Szwedzki Watcher to jeden z tych zespołów, które najwyraźniej nie zamierzają przejmować się tym, iż kalendarz pokazuje rok 2026. Zamiast kombinować z nowoczesnymi brzmieniami, eksperymentować z elektroniką czy próbować na siłę unowocześniać heavy metal, grupa cofa się do czasów, kiedy liczyły się przede wszystkim świetne riffy, charakterystyczny wokal, bliźniacze gitary i refren, który aż prosi się o odśpiewanie razem z zespołem. „Mistress of Our Time” jest drugim pełnym albumem Szwedów i trzeba przyznać, iż Watcher zrobił tutaj bardzo dużo, aby udowodnić, iż granie tradycyjnego heavy metalu w 2026 roku przez cały czas może mieć ogromną siłę rażenia. Jestem w szoku, bo nie spodziewałem się tak dobrego i wartościowego albumu.
Jeżeli ktoś zna wcześniejsze dokonania zespołu, ten kierunek nie będzie szczególnym zaskoczeniem. WATCHER wyrasta z tradycji pierwszej fali szwedzkiego heavy metalu, a wśród inspiracji wymieniane są między innymi Heavy Load, Gotham City, Axewitch i Torch, ale również zespoły pokroju Ostrogoth, Grim Reaper czy Sortilège. Klimat lat 80 jest wyczuwalny i to jest spory atut tej płyty.
Największą zaletą „Mistress of Our Time” jest jednak to, iż nie mamy tutaj wrażenia zwykłego odtwarzania starych płyt. Owszem, wszystko brzmi znajomo, ale WATCHER bardzo dobrze rozumie, co sprawiało, iż klasyczny heavy metal był tak porywający. Są więc galopujące riffy, melodyjne solówki, wysokie wokale Viktora Gustafssona, chóralne refreny i sporo gitarowych harmonii. Całość jest jednocześnie odpowiednio dynamiczna i melodyjna. Wokalista Viktor ma charyzmę i odpowiednią technikę. Sprawdza się w takim graniu znakomicie. Sekcja rytmiczna imponuje dynamiką i mocą. Sekcja gitarowa dostarcza sporo mocnych riffów i wciągających solówek. Tu duet Lindgren/Warnby porywają energia, pomysłowością i dbałością o detale. Stawiają na klasyczne patenty i dobrą zabawę. Warto wspomnieć, iż Tommy Lindgren jest w zespole od 2026r, ale ja zaznacza swoją obecność.
Album otwiera „Sorceress” – bardzo dobry wybór na początek. Monumentalny riff, charakterystyczny wokal i melodyjne partie gitar od razu pokazują, z czym będziemy mieli do czynienia przez kolejne kilkadziesiąt minut. Jest tutaj sporo epickiego klimatu, ale bez przesadnego patosu. Watcher potrafi stworzyć atmosferę klasycznego heavy metalu bez popadania w przesadną teatralność. Mocne otwarcie płyty, które pozytywnie nastraja.
Utvalda Svärdets Natt” pokazuje natomiast kolejną ciekawą stronę zespołu – szwedzkie teksty. Co ciekawe, na albumie znalazły się dwa utwory śpiewane w ojczystym języku grupy. I właśnie tutaj świetnie słychać, iż język szwedzki bardzo dobrze pasuje do chłodnego, północnego charakteru muzyki Watcher. Numer jest szybki, gitarowy i posiada ten specyficzny, skandynawski posmak.
Na płycie słychać wczesny iron maiden z czasów Paul Di Anno czy Stormwitch i to potwierdza „Out of Your Sight” należy do najbardziej bezpośrednich momentów albumu. Mocny riff, dynamiczna sekcja rytmiczna i bardzo chwytliwe partie wokalne sprawiają, iż trudno siedzieć przy nim spokojnie. Jeden z mocniejszych utworów na płycie i dobrego ukazuje speed metalowe zapędy zespołu.
„Down from the Skies Divine” przynosi więcej atmosfery. Akustyczny początek, odgłosy fal i spokojniejsze partie wokalne stopniowo prowadzą do cięższego fragmentu. Dzięki takim zabiegom album nie jest jednostajnym ciągiem galopujących riffów. Zespół potrafi zwolnić, zbudować napięcie i dopiero później ponownie uderzyć.
„Chalice of Light” to z kolei jeden z bardziej agresywnych numerów. Jest znakomita dawka heavy/speed metalowej stylistyki w melodyjnej odmianie. Również i tutaj można doszukać się wpływów wczesnego okresu iron maiden. Brzmi to obłędnie.
„Cult of Andromeda” należy do cięższych i mroczniejszych fragmentów. Szybki początek przechodzi w bardziej masywne partie, a gitarowe melodie nadają całości kosmiczno-okultystycznego klimatu.
„Glömskans Sjö” ponownie wykorzystuje język szwedzki i zaczyna się spokojniej, od akustycznych gitar oraz bardziej stonowanego wokalu. Później kompozycja nabiera ciężaru, pojawiają się mocniejsze partie perkusji i gitar, a całość otrzymuje bardziej melancholijny charakter. To jeden z tych numerów, które pokazują, iż Watcher potrafi budować klimat nie tylko poprzez szybkość. Bardzo klimatyczny i wciągający utwór.
„Chosen by Fate” wraca do bardziej klasycznego, heroicznego heavy metalu. Riff prowadzący utwór ma odpowiednią dynamikę, a momentami muzyka ponownie zbliża się do granicy speed/heavy metalu. Nie jest to jednak popis szybkości dla samej szybkości – wszystko służy przede wszystkim stworzeniu podniosłego, bojowego charakteru. W takiej stylizacji band błyszczy i po prostu imponuje.
Na koniec dostajemy ponad ośmiominutowy „The Raven”. To najdłuższy utwór na płycie i jednocześnie bardzo dobre podsumowanie całego albumu. Akustyczny początek, stopniowe budowanie napięcia, cięższe partie, melodyjne gitary i rozbudowana forma sprawiają, iż utwór nie dłuży się. Jest tutaj miejsce zarówno na atmosferę, jak i klasyczne gitarowe popisy. Piękne zwieńczenie całości.
Mistress of Our Time” to bardzo udany powrót do klasycznego heavy metalu. Świetne riffy, melodyjne solówki, charakterystyczny wokal i epicki klimat sprawiają, iż płyta ma swój własny charakter. Watcher nie odkrywa nowych muzycznych lądów, ale doskonale wykorzystuje sprawdzone patenty starej szkoły. Dla fanów klasycznego heavy metalu pozycja zdecydowanie warta uwagi.
Ocena :8.5/10
















