Wciąż mam w sobie marzyciela

kulturaupodstaw.pl 48 minut temu
Zdjęcie: fot. Adam Brzozowski


Sebastian Gabryel: Kiedy rozmawialiśmy po raz pierwszy, powiedziałeś mi: „Cały czas staram się iść do przodu, mniejszymi lub większymi krokami, ale nic za sobą nie gubić”. To było siedem lat temu, więc aż się prosi, żeby do tego wrócić (śmiech). Co z tamtego Michała rzeczywiście udało ci się zachować, a co przez ten czas najbardziej zmieniło się w tobie jako muzyku?

Michał Obrębski: Bardzo dobre pytanie, bo mam wrażenie, iż zdążyłem w międzyczasie trochę dojrzeć i lepiej zrozumieć otaczający mnie świat.

Siedem lat temu byłem marzycielem i myślałem, iż mogę wszystko… Ale to akurat dalej się nie zmieniło! (śmiech).

To, co na pewno zauważyłem – i wydaje mi się, iż czasy pandemii też miały na to niemały wpływ – to fakt, iż jest coraz mniej słuchaczy poszukujących ambitniejszej muzyki. Mam wrażenie, iż dla znacznej większości ludzi muzyka stała się przede wszystkim przyjemnością, a nie sposobem na oddalenie się od rzeczywistości i zbliżenie do samego siebie. Coraz mniej jest czasu czy chęci, żeby nad czymś się skupić, pomyśleć i spróbować to zrozumieć.

Kiedyś, w czasach, których nie miałem przyjemności doświadczyć, ludzie spotykali się u znajomego, który dostał od wujka kasetę z muzyką z Ameryki – o winylu już nie wspominając – siadali i przez kilka godzin delektowali się muzyką, słuchając w kółko piętnastominutowych opowieści dźwiękowych i analizując je.

fot. A. Brzozowski

Ja siedem lat temu najbardziej lubiłem tworzyć właśnie takie utwory, ale zauważyłem, iż teraz mało kto wytrzyma tak długo. Wszystko się skraca, a najlepiej, żeby trwało trzydzieści sekund i zaraz poszło w zapomnienie. Teraz ratuję się tym, iż pomimo krótszych kawałków nikt nie zabroni mi stworzyć godzinnej historii na płycie! (śmiech)

Zmierzam do tego, iż przez te lata zrozumiałem, iż docieranie do słuchaczy z taką muzyką jest znacznie trudniejsze, niż kiedyś myślałem. przez cały czas tworzę rzeczy, które nie należą do najprostszych, a ich celem jest pobudzanie wyobraźni drugiego człowieka. Uświadomiłem sobie jednak, iż wymaga to więcej wysiłku, niż zakładałem. Mimo wszystko wciąż jest spora grupa ludzi, dla których warto to robić. I to jest niezwykle motywujące!

SG: Przy „Routine” – płycie, którą wydałeś w ubiegłym roku – mówiłeś, iż jednym z jej najważniejszych założeń jest wspólnotowe przeżywanie muzyki i iż choć z pozoru to przede wszystkim album solowy, stoi za nim duży zespół ludzi. Co zmieniło się w twoim myśleniu o własnej muzyce, odkąd zacząłeś coraz szerzej wpuszczać do niej innych muzyków i ich osobowości?

MO: Bardzo to polubiłem! Co prawda samemu najłatwiej jest oddać w muzyce dokładnie to, co się chce, stworzyć historię czy pejzaż taki, jaki miało się w założeniu, ale wpuszczanie do tego świata adekwatnych ludzi jest cudownym przeżyciem. Wspólne tworzenie opowieści zawsze jest dla mnie czymś wyjątkowym, bo w ten sposób nie tylko poznaje się innych, ale można również lepiej poznać samego siebie.

Poza tym każda kooperacja bardzo wiele mnie nauczyła, a z ludźmi, z którymi miałem okazję tworzyć, do dziś pozostaję w świetnym kontakcie.

Jeszcze w tym miesiącu ukaże się sesja live, którą mogę zrealizować dzięki stypendium Marszałka Województwa Wielkopolskiego. Będę przy niej współpracował z naprawdę znakomitymi muzykami. Każdy z nich zgodził się wziąć udział w tym projekcie, a ja cały czas mam poczucie, iż możliwość nagrania czegoś z tak świetnymi ludźmi będzie dla mnie zaszczytem! (śmiech) Myślę, iż mogę już zdradzić skład: Adam Wajdzik – perkusja, Radosław Łukaszewicz – gitara basowa i Moog, Mikołaj Kostka – skrzypce oraz Michał Załęski – instrumenty klawiszowe.

