Jego ostatnią rolą był król Stanisław August Poniatowski w „Termopilach polskich” Tadeusza Micińskiego w reż. Jana Klaty w Teatrze Narodowym, kreacja perfekcyjnie wyważona między tragizmem i komizmem. Władca upadającego kraju wkraczał na scenę w długim, za długim, królewskim płaszczu, z którym trochę walczył, po czym rozkładał wędkarskie krzesełko – tron na miarę możliwości: jego i Polski. Ironia, przenikliwość, inteligencja, ale też ciepło to znaki rozpoznawcze aktorstwa Jana Frycza. Będzie go bardzo brakowało. Miał 72 lata.
Frycz nie oszczędza
Urodził się w Krakowie, w domu „mieszczańskim, z książkami i fortepianem”, jak sam mówił. Skończył krakowską PWST, grał, z małymi przerwami, w krakowskich teatrach, ze Starym Teatrem na czele (1989–2006), by dwie dekady temu związać się z Teatrem Narodowym w Warszawie. W „Wycince. Holzfällen” Thomasa Bernharda w reż. Krystiana Lupy (Teatr Polski we Wrocławiu, Teatr Telewizji) z genialną autoironią wcielił się w „Aktora Teatru Narodowego”: bufona, kabotyna, ale z pokładem smutku, samowiedzy i bolesnych doświadczeń, które ujawnia w kilku ostatnich zdaniach długiego monologu.
O jego aktorstwie krytyk Andrzej Wanat pisał: „To, co Frycz myśli o Fryczu, nie należy do tematu, jednak nie ulega wątpliwości, iż sam jest dla siebie problemem i myśli o sobie surowo. (...) Frycz nie oszczędza, nie broni postaci. Niekiedy choćby dokucza im z »masochistyczną« satysfakcją. On stara się je ogarnąć. Z całym dobrodziejstwem inwentarza. Zrozumieć raczej, niż usprawiedliwić”.
Przetrąceni inteligenci, złamani amanci, czasem wyliniali, czasem cyniczni, bohaterowie podszyci tchórzostwem, brutalni pragmatycy; z jego ról przebijała inteligencja aktora, bezwzględny stosunek do postaci i siebie, trochę drwiny, trochę współczucia.
Zawsze kradł scenę
Jego dorobek jest imponujący. Są w nim spektakle legendy i reżyserzy legendy: Krystian Lupa, Jerzy Jarocki, inscenizacje Czechowa, Dostojewskiego, Mrożka. „Kwartet dla czterech aktorów” Schaeffera w reż. Mikołaja Grabowskiego jest grany od kilku dekad. W „Mistrzu i Małgorzacie” Bułhakowa w reż. Lupy był homoseksualnym Poncjuszem Piłatem, w „Lunatykach. Eschu, czyli anarchii” według Hermana Brocha w tytułowej roli dawał popis prymitywnej, brutalnej siły.
W Jerzym Jarockim rozpoznał cechy swojego ojca – inżyniera górnictwa, który nauczył go „być surowym dla siebie i dla innych” – zamiłowanie do logiki i dyscypliny. Kradł scenę choćby w rolach drugoplanowych. Jak w „Burzy” Szekspira w reż. Pawła Miśkiewicza (Teatr Narodowy, 2018 r.) – jako Antonio był pragmatyczny i w istocie bardziej ludzki od wyniosłego idealisty Prospera. Klękał przed bratem, prosząc o wybaczenie za zdradę, ale nie było w tym skruchy, raczej zniecierpliwienie i zniesmaczenie patosem tego gestu. Wcześniej wygarnął bratu jego oderwanie od życia, czystość za cenę izolacji.
W kinie zadebiutował w 1976 r., jeszcze na studiach, w „Na srebrnym globie” w reż. Andrzeja Żuławskiego. Był zachwycony rozmachem produkcji i wizją Żuławskiego, ale identyfikował się z kinem innego Andrzeja – Barańskiego: poetyckim, płynącym własnym rytmem, niezależnym od rzeczywistości, melancholijnym. Symbolem pierwszych lat wolnej Polski, zachłyśnięcia się wolnością i konsumpcjonizmem, stali się „Egoiści” Mariusza Trelińskiego (2000 r.), portret inteligentów zatracających się w hedonizmie. Z całej grupy w pamięci zostaje bohater grany właśnie przez Frycza – Filip, architekt, gej, którego samotność prowadzi do samobójstwa.
Widzowie mieli szczęście
Rozpiętość ról Jana Frycza także jest imponująca. W głośnych „Pręgach” w reż. Magdaleny Piekorz zagrał sadystycznego ojca głównego bohatera, który nie potrafi inaczej okazać synowi ojcowskiej miłości niż biciem. W „Nigdy w życiu!”, ekranizacji prozy Katarzyny Grocholi i pierwszej polskiej komedii romantycznej z prawdziwego zdarzenia, wcielił się w męża głównej bohaterki. Nie stronił też od występów w filmach klasy B (typu „Wyjazd integracyjny”). W 2018 r. premierę miało „Ślepnąc od świateł” (HBO Max) w reż. Krzysztofa Skoniecznego, jeden z najciekawszych seriali ostatnich lat i intrygujący portret ówczesnej Warszawy. Frycz, tym razem łysy i kanciasty, wcielił się w rolę Daria, gangstera starej daty, nieobliczalnego jak polskie lata 90. – i znów skradł szoł.
Grał w teatrze, filmie i serialach do ostatnich dni. Teatr Narodowy w swoim pożegnaniu napisał, iż w zeszłym tygodniu rozpoczął próby do „Orestei” w reż. Luka Percevala: „Jan Frycz był niezwykle ważnym członkiem naszego Zespołu – nie tylko wielkim artystą, ale i przyjacielem, a dla wielu z nas również mentorem. Będzie nam bardzo brakować jego charyzmy na próbach, jego śmiechu w kuluarach, długich rozmów i analiz. Przede wszystkim jednak będzie nam go brakować jako pięknego człowieka. Mieliśmy wielkie szczęście, mogąc spotykać się na co dzień”.
A my, widzowie, mieliśmy wielkie szczęście, mogąc go oglądać na scenie i na dużym i małym ekranie.













