„Wiózł mnie na wózku po korytarzach szpitala wojewódzkiego.”

newsempire24.com 21 godzin temu

Przewoźli mnie na wózku krętymi korytarzami szpitala wojewódzkiego w Warszawie.
Dokąd? zapytała jedna pielęgniarka drugą.
Może do oddziału specjalnego, a może na oddział wspólny?
Po co na wspólny, skoro jest wolne miejsce w specjalnym?

Obie spojrzały na mnie z prawdziwym współczuciem. Dopiero potem się dowiedziałam, iż do oddziału specjalnego przyjmują pacjentów w stanie krytycznym, żeby nie widzieli ich inni.

Lekarz zalecił oddział specjalny powtórzyła pielęgniarka.

Uspokoiłam się. Kiedy położyła mnie na łóżku, poczułam nagły spokój. Nie musiałam już nigdzie biec, nie miałam już nikomu niczego winna. Czułam się odłączona od świata, a to, co się wokół działo, już mnie nie obchodziło. Nikt i nic mnie nie interesowało. W końcu dostałam prawo do odpoczynku. Zostałam sama z sobą, z duszą i ze swoim życiem. Problemy zniknęły, zamieszanie i wielkie pytania odszły w niepamięć. To zamieszanie, które jeszcze chwilę temu wydawało się najważniejsze, stało się przytłaczająco małe w obliczu wieczności.

A potem wokół mnie wybuchło prawdziwe Życie! Okazało się, iż to wspaniale: poranny śpiew ptaków, promień słońca, który wije się po ścianie nad łóżkiem, złote liście lipy machające przez okno, głęboko niebieskie jesienne niebo, szum miasta budzącego się od samochodów, dźwięk stukotu obcasów po bruku, szelest spadających liści Boże, jakie piękne Życie! I dopiero teraz to pojąłam.

No i niech tak będzie szepnęłam do siebie. Wiem już, iż mam jeszcze parę dni, by cieszyć się i kochać je całym sercem.

Uczucie wolności i szczęścia, które mnie wypełniło, chciało się wyrazić, więc zwróciłam się do Boga, bo On był mi najbliższy.

Boże! rozradowałam się. Dziękuję Ci za to, iż pozwoliłeś mi dostrzec, jak cudowne jest życie, i pokochać je. Niech to będzie przed śmiercią, ale już wiem, jak pięknie żyć!

Czułam spokój, szczęście i ukojenie. Świat brzmiał jak dzwon, rozświetlony złotym światłem boskiej miłości. Wydawało się, iż miłość w końcu stała się prawdziwa i życiodajna. Wszystko, co widziałam, wypełniało się tym złotym światłem i energią. Kocham!

Oddział specjalny i diagnoza ostra białaczka szpikowa czwartego stopnia, a także nieodwracalny stan organizmu, miały swoje plusy. Do pacjentów przyjmowano o każdej porze. Rodzinom proponowano przywołać najbliższych na pożegnanie, więc przy mnie zebrała się żałobna kolejka krewnych. Rozumiałam ich trudności: o czym rozmawiać z osobą umierającą? Co ona sama wie? Śmieszyło mnie patrzeć na ich zdezorientowane twarze. Cieszyłam się: jakby ich jeszcze wszystkich zobaczyć! Najbardziej na świecie chciałam podzielić się z nimi miłością. Rozbawiałam bliskich, jak mogłam: opowiadałam zabawne historie z życia. Wszystko, dzięki Bogu, wybuchało śmiechem, a pożegnanie przebiegało w atmosferze radości.

Po trzecim dniu zaczęło mnie nudzić leżenie, więc zaczęłam chodzić po sali, siedzieć przy oknie. Złapała mnie wtedy pielęgniarka, najpierw wywołując małą histerię, iż nie mogę wstawać.

Czy to coś zmieni? zapytałam.
Nie odparła zaskoczona pielęgniarka. Ale nie wolno Ci chodzić.
Dlaczego?
Mamy wyniki badań. Nie możesz żyć, a już się podniosłaś.

Mijały cztery dni, a ja nie umierałam, tylko z apetytem jadłam banany. Czułam się dobrze. Lekarka natomiast była zakłopana: nie rozumiała, iż wyniki się nie zmieniają, krew lekko różowa spływała, a ja już wychodziłam na korytarz patrzeć telewizję.