Wspominam o tym wszystkim dlatego, iż miałem już okazję współpracować z nimi przy innych projektach albo po prostu słyszeć ich na scenie. Przyznam, iż długo zastanawiałem się nad doborem składu i podszedłem do tego bardzo rzetelnie. Mimo iż utwory są już napisane, a nuty przygotowane, wiem, iż każdy z tych muzyków doda do tego, co wymyśliłem, coś niepowtarzalnego.

Dlatego nie mogę się już doczekać efektów! Ale wracając do „Routine” (śmiech) – tam również miałem przyjemność współpracować ze znakomitymi artystami. Na płycie pojawili się między innymi Daga Gregorowicz, Natalia Świerczyńska, Stanisław Pawlak, Eryk Nowacki i hiszpańska wokalistka Eva Katua. Z Dagą i Evą było to niesamowite doświadczenie, bo dosłownie stworzyliśmy utwory w dwie godziny!

fot. A. Brzozowski

Po prostu usiedliśmy, zaczęliśmy grać i śpiewać i nagle – bach! Powstało! To się nazywa dobrze dobrać. Twórczo, oczywiście! (śmiech)

Z Natalią nasza przygoda zaczęła się od tego, iż usłyszałem jej cudowną płytę „O północy”. Zadzwoniłem do niej i zaprosiłem ją gościnnie na koncert. Ku mojej ogromnej euforii zgodziła się, a przy okazji okazało się, iż akustyczne aranżacje jej utworów również potrafią stworzyć bardzo interesujący klimat. Natalia miała napisany szkic utworu, do którego usiadłem i dodałem swoją gitarową historię.

Podobnie było z Erykiem, który gra na sitarze. Po prostu usiedliśmy i wspólnie coś stworzyliśmy. Może odpowiadam trochę naokoło, ale spróbuję teraz odpowiedzieć wprost – trochę również na twoje poprzednie pytanie. Odszedłem od przekonania, iż jestem we wszystkim najlepszy i najmądrzejszy. Im więcej zacząłem współpracować z innymi ludźmi, tym bardziej pokorniałem. A myślę, iż pokora jest jedną z największych wartości u artysty.

SG: Fingerstyle daje ci możliwość samodzielnego zagrania rytmu, basu, harmonii i melodii – adekwatnie całego zespołu. Jak wygląda oddawanie części tej przestrzeni innym muzykom? Więcej jest w tym ulgi i ekscytacji czy jednak uczenia się zaufania i rezygnowania z pełnej kontroli?

MO: Odkąd zacząłem oddawać przestrzeń innym instrumentom czy wokalowi, przyznam, iż rzeczywiście poczułem pewną ulgę. Granie solowe jest niesamowite, ale na scenie jest się jednak samemu i trzeba pociągnąć cały koncert. To potrafi bardzo zmęczyć emocjonalnie. Po takim występie potrzebuję trochę czasu, żeby dojść do siebie, bo jest to wysiłek adekwatnie pod każdym względem.

Wyobraź sobie, iż siadasz z kimś przy stole i przez ponad godzinę opowiadasz. Kiedy masz obok siebie drugą osobę, jest dużo prościej – prowadzicie konwersację, nawzajem się napędzacie i nie musisz robić wszystkiego sam. Oczywiście kwestia zaufania jest bardzo ważna, ale od jakiegoś czasu mam tę przyjemność, iż nie współpracuję z ludźmi, którym nie ufam! (śmiech) Ekscytacja też jest tu dobrym określeniem, szczególnie przy takich, iż tak powiem, niespodziewanych uniesieniach (śmiech).

fot. A. Brzozowski

Grasz swoje i nagle druga osoba łapie z tobą niesamowity groove, odpływa, dodaje coś, czego w ogóle nie było w scenariuszu. Od razu na twarzy pojawia się ogromny uśmiech i wyraz w rodzaju: „Wow!”.

Oczywiście działa to w obie strony i właśnie na tym polega ten wzajemny napęd. Co ciekawe, choćby w takich sytuacjach wciąż mam spore pole manewru i mogę w pełni bawić się swoim instrumentem.

SG: Pamiętam, iż podczas naszych poprzednich rozmów wielokrotnie wracał temat opowiadania emocji przede wszystkim poprzez instrument. Teraz coraz wyraźniej pojawiają się u ciebie autorskie piosenki i kompozycje wokalne. Z czego adekwatnie wynika ta zmiana?

