Nie Kanye West ani Jay-Z, nie Kendrick Lamar czy Michael Jackson ostatecznie rozbili w Ameryce stereotypy dotyczące czarnych artystów, przez dekady dojeżdżających do wielkich sal koncertowych specjalnymi wagonami i śpiących tylko w wyznaczonych hotelach. I mimo pieniędzy żyjących w świecie segregacji. Zrobił to Miles Davis przez kilka dekad swojej kariery – jako trębacz, kompozytor, lider, ale i skandalista.
W Polsce do jego najczęściej przywoływanych złotych myśli należy ta, którą ponoć uzasadniał konieczność zaproszenia na „Tutu” Michała Urbaniaka: „Dawać mi tego pieprzonego skrzypka. On ma sound. Fakt, iż biały, ale z takim brzmieniem może być choćby zielony i pierdzieć na czerwono”. Tak naprawdę te słowa to trawestacja starszej wypowiedzi Davisa, pokazującej, iż w jego świecie bariery rasowe nie miały większego znaczenia. Przed Urbaniakiem regularnie grywał z białymi, chwaląc Joe Zawinula, wcześniej z bezgranicznym zaufaniem odnosząc się do Billa Evansa albo zapraszając do swojego zespołu saksofonistę Lee Konitza, co zresztą wywoływało złośliwe komentarze czarnych jazzmanów.








