Jak dobrze, iż jestem Polakiem – myślę sobie, gdy po wpisaniu w wyszukiwarkę hasła "Good Boy 2025" wyskakują mi trzy różne produkcje o tym samym tytule. Nowy film Jana Komasy może i łatwo odróżnić od koreańskiego serialu o zaciągniętych do policyjnych struktur olimpijczykach, ale ubiegłoroczny horror o piesku sprawia już większe problemy. Posty i opinie internautów potwierdzają, iż pomysł jest najlepszy wtedy, gdy nikt inny na niego nie wpadnie. Inaczej trzeba tłumaczyć, iż "Good Boy" to wcale nie "Dobry chłopiec", a narzucające się skojarzenia z tresowanym psem stają się problemem tam, gdzie jeszcze przed chwilą były największą siłą.
Nowy film Jana Komasy nie opowiada więc historii wiernego Retrievera, choć jego bohater Tommy (Anson Boon) także trzymany jest na krótkim łańcuchu. Kiedyś biegający wolno ulicami Londynu niuchał lajny z kokainy, osikiwał sklepowe ekspozycje i merdał wykręconym od dragów ciałem na wszystkie strony w podejrzanych londyńskich klubach. Melanżowe eskapady przez różne stany świadomości przerwało ostatecznie półświadome spotkanie z tatusiowatym Chrisem (Stephen Graham), który niczym hycel zawinął go z ulicy w trakcie chybotliwego powrotu chłopaka do domu.
Scenę później Tommy mieszka już w jego piwnicy przykuty do ściany – dochodzące spod ziemi krzyki są słyszalne, ale nie zakłócają nauki młodego Jonathana (Kit Rakusen) ani krzątania się w kuchni Kathryn (Andrea Riseborough). Okazjonalne spotkania z trzyosobową rodziną są dla Tommy’ego impulsem do groźnego powarkiwania – wyraźnego sygnału, iż nie da się im ani oswoić, ani ułożyć. Po grudniowym zawetowaniu ustawy łańcuchowej w Polsce wytrwałość w radykalnym sprzeciwie zdaje się bowiem jedynym, co tak naprawdę mu pozostało. Tym bardziej iż więżąca go rodzina zamiast okupu dostrzega w nim raczej szansę na zdobycie innego rodzaju wartości.
Nakreślony w pierwszych 15 minutach setting "Dobrego chłopca" powinien zapalić w głowach fanów Komasy przynajmniej jedną czerwoną kontrolkę. Thrillerowa scena uprowadzenia chłopaka przez Chrisa mogłaby popchnąć intuicję widza w kierunku znajomych gatunkowych kształtów "Misery", "Pokoju" albo "Czarnego telefonu" – trzymających w napięciu opowieści o smutnookich ofiarach więzionych przez ich szalonookich oprawców. Reżyser niewieloma rzeczami jest jednak zainteresowany mniej niż potulnym kłanianiem się konwencji. W "Mieście 44" powstańczą zawieruchę odważnie zaprzągł do wzniecenia tej hormonalnej; w "Bożym Ciele" rozsadził figurę prowincjonalnego duszpasterza, by poszukać wiary uciekającej od wielkich liter. Nie dziwi więc, iż i na emigracji rozglądał się za własnymi ścieżkami twórczej ekspresji. Zamiast kajdan zagranicznej wytwórni otrzymał wsparcie Jerzego Skolimowskiego i Jeremy’ego Thomasa – kolejno polskiego nestora europejskiego arthouse’u oraz producenta, który w swoim CV zmieścił dzieła Cronenberga, Jarmuscha, Wendersa, Glazera czy Bertolucciego. Zamiast pełnej akcji opowieści o wyswabadzaniu się ze smyczy stworzył z kolei historię więzów, które uczymy się akceptować; znajome znowu spróbował zamienić w świeże, oryginalne i wywrotowe.
