wzdłuż drogi do niszczejącego od bierności pałacu,
który miał już wszystko poza sobą.
Nieobowiązkowe dylematy z mojego regału,
potrzebowały kilku okrążeń upartej architektury,
iluzorycznie chronionej fosą.
Na postawiony kołnierz łapałem śladowe echa,
nieodpowiadające za pragnienia.
Jesienny wiatr, nieosiodłany inochodziec,
ostrzejszy od muzyki do zaklinania narowistego czasu.
Bez zadłużeń chwilówkami przy pierwszym głodzie życia,
spraw zabezpieczonych tylko ostatnią myślą do czasu,
kiedy stanę przed zamysłem dramatycznie zawracanego Boga.
Może nie za późno, żeby odetchnąć, pośmiać się z samego siebie.
Statystyki: autor: Strood — 27 lip 2026, 12:05