MO: Ciężko powiedzieć i może aż głupio się do tego przyznać, ale częściowo chyba dlatego, iż ludzie tego oczekują – zarówno słuchacze, jak i organizatorzy koncertów. To, co gram, trudno jednoznacznie przypisać do jakiegoś gatunku muzycznego czy zaszufladkować, a dołożenie śpiewu zdecydowanie to ułatwia. Na razie wprowadziłem do repertuaru stosunkowo kilka utworów wokalnych, przede wszystkim dlatego, iż wciąż najchętniej siadam z samym instrumentem. Zdarzają się jednak takie momenty, kiedy coś tworzę i nagle zaczynam nucić, potem śpiewać i myślę sobie: „To jest to!”. Otwieram się na coraz więcej rozwiązań i nie zakładam już z góry, iż każdy utwór musi być instrumentalny.

Tak było chociażby z kompozycją „Stranger In The Sky”, która niedługo się ukaże. Na razie nie mogę jeszcze zbyt wiele zdradzić. To był jeden z tych momentów, kiedy całość, poza tekstem, powstała bardzo szybko, bo od razu poczułem, iż właśnie w tę stronę powinienem pójść. Jest tam dość prosty riff gitarowy, który powtarza się przez większość utworu, a całą resztę robi wokal. Myślę, iż ten motyw gitarowy nigdy nie ujrzałby światła dziennego, gdyby nie moja otwartość na nowe możliwości.

fot. A. Brzozowski

Zainspirował mnie do tego również absolutnie wybitny gitarzysta fingerstyle i wokalista Jon Gomm. Dzięki temu można stworzyć na scenie spektakl, który pozostało bardziej różnorodny, wciągający i interesujący. Co ważne, mimo wprowadzenia głosu do utworów staram się pisać teksty bardzo nieoczywiste i, iż tak powiem, otwarte.

Chodzi o to, iż nie ma w nich wprost przedstawionej fabuły ani jednoznacznie wyrażonej idei. Dzięki temu jest trochę tak, jak z muzyką instrumentalną – każdy musi zinterpretować je po swojemu i dojść do własnych przemyśleń. To wciąż jest dla mnie bardzo ważne. Kończąc ten wątek – być może wszystko zaczęło się od tego, o czym wspomniałem na początku, czyli oczekiwań słuchaczy i organizatorów. Mam jednak wrażenie, iż otworzyło to przede mną kolejne ścieżki twórcze i bardzo się z tego cieszę!

SG: Wiosenną trasę Fingerstyle Guitar Experience Tour poprzedziłeś bardzo kameralnym koncertem we własnym Studio Cano – zaledwie dla dwudziestu osób – i właśnie tam po raz pierwszy prezentowałeś premierowe kompozycje. Granie nowego materiału ludziom praktycznie na wyciągnięcie ręki, zanim zabierzesz go w trasę, bardziej uspokaja czy przeciwnie – jeszcze podnosi napięcie?

MO: Zacznę od tego, iż to był świetny pomysł i teraz chciałbym tak robić przed każdą trasą! (śmiech) Nie powiedziałbym, iż samo wydarzenie było uspokajające, ale uczucie po nim – jak najbardziej. Przyznam, iż bardzo się przed tym koncertem stresowałem i długo do niego przygotowywałem.

Z perspektywy czasu uważam jednak, iż zorganizowanie takiej „otwartej próby generalnej” było świetnym rozwiązaniem.

W teatrach często robi się coś podobnego – przed premierą odbywa się jeszcze pokaz przedpremierowy. Dzięki temu można nie tylko zaprezentować cały repertuar publiczności, ze świadomością, iż to już nie jest czas na pomyłki, ale też sprawdzić jej reakcję. Szczególnie na nowości, których w tym przypadku było całkiem sporo. Najważniejsze było dla mnie to, iż po raz pierwszy postanowiłem publicznie zaśpiewać podczas własnego koncertu. Zdarzało mi się wcześniej śpiewać na różnych wydarzeniach, ale tym razem było to jednak coś innego.

Przede wszystkim obawiałem się, iż wyjdę na scenę i stanę jak słup! (śmiech) Kiedy grasz na instrumencie przez kilka czy choćby kilkanaście lat, potrafisz już z grubsza ocenić, na jakim jesteś poziomie. Ze śpiewaniem nie miałem jeszcze takiego doświadczenia.

fot. A. Brzozowski

Dlatego pod tym względem był to dla mnie bardzo stresujący koncert, ale dzięki niemu kolejne występy stały się już dużo łatwiejsze.

