosławieństwo i opiekę nad rolą Nicolasowi Galitzine’owi.

Jest tu dużo dobrego. Nad całością powiewa flaga frajdy i zabawy, wynikająca z lekkiego tonu i mrugnięć okiem do fanów, ale jednak obraz wydaje się przeładowany i nie w pełni skupiony, przez co nie osiąga pełni swojego potencjału. Najbardziej wadzi początkowa część ziemska, która nie jest wystarczająco rozbudowana, by dobrze uzasadniać swój udział w fabule.

Zwłaszcza sekwencja korporacyjna, rodem z Matrixa czy Wanted, która niby jest zabawna, pasuje do filmu jak pięść do nosa, bo nie jest charakterologicznie podprowadzona. Jest też scena ze słynną piosenką 4 Non Blondes. Szanuję za nawiązanie do viralowego wideo – moment jest całkiem zabawny, a przez wykorzystanie piosenki w marketingu też mocno zapamiętywalny – ale ta scena nie do końca działa tak jak powinna. Jest nieco zbyt nachalna i odstaje od reszty obrazu.

Szkieletor MVP

Ten film realnie zaczyna się w momencie powrotu do Eternii i wtedy pokazuje swoje najmocniejsze strony. Największym atutem jest przerysowany i kampowy Szkieletor. Brutal, ale w tak rozbuchany, teatralny sposób, iż nie sposób nie czerpać euforii z obcowania z nim na ekranie. Dodając do tego komicznie banalną motywację (lubię być Złym), ta postać działa na ekranie najlepiej, bo właśnie w sposobie jej prowadzenia i zagrania, jawi się styl, w którym powinien być opowiedziany cały film.

Szkieletor jest postawiony w odpowiedni nawias stylistyczny, który działa najlepiej i sprawia, iż ten bohater to Most Valuable Player, i kradnie każdą scenę. Choć jest tylko dymiącą czachą, to też najlepiej zagrana postać, zarażająca charyzmą, specyficznymi manieryzmami oraz nietuzinkowym podejściem do rzeczywistości. To Zły, który kocha być złym i siać chaos wszędzie, gdzie się pojawia.

Jared Leto wykonał kawał świetnej roboty i należą mu się brawa za tak świadome prowadzenie postaci. Na szczególną uwagę zasługuje jego modulacja głosem – tembr kontrastuje z drastycznością wypowiedzi. Sposób mówienia jest cieplejszy niż postrach, który rodzą jego słowa. Jest nadmiernie radosny jak na to, iż właśnie grozi ludziom. Taki vibe urokliwego psychopaty, co najpiękniej pokazuje wykorzystana do promocji scena przemowy z crescendo. Najzabawniejsze, iż gdyby nie wiedzieć, iż to lider 30 Seconds to Mars, nie idzie się tego domyślić, tak bardzo odmienne są manieryzmy bohatera od dotychczasowego emploi aktora.

Władcy Wszechświata – oceniam

Władcy Wszechświata to miszmasz znanych i ogranych motywów. Twórcy mieli kilka pomysłów, ale zamiast oddać się jednej idei, zmieszali je, czego efektem jest pewien chaos narracyjno-stylistyczny. Ten film jest trochę jak napisany przez nadpobudliwego 12-latka, który podczas zabawy chce dodać jak najwięcej fajnych elementów. To jak ze słynnym słodko-mięsnym daniem Rachel z Przyjaciół – poszczególne elementy mogą być smakowite, ale całość to mieszanka nieprzystających do siebie składników.

Nie jest to wprawdzie maestria Lego. Movie z jego szaleństwem i przesłaniem o sile wyobraźni, czy poziom doskonałych Dungeons & Dragons, które swój styl mocno trzymało w ryzach, dzięki czemu historia i ton były cały czas spójne, ale Władców wszechświata niesie humor i niezobowiązująca zaraźliwa energia. Koniec końców to fajny, wholesome film, który przysparza masy radości. choćby jeżeli nie oddziałuje tak mocno, jakby mógł, to wciąż lekka niezobowiązująca przyjemnostka – bezpieczna, ale miła. Z seansu wychodzi się z uśmiechem na ustach. Mimo wad, świetnie się bawiłem. I chcę sequela. Także – idźcie do kin!

Idź do oryginalnego materiału