Władcy Wszechświata – recenzja filmu. Gdzie jest He-Man?

popkulturowcy.pl 2 godzin temu

Będąc dziećmi, prawdopodobnie wielu z was marzyło kiedyś o tym, by stać się wielkim He-Manem. Dzierżyć moc Posępnego Czerepu i toczyć walki ze Szkieletorem. Nic dziwnego. Podobne marzenia miało wielu takich jak wy szczęściarzy, którzy mieli okazję wychowywać się w latach 80. i 90.

Magia, jaką roztaczał wtedy He-Man, była nie do podrobienia. Przerysowane postaci, dziwne przygody i połączenie absolutnie wszystkiego, co fajne. Wydawałoby się, iż takiej magii nie da się już odtworzyć, a jednak nowi Władcy Wszechświata tego dokonali…

fot. kadr z filmu

Jak wspomniałem, Władcy Wszechświata to absolutna pożywka dla fanów przygód księcia Adama. Mamy tu wszystko, czego mogli oczekiwać miłośnicy serii. Pojawia się cała gama bohaterów – zarówno w nowych, jak i klasycznych odsłonach. Są epickie walki, znane lokacje, a także cały świat mitycznej Eternii. A wszystko to przyprawiono dojrzalszym, momentami dwuznacznym humorem. Na pierwszy rzut oka wydaje się, iż to film bez skazy – godny sukcesor Władców Wszechświata. W rzeczywistości jest to jednak jedynie solidny film akcji z motywem He-Mana.

Fabularnie produkcja podąża mocno utartym szlakiem – drogą bohatera, który po latach nieobecności powraca do swojej krainy, by ponownie stanąć do walki o sprawiedliwość. Jedynym naprawdę udanym, moim zdaniem, rozdziałem tej opowieści jest pierwszy akt, w którym poznajemy dorosłego Adama i obserwujemy, jak radzi sobie w naszym świecie. To także jedyny moment, w którym Adam rzeczywiście gra pierwsze skrzypce. W drugim i trzecim akcie na pierwszy plan wysuwa się bowiem nie on, ale Teela. To ona najodważniej walczy, najbardziej się stara i ratuje wszystkich z opresji, podczas gdy Adam często przyjmuje rolę wesołego głupka zamiast wybrańca mocy. Nie zrozumcie mnie źle. Nie mam nic przeciwko silnym kobiecym postaciom, ale w przypadku Władców Wszechświata rola Teeli została moim zdaniem wyraźnie przesadzona, przez co cierpi sam Adam.

Postać księcia momentami wydaje się wręcz nie pasować do tej produkcji. Nicholas Galitzine wkłada w swoją rolę ogrom serca, co widać od samego początku, ale mam wrażenie, iż scenarzyści potraktowali go po macoszemu. Początkowo wypada naprawdę dobrze. Widzimy jego najważniejsze cechy charakteru, takie jak dobroć i współczucie. Jest po prostu klasycznym, pozytywnym bohaterem. Nie wiedzieć czemu, twórcy postanowili jednak dorzucić do tego głupotę i lekkie zagubienie w rzeczywistości. Dzięki temu zyskuje pewien urok, ale jednocześnie traci bardzo wiele jako główny bohater.

fot. kadr z filmu

Szkieletor jest natomiast jego całkowitym przeciwieństwem. Jared Leto w roli głównego antagonisty to prawdziwe crème de la crème Władców Wszechświata. Jego sposób bycia, mówienia, podejmowane decyzje, a choćby wygląd ocierają się o perfekcję. Szkieletor w wykonaniu Leto to charyzmatyczny złoczyńca, który doskonale wie, czego chce, a przy tym potrafi być zabawny. W przeciwieństwie do He-Mana zachowuje klasę – rozśmiesza, nie robiąc z siebie kompletnego idioty. Co ciekawe, najbardziej bawi wtedy, gdy nie widzimy go w charakterystycznej todze, ale w czymś zupełnie innym, czego ze względu na spoilery zdradzić nie mogę. Najważniejsze jednak jest to, iż mimo dość kontrowersyjnego wyglądu przez cały czas pozostaje pełnoprawnym złoczyńcą.

Pozostali bohaterowie wypadają równie dobrze. Idris Elba jako Man-At-Arms zmagający się z nałogiem, Teela jako wyszkolona wojowniczka i przyjaciółka Adama, a także Alison Brie (Evil-Lyn), Morena Baccarin (Czarodziejka), James Purefoy jako król Randor czy Sam C. Wilson wcielający się w Trap Jawa. Każda z tych postaci ma wyraźnie zarysowany charakter, własne cele i słabości.

fot. kadr z filmu

Efekty specjalne prezentują bardzo wysoki poziom. Widać tu swobodę twórców i brak ograniczania się prawami fizyki czy logiki. To prawdopodobnie jeden z największych atutów tej produkcji. Władcy Wszechświata od zawsze byli przerysowani i niezbyt poważni. Film doskonale oddaje ten klimat, serwując przy okazji widowisko z prawdziwego zdarzenia. Cieszy także fakt, iż pozostałe postaci potraktowano z równą starannością. Zarówno bohaterowie pierwszoplanowi, jak i drugoplanowi zostali stworzeni z dużą dbałością o szczegóły, a towarzyszące im efekty naprawdę cieszą oko.

Elementem, który wypada nieco słabiej, jest muzyka. Problemem okazuje się jeden motyw przewodni, powracający niemal bez przerwy. Początkowo działa znakomicie i buduje odpowiedni nastrój. Im częściej jednak go słyszymy, tym bardziej traci swój urok i zaczyna męczyć. Co ciekawe, problem ten uwidacznia się dopiero po drugim akcie, kiedy film wyraźnie traci tempo i sprawia wrażenie mniej dopracowanego. Szkoda, bo aż prosiło się o wykorzystanie większej liczby muzycznych motywów czy klasycznych utworów. Zamiast tego twórcy postawili niemal wyłącznie na jeden temat muzyczny, który po pewnym czasie zwyczajnie się przejada.

fot. kadr z filmu

Władcy Wszechświata to prosta historia fantasy, która nie wykracza poza dobrze znane schematy. To produkcja, która ucieszy miłośników efektownych walk, fanów He-Mana oraz wszystkich poszukujących widowiskowej rozrywki. Niestety, jeżeli liczycie na głęboką historię, zaskakujące zwroty akcji czy nieoczywiste decyzje fabularne, tutaj ich nie znajdziecie.

To dobry film akcji, niosący ze sobą prosty przekaz: dobroć i pozostawanie sobą to zawsze adekwatny wybór. Czy to źle? Absolutnie nie. To film, na który czekali fani – przerysowany, kolorowy i napakowany akcją. Boleć może jedynie fakt, iż momentami bardziej przypomina opowieść o Teeli niż o Adamie. jeżeli jednak przymkniemy na to oko, otrzymamy naprawdę solidny kawałek kina, który spełnia swoją rolę i bawi widza.


fot. główna: grafika własna

Idź do oryginalnego materiału