Poza tym zdecydowałem się również dołożyć instrumenty klawiszowe – zarówno do wypełnienia przestrzeni, jak i zagrania kompozycji fortepianowych. Rozbudowałem też cały setup o różnego rodzaju „sztuczki technologiczne”. Zapanowanie nad tym wszystkim, a nie tylko nad gitarą, było sporym wyzwaniem. Bliskość publiczności w takich momentach też wcale nie pomaga, więc miałem okazję przetestować dosłownie wszystko! (śmiech) Kończąc – chętnie to powtórzę przed trasą w przyszłym roku, której, jak już mogę zdradzić, będzie towarzyszyła nowa płyta!

SG: Samo posiadanie własnego miejsca do muzycznej pracy zmieniło twój sposób komponowania? Łatwiej pozwolić sobie na eksperyment, kiedy adekwatnie w każdej chwili możesz włączyć mikrofony i od razu sprawdzić pomysł w praktyce?

MO: Prawdę mówiąc, takie miejsce towarzyszyło mi niemal od zawsze i już teraz nie wyobrażam sobie funkcjonowania bez własnej przestrzeni do tworzenia. Wszystko zaczęło się jeszcze w szkole podstawowej albo w gimnazjum. I tutaj muszę przyznać, iż miałem niesamowicie wspierających i kochanych rodziców, którym jestem ogromnie wdzięczny za wszystko, co mi dali.

fot. A. Brzozowski

Dostałem od nich całą piwnicę! (śmiech) Tak, moje pierwsze studio – choć może to trochę za dużo powiedziane, nazwijmy je raczej pracownią artystyczną – mieściło się właśnie w piwnicy rodzinnego domu.

Na tyle, na ile mogliśmy, zaadaptowaliśmy akustycznie pomieszczenia, dzięki czemu mogłem swobodnie ćwiczyć i tworzyć na różnych instrumentach, włącznie z perkusją. Szczerze mówiąc, zawsze najbardziej kochałem właśnie to – zaszyć się w czterech ścianach i po nocach tworzyć kolejne i kolejne utwory. W czasach szkolnych i podczas pandemii miałem na to naprawdę dużo czasu. Później było jeszcze jedno miejsce w okolicach Poznania, gdzie spędziłem między innymi okres lockdownu, który – choć może głupio to zabrzmi – bardzo mi się podobał! (śmiech)

Miałem całe dni na to, żeby siedzieć i nie zajmować się niczym innym poza muzyką. Bardzo miło wspominam tamtą przestrzeń. Może również nie była pełnoprawnym studiem nagrań, ale kiedy stamtąd wychodziłeś, wokół było tylko pole, kilka domów i las. Teraz prowadzę studio nagrań CANO Recording Studio i odpowiadając na twoje pytanie – tak, jest to ogromne ułatwienie. Chcesz nagrać klawisze – włączasz sprzęt i grasz. Chcesz nagrać bębny – siadasz i grasz. Dzięki temu dużo trudniej wypaść z procesu twórczego, bo wszystko jest podłączone i gotowe do działania.

SG: Jesienią wracasz do Hiszpanii – między innymi do Barcelony i Saragossy. Mam wrażenie, iż to ważne dla ciebie miejsca nie tylko jako dla muzyka, ale również po prostu człowieka. Co adekwatnie tak mocno ciągnie cię właśnie w tę stronę?

MO: Postaram się krótko, bo to temat, o którym mógłbym opowiadać godzinami! (śmiech) Hiszpania to kraj, który pokochałem od pierwszej wizyty. Teraz wracam tam regularnie, już nie tylko po to, żeby koncertować, ale również żeby po prostu spędzać czas w tym otoczeniu, wśród ciepłych ludzi. Przyznam szczerze, iż tego czasami trochę mi w Polsce brakuje. Może to kwestia słońca, a może po prostu nieco innego nastawienia do życia.

Oczywiście nie mówię tu o wielkich miastach, takich jak Madryt, bo tam również czuć w powietrzu ten nieustanny ludzki pęd. Myślę raczej o mniejszych miejscowościach, na przykład wioskach w hiszpańskich górach czy Jerez de la Frontera, które jest jedną ze stolic flamenco i do którego jeszcze wrócę.