Pierwsze poszlaki sugerujące inny kierunek "Dobrego chłopca" wychodzą już z konstrukcji oprawców i więzionego. Autorzy scenariusza Bartek Bartosik i Naqqash Khalid w grubo szytych, gatunkowych figurach decydują przyglądać się szwom – miejscom, spod których wychylają się impulsy przełamujące skostniałe charaktery. Film Komasy jest w szczególności zainteresowany wyciąganiem ich na wierzch, a więc rozrywaniem wypracowanego zestawu automatyzmów na rzecz czegoś prawdziwszego, uśpionego gdzieś w głębi. Wszystko zmienia się tu wraz z coraz łagodniejszymi kątami, z których stopniowo zaczynają spoglądać na siebie bohaterowie. W toku rozwoju wydarzeń stanowczo protestujący Tommy zacznie być coraz to mniej stanowczy i protestujący. Być może dlatego, iż w sylwetkach swoich oprawców z czasem zauważy połamanych, poranionych ludzi, a nie komiksowych rzeźników. Niepokojąca nadwrażliwość Chrisa jest tyleż cechą zaburzonego porywacza, co ojca rodziny przygniecionego poczuciem obowiązku, a apatyczna, niemal duchowa figura snującej się po domu Kathryn – konsekwencją prywatnej traumy, która na zawsze zamknęła ją w sobie.
Równolegle terapia szokowa, na którą skazuje Tommy’ego rodzina, faktycznie zaczyna działać jak terapia, uaktywniając w nim niespodziewane dla niego samego emocje i odruchy. Przypominający "Mechaniczną pomarańczę" drenaż obrazami poczynionej przez niego przemocy budzi uśpione tyle lat sumienie, musztra prostuje plecy, a ciepło rodziny zaczyna nieoczekiwanie grzać zlodowaciałe serce. Wszystko przez to, iż jakby obok ich woli (a na pewno wbrew woli więzionego w piwnicy chłopaka) z czasem tworzy się między nimi relacja, która niesie za sobą nie szansę, ale konieczność zmiany. W "Dobrym chłopcu" Komasa przewrotnie udowadnia, iż – na przekór dominującym liberalnym teoriom społecznym – człowiek jest istotą relacyjną, kształtowaną dynamicznie przez siatkę połączeń, w której funkcjonuje. Jak widać, choćby przykuty do ściany i poddawany psychicznym torturom chłopak dostraja się do dynamik rządzących domem, które w zamian odwdzięczają się mu tym samym. Za rzut namokniętą od moczu bielizną w twarz Kathryn należy się nokautujący cios pałką; za przeczytaną książkę – butelka piwa, chłodząca się na początku całego szeregu przywilejów. Prędzej czy później, ta wymuszana z dobrotliwym wyrazem twarzy dyscyplina przynosi doraźne efekty, bo zwyczajnie musi przynosić efekty.
Niespodziewanie bohaterowie "Dobrego chłopca" osiągają je jednak czymś ponad prosty mechanizm kary i nagrody. Domownicy jasno sygnalizują swoje intencje: nie zabić, ale przeobrazić; nie skrzywdzić, ale wyleczyć. Z tego też względu im bardziej gotowy na zmianę wydaje się Tommy, tym mniej więźniem się staje. Choć obroża dalej znajduje się na szyi, w nowym pokoju z łóżkiem i biurkiem dusi jakby łagodniej; w trakcie wspólnych seansów filmowych, obiadów i skromnych uroczystości udaje mu się choćby o niej zapomnieć. W miarę otwierania się chłopaka na zmianę dom otwiera się na niego – jego osobistą, wyjątkową wartość, która ma szansę odwrócić poranione losy lokatorów. To trudny proces, bo zbiór wychowawczych praktyk boli nie tylko fizycznie. W filmie Komasy staje się też źródłem refleksji nad zachowaniami budującymi przeszłą awanturniczą tożsamość: głupimi i niebezpiecznymi (jak tragiczne w skutkach prowadzenie pędzącego auta po pijaku), ale i zwyczajnie podłymi dowodami zepsutego charakteru (przypalanie papierosem przestraszonego uczniaka). Jego naprawa zaczyna się od refleksji i szczerego żalu na grzechy. Tommy’emu umożliwia to nowe środowisko, ognisko nowych wpływów tworzące nowy system wartości. Jakość "Dobrego chłopca" wynika jednak z pytania nie o szansę na pojawienie się zmiany, ale o możliwość utrzymania jej poza opresyjnymi warunkami. Sytuację, gdy wolni od zewnętrznych wpływów sami decydujemy dać się spętać wymagającej konwencji czy upierdliwemu kodeksowi moralnemu.