Doktorze, jak miałby wyglądać ten wynik? spytałam.
Przynajmniej tak. rzuciła jakieś litery i cyfry, które nie miałam pojęcia, ale przeczytałam uważnie.

Rano, dziewiątej, wpadła do sali krzycząc:

Co pan robi?
Co robię? odparłam.
Wyniki! Są takie, jakie napisałam.
Aha Skąd mam wiedzieć? I cóż z tego?

Śmiech zgasł. Przenieśli mnie na oddział ogólny. Krewni już się pożegnali i nie wracali. W sali było jeszcze pięć kobiet, które wpatrywały się w ścianę i cicho, ponuro odchodziły. Przetrwałam trzy godziny. Moja miłość zaczęła się dusić trzeba było działać natychmiast.

Wyciągnęłam pod łóżko arbuza, położyłam go na stole, pokroiłam i głośno oznajmiłam:

Arbuz leczy nudności po chemioterapii.

Po sali rozniósł się zapach nadziei. Do stołu nieśmiało podeszły sąsiadki.

Naprawdę działa? zapytały.
Tak potwierdziłam z przekonaniem.

Arbuz chrupnął soczyście.

I naprawdę, minęło, powiedziała ta przy oknie.
I u mnie i u mnie dodały pozostałe, radośnie.

Proszę bardzo skinęłam głową. I znowu zaczęłam opowiadać zabawne historie.

O drugiej w nocy wpadła pielęgniarka i zagniewała się:

Kiedy przestaniecie się śmiać? Nie dajecie wszystkim na piętrze spać!

Po trzech dniach lekarz niepewnie zapytała:

Czy mogłaby pani przenieść się do innego oddziału?
Po co?
W tej sali stan wszystkich się poprawił, a w sąsiedniej jest ciężko.
Nie! krzyknęły pacjentki. Nie wypuścimy cię.

Nie wypuścili. Tylko do naszej sali przychodzili i siadały sąsiedzi, by pogadać i pośmiać się.

I wtedy zrozumiałam, dlaczego. Bo w naszej sali mieszkała miłość. Otulała każdego, a wszystkim było przytulnie i spokojnie. Najbardziej podobała mi się szesnastoletnia dziewczynka w białej chusteczce z węzłem na karku, której końce wystawały niczym uszy królika. Miałaby raka w węzłach chłoniakowych i wydawało się, iż nie potrafi się uśmiechać. Po tygodniu zobaczyłam jej czarujący, nieśmiały uśmiech. Gdy powiedziała, iż leki działają i wyzdrowieje, zorganizowaliśmy małe przyjęcie przy pięknie nakrytym stole.

Strażnik oddziału spojrzał na nas zdumiony, po czym rzekł:

Pracuję tu trzydzieści lat, a takiego jeszcze nie widziałem.

Odwrócił się i odszedł. Długo się śmialiśmy, wspominając wyraz jego twarzy.

Czytałam książki, pisałam wiersze, patrzyłam przez okno, rozmawiałam z sąsiadkami, spacerowałam po korytarzu i kochałam wszystko, co widziałam: książkę, koleżankę, samochód na podwórzu, stare drzewo Dostawały mnie zastrzyki witamin. Trzeba było coś podać. Lekarka prawie nie rozmawiała ze mną, tylko dziwnie się przyglądała, a po trzech tygodniach cicho powiedziała:

Hemoglobina jest o 20 jednostek wyższa niż norma zdrowego człowieka. Nie podnoś jej już więcej.

Nie mogę potwierdzić diagnozy. Odzyskujesz siły, choć nikt cię nie leczy!

Kiedy wypisywały mnie ze szpitala, lekarka przyznała:

Szkoda, iż odchodzisz, u nas jeszcze tyle ciężkich przypadków.

Wszyscy opuścili moją salę, a śmiertelność w oddziale spadła o trzydzieści procent. Życie toczyło się dalej, tylko patrzyłem na nie inaczej, a sens stał się prosty. Trzeba po prostu nauczyć się kochać, a wtedy twoje marzenia się spełnią, jeżeli będziesz je formułować z miłością. jeżeli nie oszukujesz, nie zazdrościsz i nie obrzucasz nikogo złem To naprawdę takie proste! Bo prawda jest taka, iż Bóg jest Miłością! Wystarczy tylko o tym pamiętać i przekazywać innym. Niech Boża Miłość napełni wszystkich i wszystko!

Idź do oryginalnego materiału