Mam wrażenie, iż ludzie w tych miejscach żyją trochę według innych zasad. Zachowali pewne wartości, które w coraz bardziej rozpędzonym świecie łatwo gdzieś przeoczyć. Wszystko dzieje się spokojniej, czas płynie inaczej, nie ma tej nieustannej gonitwy, często choćby nie wiadomo dokąd.

Dzięki temu można bardziej skupić się na ludziach dookoła, na pomaganiu, byciu dobrym dla innych i na tym, żeby nie zapominać również o życiu w zgodzie z samym sobą. Poznałem tam wiele osób, które szukały swojego miejsca na ziemi, a także samych siebie, i ostatecznie postanowiły właśnie tam zostać. Ale wracając do muzyki! (śmiech) Podczas pierwszej trasy miałem ogromną przyjemność zagrać między innymi w Madrycie, Jerez de la Frontera i właśnie w jednej z górskich wiosek. To było coś wspaniałego! Jechałem tam z myślą:

„Aaaa, Hiszpania, kraj flamenco, a jakiś chłopak z Polski chce im coś pokazać na gitarze”.

Ku mojemu zdziwieniu zagrałem jednak koncerty, których odbiór był po prostu niesamowity.

To właśnie ta otwartość, o której mówiłem. Wszyscy świetnie się bawili, słuchali, stukali do rytmu, uczestniczyli w koncercie. Rzadko spotykałem się z czymś takim, żeby owacje pojawiały się również po trudniejszych zagrywkach, a nie tylko na końcu utworów.

fot. A. Brzozowski

Skończyło się na tym, iż miesiąc później wróciłem tam i nagrałem płytę „Routine”, na którą trafiły także nowe kompozycje powstałe już na miejscu, zainspirowane Hiszpanią.

Jakiś czas temu pojechałem tam na ponad dwa miesiące, a ostatnie kilka tygodni spędziłem w Jerez, gdzie pobierałem lekcje flamenco. Dawno nie czułem takiego napędu i tak szybkiego rozwoju jak właśnie tam. Kiedy zobaczyłem, co ci ludzie potrafią robić z gitarą, po prostu zaniemówiłem i powiedziałem sobie:

„Też tak chcę!”.

Okazało się to jednak dużo trudniejsze, niż myślałem, co skończyło się codziennym, wielogodzinnym graniem na dachu miejsca, w którym mieszkałem. I do dzisiaj ćwiczę, ile tylko mogę. W nowych utworach zacząłem już wykorzystywać poznane techniki flamenco. Podsumowując – zdecydowanie czuję, iż Hiszpania jest miejscem dla mnie, zarówno jako muzyka, jak i człowieka. I to pod niemal każdym względem!

SG: W tym roku otrzymałeś stypendium Marszałka Województwa Wielkopolskiego na nagranie sesji live z autorskimi utworami. Co dokładnie chciałbyś zrobić w ramach tego projektu i na jakim etapie są w tej chwili przygotowania?

MO: Znalezienie się w gronie tak wspaniałych artystów, którzy otrzymali to stypendium, jest dla mnie ogromnym wyróżnieniem! Już sporo o tym opowiedziałem wcześniej, ale generalnie będę miał przyjemność zarejestrować w studiu nagrań nowe kompozycje z pełnym składem muzycznym, zarówno w formie dźwiękowej, jak i filmowej. Czyli do utworów fingerstyle dojdą perkusja, fortepian, gitara basowa i skrzypce.

Nie ukrywam, iż od dłuższego czasu marzyłem o zrealizowaniu takiego projektu. Zdarzało mi się choćby samemu dogrywać w studiu pozostałe instrumenty, żeby sprawdzić, jak zabrzmią moje kompozycje w szerszym składzie. Ale nagranie takiego materiału z prawdziwym zespołem to już naprawdę ogromne marzenie!

Nagrania odbędą się w połowie października, a materiały mają zostać udostępnione między innymi na YouTubie do końca miesiąca.

Żeby popracować twórczo nad tym projektem, wyjechałem do Hiszpanii. Przez ponad miesiąc siedziałem tam z gitarą i niezbędnym sprzętem studyjnym, komponując nowy materiał. Powstaną trzy bardzo różnorodne utwory. Jeden będzie zawierał wokal, drugi to dynamiczna kompozycja fingerstyle, a trzeci zagram na… fortepianie. I to jest dla mnie kolejne wielkie wyzwanie! Bardzo się cieszę, iż to wszystko się dzieje. Mam nadzieję, iż będzie to duży krok na drodze mojego rozwoju. A kto wie, może dzięki temu niedługo ukaże się płyta nagrana w poszerzonym składzie i pojawi się szansa, żeby zaprezentować ten materiał również na koncertach? Brzmi jak plan idealny!