Wyjątkowość "Dobrego chłopca" bierze się także z koszmarnej adekwatności tej wizji. Nowy film Komasy jest z całą pewnością najbardziej lanthimosowskim projektem w jego dorobku – dokładnie dlatego, iż makabra i eksces są tu narzędziami wydobywającymi nowe sensy spraw znajomych; burzącymi zastane schematy myślowe. Wychowanie i współzależność są w "Good Boyu" arenami przemocy, bo reżysera interesują właśnie areny jako takie – przestrzenie ścierania się charakterów, godzenia się z opresją autorytetu ojca oraz matki lub trudnej walki z tym, co przez nich narzucane. Dokładnie dlatego w toku normalizowania domowej dynamiki twórca regularnie przypomina o zakorzenionym w niej złu. Proces zbliżania się do siebie patchworkowej "rodziny" konfrontuje z chwilami jej świadomego sadyzmu – jak choćby w scenie, gdy przyłapany na paleniu Jonathan za karę musi inhalować się dymem z połowy paczki zwiniętej w grubaśne cygaro. Cierpienie pozostaje motorem zmiany – może chłopak zdystansuje się od wychowawczej toksyny, a może będzie wylewał ją na kolejne pokolenia, trudno stwierdzić. Dużo prościej stwierdzić natomiast, iż pewnie więcej w swoim życiu już nie zajara.
W obliczu skali despotyzmu film Komasy da się potraktować jako "Syndrom Sztokholmski: The Movie", ale psychologiczna aspiracja twórcy jest przecież znacznie poważniejsza. "Jedyna wolność, jaką mamy w życiu, to wolność wybrania własnego więzienia" – miał powiedzieć reżyser do zgromadzonych na premierze "Good Boya" podczas sesji Q&A na festiwalu w Toronto. Jego film – choćby wbrew bohaterom – ani na moment nie zapomina o tym więzieniu, system norm postępowania, wspólny kod, traktując niemal jako fundament zaistnienia relacji. Być może są domy, w których ta matryca porozumienia osiągana jest dialogiem, a nie przykazem i zakazem – ale nie u Komasy. Jego film jest ufundowany na prowokacyjnym pytaniu o mechanizmy opresji, które nauczyliśmy się usprawiedliwiać, i krzyki niezgody wewnętrznego głosu, które nauczono nas w sobie tłumić. Ich ucieleśnieniem niemal do końca filmu pozostanie zwisający z sufitu łańcuch. Symbol zależności albo przywiązania, gwałtu albo związku: zależy kiedy, a nie kogo zapytasz.
Nowy film Jana Komasy nie opowiada więc historii wiernego Retrievera, choć jego bohater Tommy (Anson Boon) także trzymany jest na krótkim łańcuchu. Kiedyś biegający wolno ulicami Londynu niuchał lajny z kokainy, osikiwał sklepowe ekspozycje i merdał wykręconym od dragów ciałem na wszystkie strony w podejrzanych londyńskich klubach. Melanżowe eskapady przez różne stany świadomości przerwało ostatecznie półświadome spotkanie z tatusiowatym Chrisem (Stephen Graham), który niczym hycel zawinął go z ulicy w trakcie chybotliwego powrotu chłopaka do domu.
Scenę później Tommy mieszka już w jego piwnicy przykuty do ściany – dochodzące spod ziemi krzyki są słyszalne, ale nie zakłócają nauki młodego Jonathana (Kit Rakusen) ani krzątania się w kuchni Kathryn (Andrea Riseborough). Okazjonalne spotkania z trzyosobową rodziną są dla Tommy’ego impulsem do groźnego powarkiwania – wyraźnego sygnału, iż nie da się im ani oswoić, ani ułożyć. Po grudniowym zawetowaniu ustawy łańcuchowej w Polsce wytrwałość w radykalnym sprzeciwie zdaje się bowiem jedynym, co tak naprawdę mu pozostało. Tym bardziej iż więżąca go rodzina zamiast okupu dostrzega w nim raczej szansę na zdobycie innego rodzaju wartości.
