Karuzela
Obserwuję zawodowo Konkurs Wieniawskiego od 1996 roku. Trzydzieści lat. Bywało różnie. Czasami do III etapu wszedł ktoś, kto nie do końca opanował repertuar. Zawsze wokół werdyktu toczyły się spory wśród obserwatorów. Narzekaliśmy czasami na słabe przygotowanie uczestników… W tym roku było inaczej. Pięćdziesięcioro skrzypaczek i skrzypków w pierwszym etapie zaprezentowało się znakomicie. Wszyscy udowodnili, iż mają bardzo dobry warsztat, grali czysto, proponowali interesujący repertuar. Dzięki zmianom programowym ich występy przypominały prawdziwe recitale, a nie kolejne nudne zmagania konkursowe. W przerwach rozmawialiśmy o interpretacjach, o barwie instrumentów, osobowości uczestników… Rzadko jednak ktoś odważył się wskazać nazwisko, które widziałby w finale. Były rozczarowania po kolejnych etapach, ale do trzeciego włącznie trudno było o faworyta.

Bohdan Luts, fot. materiały Towarzystwa Muzycznego im. Henryka Wieniawskiego
Ci, którym kibicowałem, odpadali: Jakub Staszel, student poznańskiej Akademii Muzycznej, nie wyszedł z I etapu, ale jego „Fantazji na tematy z opery Faust Gounoda” nie zapomnę. Zofia Anna Olesik, jego koleżanka z Akademii, doszła do III etapu (oboje z klasy prof. Marcina Baranowskiego). Pozostali reprezentanci Polski wykruszyli się w I i II etapie.
W półfinale wystąpili: Jooha Choi, Anna Im, SooBeen Lee, Jinzhu Li, Bohdan Luts, Meng Zou. Na mojej liście – począwszy od I etapu – byli: Jooha Choi, Anna Im i Meng Zou. Od III etapu dodałem Jinzhu Li i Bohdana Lutsa. Do finału zakwalifikowali się Jinzhu Li, Bohdan Luts i SooBeen Lee, która nie pojawiła się nigdy w orbicie moich polubień. Li zachwyciła mnie wykonaniem Koncertu skrzypcowego d-moll op. 47 Sibeliusa, mniej I Koncertem fis-moll op. 14 Wieniawskiego. Luts podobał mi się w prezentacjach koncertów Dvořáka i Wieniawskiego, ale nie miał tej iskry scenicznej, którą lubię u solistów. Na szczęście nie jestem jurorem. Cieszę się ze zwycięstwa Bohdana Lutsa i tak samo ucieszyłbym się, gdyby zamienili się z Li miejscami.
Zmiany programowe
XVII Konkurs Wieniawskiego przeszedł do historii. Jury selekcyjne zaprosiło do Poznania 50 wspaniałych młodych muzyków. Już dojrzałych, którzy świadomie potrafili kreować swój wizerunek nie tylko poprzez talent, ale także dzięki repertuarowi. A ten był bardzo szeroki.

Jinzhu Li, fot. materiały Towarzystwa Muzycznego im. Henryka Wieniawskiego
Organizatorzy zaserwowali rewolucję programową: „Zacznij Wieniawskim i skończ Wieniawskim”. Pomiędzy całe spektrum muzyki polskiej i światowej, dziewiętnastowiecznej, dwudziestowiecznej i całkiem nowej. Może komuś za mało było na przykład Bacha. Rozumiem. Domyślam się jednak intencji programujących konkurs; chcieli dać szansę uczestnikom, szkicując tylko pewne ramy.
Nie ograniczali ich niczym poza czasem prezentacji. To duże zaufanie i sprawdzian dojrzałości. Wojciech Niedziółka w II etapie zaproponował fantastyczny repertuar i za tę oryginalność boleśnie zapłacił (niestety, jego Schubert mnie rozczarował). Podobna rzecz stała się z tak oryginalnymi artystami, jak Teofil Milenkowić, Charlotte Thiele czy Maya Alexandra Kasprzak, która do gry na skrzypcach dodała zaprogramowane przez kompozytora działania performatywne w utworze „Stomp”.
Szkoły przeszły do lamusa
Po raz pierwszy w mojej historii Konkursu Wieniawskiego nie dyskutowało się w kuluarach o szkołach skrzypcowych, brakowało informacji o narodowości uczestników i instrumentach, na jakich grają. Szkoły skrzypcowe nie mają już racji bytu. Wszyscy uczestnicy są zakotwiczeni w jakiejś tradycji, ale w poszukiwaniu mistrza wędrują po całym świecie. Ci sami młodzi artyści uczą się często u tych samych nauczycieli, uczęszczają na te same kursy. Pojęcie „szkoły” może mieć znaczenie na początkowym etapie kształcenia, ale osobowość kształtuje się w innej rzeczywistości.

SooBeen Lee, fot. materiały Towarzystwa Muzycznego im. Henryka Wieniawskiego
Relacja mistrz – uczeń wygląda zupełnie inaczej niż kiedyś. Dziś można, a choćby wypada mieć wielu mistrzów, ponieważ każdy oferuje coś innego. Problem polega na tym, by umiejętnie wykorzystać te różne nauki.
Organizatorzy zrezygnowali z informacji o instrumentach ze względów bezpieczeństwa. Narodowość? Pomijanie informacji o narodowości lub kraju urodzenia początkowo mnie irytowało, ale reakcje niektórych dyskutantów na platformach społecznościowych po ogłoszeniu wyników sprawiły, iż zmieniłem zdanie – popieram ideę organizatorów.
Obecność i nieobecność
Cieszy umiędzynarodowienie Konkursu Wieniawskiego. W czasie rzeczywistym można go było śledzić na antenach radiowych, telewizyjnych i przede wszystkim na kanałach streamingowych krajowych i międzynarodowych. Obserwatorzy mogli na gorąco komentować, polemizować. O ile obecność Konkursu Wieniawskiego w świecie medialnym i wirtualnym przynosi satysfakcję, o tyle nieobecność w mieście budzi żal. Trzeba było podejść do Auli Uniwersyteckiej, by się dowiedzieć, co takiego się w niej odbywa, iż od godzin porannych zmierza tam publiczność. Poza kilkoma plakatami przed Aulą – cisza. Można się domyślać – koszty. Ale skoro władze miasta mogą dofinansowywać komercyjne festiwale na Cytadeli, to może warto było uruchomić chociażby informację w tramwajach, na przystankach komunikacji miejskiej, niekoniecznie na peryferiach, ale przynajmniej w centrum.
To był piękny czas dla Poznania. Laureaci rozjechali się na razie po Polsce i Niemczech. Sukces na Wieniawskim to nie tylko nagrody, to także obowiązek propagowania muzyki i Konkursu.