SG: Wirtuozeria fingerstyle daje słuchaczowi bardzo wyraźny „efekt wow”. Zastanawiam się, czy z czasem coraz ważniejsza stała się dla ciebie umiejętność trochę odwrotna – wiedzieć, kiedy zagrać mniej, zostawić przestrzeń, ciszę albo prosty motyw, zamiast pokazywać wszystko, co się potrafi?

MO: Myślę, iż technika służy przede wszystkim temu, żeby mieć swobodę w poruszaniu się po instrumencie. Mam wrażenie, iż jest teraz pewien przesyt tak zwanych technicznych gitarzystów – i nie tylko gitarzystów – którzy poza tym, iż potrafią bardzo gwałtownie zagrać jakąś frazę, nie wyróżniają się adekwatnie niczym innym. Zawsze byłem zwolennikiem trochę innego myślenia. Kochałem solówki Pink Floyd, które często opierały się zaledwie na kilku dźwiękach, ale były zagrane z takim sercem i emocjami, iż na zawsze pozostają w pamięci słuchaczy. Zresztą ciężko zanucić coś, co dzieje się bardzo szybko. Poza tym przy prostszych motywach jest znacznie więcej przestrzeni na zabawę tempem, dynamiką, czyli właśnie emocjami.

Między innymi dlatego zacząłem eksperymentować z gitarą – zmieniać stroje, zakładać kapodaster na przykład tylko na cztery z sześciu strun. Zapominam wtedy o zasadach harmonii czy konkretnych technikach i skupiam się na szukaniu ciekawych współbrzmień i akordów, choćby jeżeli nie mam pojęcia, jakie adekwatnie gram dźwięki i jak je nazwać.

fot. A. Brzozowski

To daje możliwość skupienia się wyłącznie na słuchaniu, a nie na myśleniu. Chociaż czasami potrafi też utrudnić życie! (śmiech)

Pamiętam, iż podczas tworzenia utworu z Evą Katuą w pewnym momencie poprosiła mnie, żebym zagrał akord E-dur, bo będzie pasował do tego, co śpiewa. A ja zacząłem myśleć, liczyć i kombinować, jak w tym konkretnym stroju złapać E-dur. Po chwili Eva zapytała:

„A ty w ogóle umiesz akordy?” (śmiech)

Zaczerwieniłem się i zrobiło mi się głupio, iż taka wokalistka pyta mnie o coś takiego!

Tak więc lubię sobie czasami utrudniać życie, żeby nabrać jeszcze więcej pokory do instrumentu. Nie zmienia to jednak faktu, iż lubię również tworzyć utwory z „efektem wow”. Coraz częściej łapię się na tym, iż jeżeli jest miejsce i możliwość, to adekwatnie dlaczego miałbym nie dołożyć jeszcze kilku dźwięków? Mimo wszystko umieć zagrać mniej, kiedy potrafi się więcej, to niemała sztuka. Mam wrażenie, iż najważniejsza jest w tym równowaga. Cisza niekiedy jest najpiękniejszą muzyką i warto o tym pamiętać. A granie nią to prawdziwa sztuka, do której cały czas dążę.

Michał Obrębski – gitarzysta fingerstyle, multiinstrumentalista, kompozytor, wokalista i producent muzyczny związany z Poznaniem. W swojej twórczości łączy gitarę akustyczną z jazzem, rockiem progresywnym, ambientem, muzyką świata i flamenco. Wykorzystuje alternatywne stroje gitarowe, techniki perkusyjne oraz efekty elektroniczne, budując rozbudowane, często improwizowane kompozycje o narracyjnym charakterze. Laureat Warsaw Fingerstyle Festival (2021), stypendysta Miasta Poznania (2023) oraz Marszałka Województwa Wielkopolskiego w dziedzinie kultury (2026). Koncertuje w Polsce i za granicą, między innymi w Hiszpanii, Wielkiej Brytanii i Niemczech. W 2025 roku wydał album „Routine”, nagrany przy współudziale polskich i zagranicznych muzyków. Prowadzi CANO Recording Studio w Poznaniu. W ramach tegorocznego stypendium przygotowuje audiowizualną sesję z autorskimi kompozycjami w poszerzonym składzie instrumentalnym.

Idź do oryginalnego materiału