Nakreślony w pierwszych 15 minutach setting "Dobrego chłopca" powinien zapalić w głowach fanów Komasy przynajmniej jedną czerwoną kontrolkę. Thrillerowa scena uprowadzenia chłopaka przez Chrisa mogłaby popchnąć intuicję widza w kierunku znajomych gatunkowych kształtów "Misery", "Pokoju" albo "Czarnego telefonu" – trzymających w napięciu opowieści o smutnookich ofiarach więzionych przez ich szalonookich oprawców. Reżyser niewieloma rzeczami jest jednak zainteresowany mniej niż potulnym kłanianiem się konwencji. W "Mieście 44" powstańczą zawieruchę odważnie zaprzągł do wzniecenia tej hormonalnej; w "Bożym Ciele" rozsadził figurę prowincjonalnego duszpasterza, by poszukać wiary uciekającej od wielkich liter. Nie dziwi więc, iż i na emigracji rozglądał się za własnymi ścieżkami twórczej ekspresji. Zamiast kajdan zagranicznej wytwórni otrzymał wsparcie Jerzego Skolimowskiego i Jeremy’ego Thomasa – kolejno polskiego nestora europejskiego arthouse’u oraz producenta, który w swoim CV zmieścił dzieła Cronenberga, Jarmuscha, Wendersa, Glazera czy Bertolucciego. Zamiast pełnej akcji opowieści o wyswabadzaniu się ze smyczy stworzył z kolei historię więzów, które uczymy się akceptować; znajome znowu spróbował zamienić w świeże, oryginalne i wywrotowe.
Pierwsze poszlaki sugerujące inny kierunek "Dobrego chłopca" wychodzą już z konstrukcji oprawców i więzionego. Autorzy scenariusza Bartek Bartosik i Naqqash Khalid w grubo szytych, gatunkowych figurach decydują przyglądać się szwom – miejscom, spod których wychylają się impulsy przełamujące skostniałe charaktery. Film Komasy jest w szczególności zainteresowany wyciąganiem ich na wierzch, a więc rozrywaniem wypracowanego zestawu automatyzmów na rzecz czegoś prawdziwszego, uśpionego gdzieś w głębi. Wszystko zmienia się tu wraz z coraz łagodniejszymi kątami, z których stopniowo zaczynają spoglądać na siebie bohaterowie. W toku rozwoju wydarzeń stanowczo protestujący Tommy zacznie być coraz to mniej stanowczy i protestujący. Być może dlatego, iż w sylwetkach swoich oprawców z czasem zauważy połamanych, poranionych ludzi, a nie komiksowych rzeźników. Niepokojąca nadwrażliwość Chrisa jest tyleż cechą zaburzonego porywacza, co ojca rodziny przygniecionego poczuciem obowiązku, a apatyczna, niemal duchowa figura snującej się po domu Kathryn – konsekwencją prywatnej traumy, która na zawsze zamknęła ją w sobie.
Równolegle terapia szokowa, na którą skazuje Tommy’ego rodzina, faktycznie zaczyna działać jak terapia, uaktywniając w nim niespodziewane dla niego samego emocje i odruchy. Przypominający "Mechaniczną pomarańczę" drenaż obrazami poczynionej przez niego przemocy budzi uśpione tyle lat sumienie, musztra prostuje plecy, a ciepło rodziny zaczyna nieoczekiwanie grzać zlodowaciałe serce. Wszystko przez to, iż jakby obok ich woli (a na pewno wbrew woli więzionego w piwnicy chłopaka) z czasem tworzy się między nimi relacja, która niesie za sobą nie szansę, ale konieczność zmiany. W "Dobrym chłopcu" Komasa przewrotnie udowadnia, iż – na przekór dominującym liberalnym teoriom społecznym – człowiek jest istotą relacyjną, kształtowaną dynamicznie przez siatkę połączeń, w której funkcjonuje. Jak widać, choćby przykuty do ściany i poddawany psychicznym torturom chłopak dostraja się do dynamik rządzących domem, które w zamian odwdzięczają się mu tym samym. Za rzut namokniętą od moczu bielizną w twarz Kathryn należy się nokautujący cios pałką; za przeczytaną książkę – butelka piwa, chłodząca się na początku całego szeregu przywilejów. Prędzej czy później, ta wymuszana z dobrotliwym wyrazem twarzy dyscyplina przynosi doraźne efekty, bo zwyczajnie musi przynosić efekty.
Niespodziewanie bohaterowie "Dobrego chłopca" osiągają je jednak czymś ponad prosty mechanizm kary i nagrody. Domownicy jasno sygnalizują swoje intencje: nie zabić, ale przeobrazić; nie skrzywdzić, ale wyleczyć. Z tego też względu im bardziej gotowy na zmianę wydaje się Tommy, tym mniej więźniem się staje. Choć obroża dalej znajduje się na szyi, w nowym pokoju z łóżkiem i biurkiem dusi jakby łagodniej; w trakcie wspólnych seansów filmowych, obiadów i skromnych uroczystości udaje mu się choćby o niej zapomnieć. W miarę otwierania się chłopaka na zmianę dom otwiera się na niego – jego osobistą, wyjątkową wartość, która ma szansę odwrócić poranione losy lokatorów. To trudny proces, bo zbiór wychowawczych praktyk boli nie tylko fizycznie. W filmie Komasy staje się też źródłem refleksji nad zachowaniami budującymi przeszłą awanturniczą tożsamość: głupimi i niebezpiecznymi (jak tragiczne w skutkach prowadzenie pędzącego auta po pijaku), ale i zwyczajnie podłymi dowodami zepsutego charakteru (przypalanie papierosem przestraszonego uczniaka). Jego naprawa zaczyna się od refleksji i szczerego żalu na grzechy. Tommy’emu umożliwia to nowe środowisko, ognisko nowych wpływów tworzące nowy system wartości. Jakość "Dobrego chłopca" wynika jednak z pytania nie o szansę na pojawienie się zmiany, ale o możliwość utrzymania jej poza opresyjnymi warunkami. Sytuację, gdy wolni od zewnętrznych wpływów sami decydujemy dać się spętać wymagającej konwencji czy upierdliwemu kodeksowi moralnemu.
Wyjątkowość "Dobrego chłopca" bierze się także z koszmarnej adekwatności tej wizji. Nowy film Komasy jest z całą pewnością najbardziej lanthimosowskim projektem w jego dorobku – dokładnie dlatego, iż makabra i eksces są tu narzędziami wydobywającymi nowe sensy spraw znajomych; burzącymi zastane schematy myślowe. Wychowanie i współzależność są w "Good Boyu" arenami przemocy, bo reżysera interesują właśnie areny jako takie – przestrzenie ścierania się charakterów, godzenia się z opresją autorytetu ojca oraz matki lub trudnej walki z tym, co przez nich narzucane. Dokładnie dlatego w toku normalizowania domowej dynamiki twórca regularnie przypomina o zakorzenionym w niej złu. Proces zbliżania się do siebie patchworkowej "rodziny" konfrontuje z chwilami jej świadomego sadyzmu – jak choćby w scenie, gdy przyłapany na paleniu Jonathan za karę musi inhalować się dymem z połowy paczki zwiniętej w grubaśne cygaro. Cierpienie pozostaje motorem zmiany – może chłopak zdystansuje się od wychowawczej toksyny, a może będzie wylewał ją na kolejne pokolenia, trudno stwierdzić. Dużo prościej stwierdzić natomiast, iż pewnie więcej w swoim życiu już nie zajara.
W obliczu skali despotyzmu film Komasy da się potraktować jako "Syndrom Sztokholmski: The Movie", ale psychologiczna aspiracja twórcy jest przecież znacznie poważniejsza. "Jedyna wolność, jaką mamy w życiu, to wolność wybrania własnego więzienia" – miał powiedzieć reżyser do zgromadzonych na premierze "Good Boya" podczas sesji Q&A na festiwalu w Toronto. Jego film – choćby wbrew bohaterom – ani na moment nie zapomina o tym więzieniu, system norm postępowania, wspólny kod, traktując niemal jako fundament zaistnienia relacji. Być może są domy, w których ta matryca porozumienia osiągana jest dialogiem, a nie przykazem i zakazem – ale nie u Komasy. Jego film jest ufundowany na prowokacyjnym pytaniu o mechanizmy opresji, które nauczyliśmy się usprawiedliwiać, i krzyki niezgody wewnętrznego głosu, które nauczono nas w sobie tłumić. Ich ucieleśnieniem niemal do końca filmu pozostanie zwisający z sufitu łańcuch. Symbol zależności albo przywiązania, gwałtu albo związku: zależy kiedy, a nie kogo zapytasz.


















